Tak na smutno…

Tak na smutno… taki sobie roboczy tytuł wpisałem. Zawsze zaczynam pisać od tytułu, to mi jakoś tak ułatwia dalsze klepanie literek. Ostatecznie na koniec mogę przecież zmienić.

Dziś nocka pracownicza. I ten utwór zespołu Kino bardzo mi pasuje do nastroju. Termometr w telefonie mówi mi o dwucyfrowej minusowej temperaturze na zewnątrz. Na razie jest tylko 12 stopni. Już koniec lutego, a dopiero teraz takie kilka prawdziwie mroźnych, zimowych dni. No ale jak zimno, to zawsze mogę wrzucić sobie piosenkę o ognisku.

Rano pożegnam się z Kumplem z naprzeciwka, tym od Dzień Dobry. To już ostatnia moja zmiana na Okulistyce. Przynajmniej na razie. I choć co do nowego obiektu, przyszłość jest niejasna i mętna, niczym w szklanej kuli. To w grafiku marcowym, tu już mnie nie ma. Może to i dobrze. Zmęczony jestem tym miejscem.
Są takie momenty, gdy skręcony przez Miastenię, nie mam sił, energii i wszystko staje się takie beee… I wtedy tak łatwo do mej jełopki zakrada się patologiczny szaleństwa duch. I szepcze słodko łajdak:
– Ej Gościu. Nie masz sił? Sieknij kreskę… 
To już ponad 10 lat jak nie tykam amfetaminy. Dupsko uratował mi wtedy Synio. Choć malutki i nie wiedział co się dzieje, to wyczuwał, że coś jest nie tak. Patrzył na mnie, tatę-zombi… No patrzył tak, że coś we mnie pękło. Dotrwałem do rana. Kilka następnych dni też przeżyłem bez białego szmuliwa. I tak aż do dziś jestem grzeczny. I tylko w gorszych momentach odzywa się w głowie głos. Mówię sobie jednak:
– Łże bandzior, choć ładnie gada.
Paradoksalnie, choroba sprawiła, że mam więcej czasu. Nie muszę się śpieszyć i nigdzie biec. Zresztą jak tu biec, gdy z chodzeniem często są problemy. Mam też już kilka lat doświadczeń i zauważyłem, że jak się śpieszę i zaczynam pędzić, to zaraz zapala się czerwona kontrolka i system wysyła komunikat:
-Uwaga!!! Brak energii. Uwaga!!! Brak energii.

…Siedzę na ławce, patrzę na słońce
Chyba już dzisiaj nigdzie nie zdążę
Chyba już nigdy nie będzie lepiej
Nie będzie dobrze, więc się nie spieszę…

Często zmuszony jestem przymusowo leżakować. I pozytywem, w tym negatywie jest to, że mogę wykorzystać ten czas na czytanie. Oj nadrabiam te wszystkie lata, gdy nie miałem czasu… Gdy pędziłem…
I właściwie to tyle. Już po północy i w kalendarzu już poniedziałek. Do rana bliżej, niż dalej. Słowa też jakoś już mi ciężko do głowy przychodzą. Ostatnie tygodnie w mym życiorysie nie należały do lekkich, więc tytuł smutny zostanie. I… dość. Wyjdę, popatrzę na zmarznięty świat. No bo między innymi za to mi płacą. Kawę wyżłopię, czekoladą zagryzę. I aby do rana.
No i z Kumplem dzień dobry sobie powiemy…
 

Taki zwykły dzień – niedziela.

Miało być o czym innym. Już od kilku dni sobie w jełopce układałem. A wyszło oczywiście jak zwykle. Pewnie tak już musi być. No to jadę z tym koksem…
I znów mnie z rana przywitał Kolega z naprzeciwka. I zadowolony, w ten lekko mroźny niedzielny poranek, przez ulicę zawołał:
– Dzień Dobry. Jak się masz z rana.

– A dziękuję, może być… Ale, ale… Niedługo będziemy się musieli pożegnać.
– A co się zadziało?
– Przenieść mnie mają na inny obiekt. Prądy będę ochraniał, żeby je żadne Gnomy w wiaderkach nie wynosiły.
Nareszcie zmiana mnie czeka. Robiłem już w tej firmie na nieczynnej stacji benzynowej. Ponad rok jestem już tu, na Okulistyce. W międzyczasie była też trochę Dermatologia i Prokuratura. Już wiec pora na zmianę miejsca pracy. Niech się coś nowego zadzieje. Zresztą, zawsze się męczyłem, gdy za długo robiłem na jednej budowie.
Właśnie dyżur skończył Doktor Aladyn. Pod względem kultury osobistej – level mistrzowski. Po moich rocznych obserwacjach, bardzo wielu lekarzy bym wysłał na nauki kultury do Niego. Czasem gdy mam spięcia na parkingu z dziwnymi ludzikami, pada obrażone:
– Ale ja jestem lekarzem…
A mi się aż ciśnie na jęzor by przywalić:
– Po zachowaniu, od razu widać.
Wiem, czepiam się. W końcu muszę trochę słowami ten wpis wypełnić. Nie wszyscy są tacy. Jest też wielu takich jak Doktor Aladyn czy Doktor od dzieciów, do której od lat Synia prowadzam.
Dobra, wystarczy tego marudzenia. Czas na obchód terenu iść. Na wypłatę zarobić. No i dla zdrowotności, powietrzem świeżym dychnąć. A i od zbyt długiego siedzenia na krecidupcu, odciski na dupce mogą się zrobić.
Na zewnątrz dziś tak całkiem fajnie. Lekki mróz sprawia, że jest rzeźko. W sam raz, by dostojnym, obserwacyjnym krokiem, przez 10 minut po obiekcie spacerować. I fruuu do ciepłej kanciapy. A niedługo godzina śniadaniowa wybije. Co prawda, małe co nie co w chałupce zjadłem. To jednak tak bardziej, żeby leków na pusty żołądek nie łykać.
To dziwne. Lewa łapa mnie swędzi. Mówią, że to na kasiutę. No ale wypłatę w piątek miałem i raczej mi z konta ubywa, niż przybywa. Hm, podejrzana sprawa.
Znów zarosłem… No dosłownie to sumując, w sumie to wyglądam jak sumiasty Sum. No image zmieniam i wąsisków nie golę. Z czupiradłem jednak to do fryzjerów już muszę się wybrać. 
Ciężki był ten tydzień. To już moja od poniedziałku, piąta służba. I niestety coraz bardziej zaczynam to odczuwać. Kochana Miastenia zaczyna o sobie przypominać:
– Pamiętaj Gościu o Mnie…  
Młodszy Pokemunik, przez tydzień urzędował u Babci na gościnnych występach, a Starszy Pokemun zamiast mnie w piecach palił. Także nie było tak całkiem źle. Jutro jeszcze tylko nocka i może parę wolnych dni będzie. Przyda się, bo muszę się trochę ogarnąć. Szkolnikom ferie się już też kończą.
Dla tego między innymi, ta robótka w prądach mi podpasowała. Tam mam robić w systemie 24 godzinnym. A to oznacza 7 służb w miesiącu, reszta wolne. Normalnie Ameryka, tylko bez dolarów. Teraz gdy wracam z nocki, to mam dzień w plecy. Łażę po chałupie jak zombi. I jeszcze trochę, a zacznę gadać jak w jednym ze starych horrorów:
– Mózgi… mózgi…
Mam też o jeden obciążnik mniej. Agnieszka zgodziła się zdjąć mi z pleców administrowanie jedną z grup fejsbukowych. Uff, dzięki Agniesiu, to już był dla mnie przez ostatnie miesiące cholerny garb.
Bim bam, bim bom. I śniadaniowa godzina wybiła. Jest co prawda 9:45 na zegarze. Na moim wewnętrznym jednak już 12:12. Bo podobnie jak Obelix, o 12:12 zawsze jestem głodny.

Pierwszy po długiej przerwie.

Od rana widzę tego wesołego Facecika ze ściany bloku na przeciwko. Pozytywny jest bardzo i jeszcze Dzień Dobry woła. I choć za oknem zimowo-roztopiony ponury krajobraz, to Gościu za darmo mi sprzedaje, promyk pozytywnej energii.

No wiem, już kilka razy się pojawiał. I pewnie nieraz jeszcze wskoczy na tapetę. Ale jest sobota, ciężko (???) tyram od siódmej rano. I tak sobie wołamy z Facecikiem przez ulicę: Dzień Dobry…
Dawno już nie pisałem. I mam trudność żeby zacząć. Tak jakoś przez ostatnie miesiące wyszło. Posucha myśli w jełopce.
Przez ostatnie miesiące dosyć mocno z Koleżanką Miastenią się siłuję. Tzn. ja bym chciał się posiłować ale nie mam sił. A ta Plaga korzysta z tego i tak bezkarnie mi dopieprza, a to z bekhenda, a to z obrota kopnie. Ostatnio gdy przez chwilę czujność straciłem, to z kolanka mi dojebała. Nokaut całkowity. Prawie dwa tygodnie grypa mnie trzymała a Miastenia nogi przetrąciła. 
Czas już chyba na kawę, drugą dzisiaj. No ale już 9 godzina. O tak, zdecydowanie to ten moment. Czajnik pyk, niech pyrkoce. Kawa do szklanki wsypana, świeżynka z porannego w chałupce mielenia. Taka drobna przyjemność, no bo w końcu coś z życia trzeba mieć. No i jak mówił Wojtek, trzeba łyknąć kawę na potencję siusiania…
Zakończyłem karierę studencką. Już w listopadzie zaczęła się tak jakoś droga pod górkę robić. I wiatr jak na złość w oczy wiał. I chociaż w pracy grafik miałem tak ustawiony, żebym na zajęcia mógł chodzić, to coraz częściej przymusowo w chałupce zostawałem. A nie będąc na zajęciach, to tylko traciłem. Nie mogłem kupić nowych wiadomości. Czy żałuję? Trochę na pewno, niestety Miastenia nie zostawia zbyt dużo przestrzeni. Mógłbym co prawda zamieszać,zakręcić i zaliczyć przedmioty. Tylko po co? Żeby dostać kolejny dyplom?
Idę sobie zaraz. Na obchód obiektu pójdę. Pracodawca dba o mnie, w ramach obowiązków pracowniczych na spacery wysyła. I to wszystko dla zdrowotności. No bo 12 godzin na kręcidupcu to można zwariować. A tak na obchód obiektu idę. A później herbaciurę zaparzę i śniadanie opędzluję. No dobra:
– Na spacerniak wyginaj bambosze Gościu. 
 Teraz to ja mogę z głodnym pogadać.
Coś dziś sporo Ludziów się po klinice kręci. I pod izbą też dużo siedzi. Lukam co chwila w telewizorki, żeby być na bieżąco z akcją sobotniego serialu. Za minut pięć minie już 5 godzin dzisiejszej dniówki. Czyli jak to mówią: Bliżej już, niż dalej. No i fajrant. Jutro nocka i dwie doby wolnego. W środę dniówka, no i koniec stycznia. 
Szkolniki mają już ferie zimowe. Całe dwa tygodnie. A śniegu tak naprawdę jak nie było, tak nie ma. No bo to co spadło do tej pory, trudno śniegiem nazwać. A już w takiej Gazecie Wyborczej przeżywają, że koniec mrozów i idzie duże ocieplenie. Tak jakby wyjątkowo mroziło tej zimy. Szkoda mi tylko Pokemunika. Poszedł by do wąwozu pozjeżdżać, tym bardziej że ma blisko. Tak ze 300 metrów od chałupy. Chyba już pora nauczyć Go grać w Tysiąca, przy okazji będzie korzyść edukacyjna. Będzie musiał trochę liczyć.
To już kolejny rok. Nawet 2018-ty. I co prawda to już prawie koniec stycznia, a że to pierwszy wpis od dawna, to tak może muzycznie podsumować:

 

Praca domowa.

Gdy dziś wróciłem o wczesnej, wieczornej porze do chałupki, czekała miła niespodzianka. Synio dostał 6 (słownie: szóstkę) z przyrody. Za wiatromierz, który wygląda tak:

Najważniejsze roboty wykonał Młody, czyli wiercił, skręcał i zaniósł do szkoły. Na mnie niestety spadły te wszystkie nudne i amatorskie zlecenia, jak opracowanie myśli technicznej, zebranie materiałów, no i klejenie na gorąco. Na szczęście, kilka dni temu zaliczyłem wirtualne szkolenie BHP i jakoś poradziłem sobie z tym klejowaniem.
Właściwie to nawiedziła mą jełopkę też taka dziwna myśl, że przez ostatnie trzy lata,  to chyba więcej prac domowych wykonałem z Syniem, niż samodzielnie w czasach własnej edukacji. A przecież zaliczyłem 8 klas podstawówki, 3 klasy zawodówki i 2,5 roku technikum. To były naprawdę dobre szkoły, prawie nigdy nie miałem zadanych prac domowych. Chociaż to trochę dziwne, bo reszcie klasy zadawali.Hm???
Jak wspominać, to wspominać… Przeniosło mnie z lekka do III klasy zawodówki, miejsce akcji: warsztaty szkolne. Trzeci rok praktyk w mej grupie prowadziła nasza Wychowawczyni. Babka co jakiś czas łapała dziwną fazę. Kazała mi siedzieć w pokoju instruktażowym, przy stole nad książkami do technologii żywienia, bo twierdziła:
– W domu to i tak się nie będziesz uczył.
Było nas w grupie 4 chłopaków i każdy miał luźne podejście do nauki. A karnie do książek tylko ja trafiałem, co oczywiście powodowało chęć urwania się. I gdy tylko mogłem, to dyskretnie mykałem na przykład do cukierni. Za którymś razem Marek się ze mną zamienił. Zasłonił twarz książką. Po pięciu minutach się kapneła. Pewnie przez tą książkę, bo ja nawet nie udawałem, że czytam.  Za którymś razem, gdy zerwałem się z przymusowego lekturowania, Wychowawczyni przybiegła do cukierni z wielką drewnianą łychą i próbowała zdzielić mnie nią w dupala. Ona zamach, a ja myk i unik. O w unikach to ja miałem lewel mistrzowski. Więc Ona zamach a ja unik i w śmiech. No i tak skakaliśmy w tej cukierni. Zamach, unik, śmiech. Aż w końcu ręce Jej opadły i zaczęła się śmiać. Co dziwne, po tej akcji już więcej nie siedziałem karnie w instruktażowym. 
Z prac domowych, to w sobotę walczyłem z prądami. Wzorując się na patencie Mistrza Sapkowskiego:
Niebieski kabelek skręcałem z niebieskim, brązowy z brązowym a żółty z żółtym. 
Gdy po podłączeniu w tablicy, na miękkich nogach, pykałem bezpiecznik, miałem tylko jedną myśl… Pieprznie??? A tu nie… a tu nie… Normalnie zadziałało za pierwszym razem.
I tak sobie wydumałem, że jednak takie działania elektryczne, to fajna sprawa.  Normalnie może człowiek na robocie zabłysnąć. No i przecież mama mówiła:
– Idź Syniu na elektryka. Ludziom światło będziesz niósł.
Od kilku tygodni mam takie dziwnie czarnowidzkie i spiskowe podejrzenia. Gdy spałem, chyba jakaś Plaga musiała grzebać  w moim oprogramowaniu systemowym. A skąd takie wnioski? A stąd, że nawet staram się do zajęć przygotować. Hm… Trzeba będzie chyba w necie, jakiegoś antywirusa na to poszukać…

Czy to NIECHCIEJ ???

Obudziłem się dziś rano z okropnym bólem jełopki. Nie nie, zdecydowanie to na pewno nie było spowodowane nadmiernym myśleniem. Przynajmniej w ostatnich dniach. Po prostu przegiełem z paleniem w piecach. Było w nocy za gorąco. Coś ostatnio nie mogę wyczuć, ile towaresu zapakować, żeby była odpowiednia temperatura.
Powinienem pójść do Znachora, tfu… tfu… do Doktora. Leki mnie się kończą, recepta więc potrzebna. Ale mi się nie chce. A przecież jutro do szkółki, czasu będzie więc mało. Zresztą, w planach to ja mam… Ho ho… A może być przecież tak, że wyjdę z chałupki rano i wiatr powieje mi w oczy. I jak tu w takiej sytuacji do szkoły iść? Normalnie nie da się. A nawet jak by się dało, to może jednak się nie da.

Motywacji Brak??? … By się chciało chcieć…
Pozazdrościłem Kumplowi Robertowi, który to obecnie w Niderlandach  mieszka, weekendu z Call Of Duty. Wykorzystałem więc to, że Młodszy Pokemun w gościnnych występach u Babci. Szybka instalacja i skakanie, bieganie i strzelanie do wszystkiego co pod lufę się nawinie. Uff… I dziś o 1-ej w nocy, The End. Koniec-misje wykonane. Pozostał z lekka niedosyt. Może to już znowu czas na Stalkera? 
Wiadomości z kraju i ze świata, też jakoś mnie ostatnio męczą. Polityki kłócą się ze sobą, szpak wie o co i po co. Wypadki, katastrofy i zamachy…  W internetach nie lepiej, ta część która uważa się za lepsiejszą, dalej wyzywa mnie od Patologii. A tylko dlatego, że 500 dodatnie biorę i pracuję za najniższą krajową. 

Oj muzycznie to jakoś tak na Korbę mnie wzięło. 

…Zmieniacie świat, aż coraz trudniej przeżyć
Rozrywek czy spokoju bardziej mi brak
Sam nie wiem, czego, czego chcę
A czy Ty wiesz, czego chcę
Czego chcę…

A tak wogóle to od wieczora 1 listopada jestem na urlopie. Trochę dni dodatkowych mi wpadło do wykorzystania jeszcze w tym roku. I nawet bardzo nie knuję, co z tym wolnym zrobić. Wszystko w praniu wyjdzie, tym bardziej, że słabiutki coś jestem. Miastenia co prawda z nóg mnie nie zbija, ale Pelagia coś bardzo siły wysysa…
Dobra, starczy tego bazgrolenia… Idę półkę robić. Synio ze szkoły wróci, to ją razem zawiesimy. Co prawda sam bym sobie poradził, ale niech Młody wie, że bez niego to … A jak ją zawiesimy, to się będzie Synio cieszył…

No i ostatecznie zdziałałem. Po pewnych modyfikacjach, wymuszonych czynnikami zastanymi… Jest. Tylko teraz poczekam na Pokemuna i ją na ścianie pierdakniemy. Będzie miał Synio w swej kanciapce, gdzie ustawiać różne graciory… Może nawet książki?
Hm, co by tu jeszcze dzisiaj popsuć??? A może tak obiad ugotuję…
 

2-u tonowy Eko…

W tym sezonie, a właściwie w porze palenia w piecach postanowiłem być Eko. Zamówiłem więc 2 tony brykietu torfowego. Już kiedyś nim paliłem i wiedziałem czego się spodziewać. Paliwko całkiem fajne, uformowane w zgrabne cegiełki. Pali się nieźle, niestety jest mniej kaloryczne niż węgiel. Za to prawie dymu nie ma i popiół taki zupełnie inny, bardziej ziemisty. Podobno można go używać trochę jako nawozu.
A z tym dymem, to poważna sprawa. Miałem już kontrole straży miejskiej, zaalarmowanej wydobywającym się z komina, czarnym krematoryjnym dymem. Strażniki zawsze do mnie trafili w momencie, gdy piece aż czerwone w środku były od żaru. Ja radośnie otwierałem drzwiczki, a Oni pełni zapału fotografowali w celach dowodowych.
– Rozumie Pan,  my wiemy, że różne są rodzaje węgla. Jedne bardziej dymią, inne mniej. Ale mieliśmy zgłoszenie i musimy skontrolować.
No tak, rozumiem ich. Taka praca. A z drugiej strony wiem, że jak sypnę węgla, to zanim się przepali, to przeważnie wali czarnym dymem. Żeby uniknąć takich zbyt częstych wizyt, zaczełem kombinować. Starałem się palić w późniejszych godzinach popołudniowych, gdy zciemniało się już. W grudniu czy styczniu, nie ma problemu. No ale w kolejnych miesiącach dzień robi się coraz dłuższy. A weź tu nie grzej  i czekaj do zmroku, jak w chałupie pizga.
W tym roku jest jeszcze gorzej. Po kilku latach spokoju, koło mojej chałupy znów pojawiły się codzienne korki. A wiadomo, kierowcy w korku już i tak są wkurwieni. Łatwo mogą sięgać po telefon. A ja nie mam czasu na częste kontrole i ciągłe pokazywanie, że węglem palę a nie plastikami. A propos palenia plastikami. Co dwa tygodnie zabierają je spod furtki. I płacę za to ustawowo. Miałbym jeszcze więc takim gównem palić i zaklejać piece?
W środę przed 9 rano miałem transport brykietu. Dwa wory, po tonie towaru w każdym. Starszy Szkudnik, tfu tfu…  Znów mnie się przejęzyczyło, miało być oczywiście Szkolnik. No więc Starszy gnał do szkółki, zdążył mi pomóc zdjąć siatkę ogrodzeniową. Młodszy zaś miał na 11, to go zwerbowałem do pomocy.

No i tak my wrzucali we dwóch około godziny. Musiałem w końcu Pokemunowi dać wolne, żeby z lekka odpoczął, umył się i pognał do szkoły. Machneliśmy jeszcze tylko pamiątkowego selfika i zostałem z robotą sam.

Z cyklu powroty do przeszłości: Moja kochana szkoła podstawowa nr.6 miała własną kotłownię węglową. I jesienią na placu koło bunkra węglowego leżało kilkanaście ton opału. Jakoś tak się zgadaliśmy z kumplami klasowymi, że nie chce nam się na lekcjach siedzieć. Nie wiem dlaczego, ale w delegację do kierownika administracyjnego musiałem iść ja. Spisek jaki uknuli, czy co?
– Panie Kierowniku… Nie masz Pan jakiejś roboty?
– Mam. Trzeba węgiel do bunkra wrzucać.
I w to nam graj. Kiprowaliśmy ten węgiel w czynie społecznym, oczywiście w trakcie lekcji (ale nie dłużej) przez kilka dni. Chłopakom tak się ta akcja spodobała, że ochotniczo wzieliśmy się za liście…
Niestety, ta ameryka szybko się skończyła. Dyrekcja szkoły wydała decyzję: Uczniowie klasy „c” mają całkowity zakaz wykonywania prac społecznych na rzecz szkoły. Chyba, że po zajęciach lekcyjnych. Na tak brutalne zmiany godzin pracy nikt z nas nie chciał się zgodzić. I tak piękna młodzieżowa inicjatywa poszła w pi… No w Himalaje szybowcem poleciała…

 

… A Miastenia się nie bała, prądy zajebała…

To był szybki tydzień. Oj szybki… A ja już niestety, Szybkim Lopezem nigdy nie będę… Buuu… Buuu… Buuu…
W niedzielę rano wtoczyłem się do chałupy… Z pracy się wtoczyłem, po 24-ech godzinach na obiekcie. Poranne kilka godzin snu i później zaciemniałem niejasny obraz dnia. A  wieczorem do koja, spać. W poniedziałek rano pobudka…
Kumpel mnie poprosił, żebym z nim pojechał. W Łodzi miał podpisać umowę pracy, a w Warszawie odebrać służbowy samochód. I potrzebował kierowcy na drugi… Gdy rano wyjeżdżaliśmy z Lublina, w planie była wycieczka na pół dnia. I nawet ja, choć jestem urodzonym czarnowidzem, nie przewidziałem, że się skończy we wtorek.  
Do Łodzi dojechaliśmy z poślizgiem czasowym. A tam ta różnica pomiędzy scenariuszem kolegi a rzeczywistością, zaczęła narastać. Na autostradzie nagle zaświecił się czerwony znaczek akumulatorka. Oho… Już podejrzewałem co się szykuje. Nie będę się rozpisywał ze szczegółami co było dalej. W każdym razie, z Warszawy wyjechaliśmy dwoma samochodami już wieczorem. Udało się dojechać do Józefowa k. Warszawy i tam ostatecznie prądów zabrakło. Autko zostało u mechanika, a my wpakowaliśmy się na kolacyjne parówki w Otwocku do Wacka…  Cały harmonogram czasowy poszedł w piz… no do tego… do lasu. W chałupie byłem dopiero we wtorek.
Jeszcze kilka słów o Wacku… Wacek to mocno pozytywnie zakręcony Gość, normalnie As. Przy nim zakręcone baranie rogi, wydają się całkiem proste…
Wraz z wchodzeniem na wyższe levele (a mam już 42-gi), coraz częściej dostrzegam pożyteczną lekcję z takich akcji. I śmiechem – żartem, ale z pokorą mi głowa się schyla, no bo to Bozia karty rozdaje…
We wtorek na pierwsze zajęcia o 8:00 nie zdążyłem. To znaczy – ruchy miałem te same, ale trzy razy wolniejsze. Spadek napięcia mięśniowego czy jakoś tak… Średni luzik, po co się stresić. Dotarłem na następne…

Dokąd tak ciągle biegnę… Nie wie nikt

W środę szkółka, w czwartek praca. W piątek LSM czyli Lubelskie Spotkanie Miasteniczne. A wieczorem mała studencka integracja…
A w sobotę wstałem rano, planów normalnie jak na trzy dni co najmniej… W kranie zimna woda… Brrr… Tknięty czarnowidztwem, lukam na bojler. Kontrolka się nie świeci. Oho… to zły znak. Próbówka, latarka… O kurwa… Plus i minus…

Cóż, byłem w podobnej sytuacji. Doktor powiedział, że mogę mieć stwardnienie zanikowe boczne. Poszukiwania w internecie informacji i wynik: 2 lata życia. I czekanie na badania prądowe przez dwa miesiące. Kasy na prywatne badania nie miałem, bo coraz mniej robiłem… I czekanie, co będzie: plus i minus
Z drugiej strony, ten numer Kalibra mógłby być hymnem elektryków. To przecież też plus i minus… No i ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem…
Z bojlerem wygrałem, nie takie numery bandziorskie się w życiorysie wywijało. I tu z pamięci mi wyłazi listopad 1998 roku. Miejsce akcji: pływający dok w stoczni marynarki wojennej na Oksywiu. Każdy z nas miał na długim kablu oprawkę z żarówką. Inaczej w tych pierdykanych zbiornikach dennych nie dało się robić. Następował jednak taki moment, że kabel okazywał się już za krótki. Wyłaziłem z tankowca na dok i tuptałem do skrzynki elektrycznej za kablem. A tam oczywiście już kilka innych podłączonych na mojej. Noc, lekki mróź, tak około -10. Kablówki podłączone na okrętkę, na bolcach. Jedyne wyjście, to rwać. Bach i odłączone wszystkie. No to rękawiczki zdejm i kręć gościu każdą po kolei, lewy bolec – prawy bolec. I to wszystko pod napięciem. A w jełopce myśli szalone… Jak się zetknie plus i minus, to dopiero brekdensa zatańczę…
Wyskoczyłem jeszcze do Teściów, po fotel… Ale gdy go nieśliśmy z Młodym, to już czułem, że słabnę… No i zaraz później… Miastenia się nie bała i prądy mnie zajebała… padłem na kojo bez sił i energii.

 

 

Pół-metek.

Siedzę w pracy za bufetem… Tzn. za ścianką z blatem marmurowym. No bo dziś robocza doba w ważnej lub ważniackiej instytucji. A za 15 minut, o godzinie 18, sieknie mi półmetek tej roboczej doby, czyli odfajkuję 12 godzin. Druga dwunastka, to już bajki. Leci z górki lub jak mówił Majster: Bliżej już, niż dalej. Fajrant, czapka na głowę i hajda do chałupy. Oj miał ten Majster takie gadki, że czasem z tenisówków wyrywało. 
Siedzę, piszę i żłopię kolejną kawę. Tak wiem… Żłop jestem… Ale oka dwa, otworzyłem dziś o 3:50. Czas jednak na muzyczny przerywnik. Wczoraj mi się przypomniał Proletaryat i tak za mną chodzi…

A propos picia kawy lub bardziej jej dużych ilości. Czasami słyszę ostrzeżenia, że mi serce stanie. I w takich momentach maska, tak jakoś sama mi się cieszy, bo przypominam sobie wierszyk, który nam w Zabłociu sprzedał jeden Gospodarz:
Mówi Chuj do Serca:
 Serce Me kochane.
Czemu Ty nigdy, tak jak Ja nie staniesz.
A Serce na to:
Ty Chuju głupi, Łbie Cielęcy.
Jak Ja stanę, to Ty nigdy więcej. 
Może o tej robocie w Zabłociu kiedyś napiszę. Oj działo się, działo. No i nic dziwnego, gdy w specyficznych warunkach, za robotę wzięła się ekipa czubków. Czarek Wróbel, na co dzień zakręcony jak baranie rogi. Majster i jego teksty. Janek co… Oj Ten też miał odpały. No i ja… Krótko – Banda… Pi… pi… pi… 
Wrobiłem się z tymi studiami, oj wrobiłem. I teraz się w jełopkę drapię: Po jakiego Szpaka, mnie to było potrzebne. Tak sobie spokojnie przez ostatni rok żyłem. Praca – dom. Oj chyba za dobrze mi było. I tak kobdykam w galopie albo jakiej karuzeli: dom-praca-studia. A nad tym wszystkim dodatkowo unosi się Miastenia i często grozi paluchem: Uważaj Patologio, wyżej D…uszy nie podskoczysz.
Żebym jeszcze poszedł na jakieś ważniackie studia: medycynę, prawo czy… no wiadomo, takie tam, co to w CV ładnie wyglądają. A to nie, załapałem się na Archiwistykę. I teraz… Dobra zmiana tematu.
Od 2009 dzielę rok na dwie pory: Pora ciepła i pora palenia w piecach. I niestety już ta druga nastała. Czyli półmetek roku… Ha, normalnie znów mi się to zazębia z tytułem… No bo normalnie, kotłować będę w piecach 6 miesięcy. Do końca marca, a nawet i trochę w kwietniu. Mam tylko nadzieję, że piece dociągną do tego czasu i nie zastrajkują.
Obchód obiektu zaliczony. Czujnym okiem sprawdziłem ciemne zakamarki. Drzwi pozamykane, światła pogaszone. No i dobrze się wstrzeliłem, bo teraz się rozpadało. I to całkiem mocno. Jeszcze ułożę jakiś zdań misterny szyk i będę mógł zjeść kolację. Ojej… Mam błyska wspomnieniowego… W ubiegłym roku, w listopadzie takie się do mnie w odwiedziny, zlatywały Kolegi:

Głodny jestem, czas więc kończyć to bazgrolenie. Zresztą odcisków już od klawiatury dostaję. Tak więc na zakończenie, jeszcze się pożalę. W jednym z komentarzy facebukowych, Ilona mi zleciła myśli przelewanie. No i tu rodzi się poważny problem.
– Po pierwsze, jak za dużo myślę, to mnie głowa boli. 
– Po drugie, od jakiegoś czasu, bardzo rzadko głowa mnie boli.
– Po trzecie, wyniki rezonansu magnetycznego głowy są niestety negatywne, nic w niej nie mam.
– Po czwarte, z pustego czerepu to i Zdzisio Keczup nie zaczerpnie.
I tyle. Czas na kolację.

 

 

 

 

Schody do Nieba.

Obiecałem, a nawet zagroziłem na facebuku, no to trzeba dotrzymać. Piszę więc…
„Schody do Nieba” a właściwie „Stairway to Heaven” zespołu Led Zeppelin słyszałem co prawda wcześniej, ale dopiero latem 1993 roku dałem się na to złapać. A była to sprężyna Kolegi Eskimosa.

Jakoś tak wyszło, że nasze drogi przecięły się pewnego dnia, gdzieś między blokami Serbinowa (ha ha… Koleś mieszkał w sąsiednim bloku). I tak od słowa do słowa:
– Zapalisz trawę?
– Hm… Czemu nie, mogę spróbować. 
I w tym momencie nie wiedziałem, że ten pierwszy raz skończy się dopiero po czterech miesiącach. Przerwa zresztą nie wynikała z mojej radosnej decyzji, a została wymuszona brakiem  dostępu do zielska. To jeszcze nie był okres masowego handlu.
Rok 1993 jednak w mym życiorysie, to takie trochę Schody do Nieba. Choć pod koniec drabina okazała się za krótka i spierdzieliłem się w dół.

No ale miałem dopiero 18 lat, długie włosy, skończoną zawodówkę i było lato.
Ech… Wypady do Woskrzenic. Potupajki na wichurze w Sidorkach, poranne powroty z Relaxu w Sławacinku. Ogniska koło chałupy Marcina… Czy też długi weeekend nad Białym…

– A Panowie to co grają???
– Bluesa…
Takie pytanie wypalił Rysio, gdy mijał mnie i Eskimosa. Mieliśmy gitary, więc odpowiedz była też na miejscu. I tak weszliśmy w temat. Rysio zaprosił nas do swojego sklepu muzycznego. To dzięki Niemu polubiłem Jethro Tull. 
Ruska gitara co mi troszkę rączki wykrzywiła, twarda plaga i jeszcze kilka epitetów bym znalazł. No ale E dur – G dur – A dur byłem w stanie zagrać. I zaczęła się moja fascynacja gitarą. Pomimo tego, że nie jestem muzykiem, to lubię czasem stare pudło wyciągnąć i zagrać choć kilka dźwięków, w cichą noc…
Nocny jesienny Park Radziwiłłów, park który w 1993 wyglądał zupełnie inaczej, niż obecnie.  I barakowóz na budowie szkoły muzycznej, w którym urzędował Stasio. Stasio był stróżem, czyli robię obecnie to samo co On, tylko mam w papierach strażnik-pracownik ochrony. Oj ile w tym 93′ w kanciapie Stasia pękło jabłuszek. I nie dziwiło nikogo, że obok siebie siedzieli Skinhead Adolf i Punk Jocek w papie z wielką przekreśloną swastyką na plecach (wyglądało to jak tarcza strzelecka). 

1993′ to też rok gdy herbata stygła, zapadał mrok…

Ta historia z Adolfem i Jockiem przypomniała mi akcję z przed kilku lat. Po pewnym spotkaniu, przy okazyjnie odwoziłem do domów trzech Kolegów. Jeden rodowity mieszkaniec robotniczej dzielnicy, o mocno bandziorskiej tradycji. Drugi kibic lubelskiego Motoru. A trzeci to Punk z czubkiem na głowie. Goście nie tylko się nie wytłukli, ale bardzo grzecznie ze sobą rozmawiali. Da się…
No dobra, żeby jakoś zakończyć ten 93 rok, to jeszcze Wołki Anno Domini 1993.

Przy okazji remontu, wymyśliłem, że Synio będzie miał wysoko kojo. No i tak zacząłem knuć. Łóżko zrobiłem, szafę wstawiłem i przyszedł czas na schody. I tu wpadka… Nic nie mogłem wymyślić, jakaś taka pustka w głowie. Kręciłem się wkoło tematu i kręciłem… I lipa… Aż w końcu:

Miały być schody do nieba, no bo przecież dobre kojo, w którym śnią się DOBRE sny – to prawie Niebo. Miały być schody… Wyszła bardziej grzędo-drabina do Nieba. 
No i muszę się przyznać, że ten wpis zacząłem już jakiś czas temu. Niestety nie bardzo mi szło to bazgrolenie. I dopiero ostatni tydzień, z lekka mnie natchnął… A to za sprawą tego, że znów jestem studentem uniwersytetu.
I wyszło jak zwykle. Miało być o grzędo-schodo-drabinie do nieba, a słowa popłynęły w kierunku wspomnieniowo-muzycznym.

Remanent…

Remanent to pojęcie związane z praktyką handlową. Jest to czynność mająca na celu najpierw zbadanie faktycznej ilości towarów posiadanych przez przedsiębiorstwo, a następnie uzgodnienie tego stanu z ilością wynikającą z odpowiednich dokumentów takich jak faktury, PZ-ki, raporty kasowe, oraz ze stanami w komputerowym programie handlowo-magazynowym…
…Pojęcie remanent jest często zamiennie stosowane z pojęciem inwentaryzacja lub spis z natury
To oczywiście wikipedia. Dalej już nie wklejałem, bo przecież to nie o to chodzi. Chodzi o to, że miały być Schody do Nieba, a wyszło jak zwykle… Czyli kolejny nowy wpis…
Jest rano, tzn. 6 (słownie: szósta) rano. A ja mam urlop. I jak na złość jest sobota, imieniny KOTA. Więc te dranie, łapciuchy i pokemuny, zrobiły mi pobudkę o 5(słownie: piątej). No tak ONE nie śpią, więc i ty człowieku masz nie spać…  Jak ja nie lubię tych kotów. A Plagi świetnie to wiedzą, bo łażą za mną jak cienie…

Tylko proszę, nie dajcie się zwieść ich niewinnym minom. To są… pi…pi…pi… Uf, już dobrze. Czarny to Batman. Tak go Domik nazwał. A mi się też spodobało to imię. I faktycznie w nocy to się z niego robi niebezpieczny zawodnik. Cisza, nic nie widać… i nagle z mroku wyłania się… BATMAN…
Ten drugi, to oczywiście Nicpoń. Imię mówi wszystko. A dzielnie im pomaga w znęcaniu się i doprowadzaniu mnie do szaleństwa Masza.

I ta Banda Trojga, dzień w dzień, rano, urządza sobie bójki, gonitwy, berka. Robią przy tym tyle hałasu, co stado Paputów lub pijanych Metalowców w glanach, podczas koncertu DiscoPolo gdzieś na wichurze
Jak ja nie lubię tych kotów. Tak mówił w Dołdze Robert (Tak chyba miał na imię, nie jestem pewien, a to był 1997 rok. Nigdy później się nie spotkaliśmy, ale takie były uroki dołżańskiego życia. Jesteś – wyjeżdżasz i nie ma cię.). Przynosił ze stołówki dla Szajby wędlinę. Robił dla Niej zabawki. Cieszył się jak dziecko. I cały czas pod nosem brzdąkał: Jak ja nie lubię kotów, tych skurwysynów…
Już za oknem jasno i koty robią się spokojniejsze. Niedługo pójdą spać. One już misję wykonały. Skutecznie poderwały mnie na nogi. Jak ja nie …, wiem, wiem, powtarzam się…
Jak remanent, to remanent… Więc hop do wora… W tym tygodniu poprowadziłem dwa blaszane rumaki w ich ostatnią drogę… Na złom… Co ciekawe, zajechały same, o własnych siłach, na swoich nogach tzn. kołach. Una mi nie żal. Musiałem szybko coś kupić na dojazdy do pracy. A nie miałem za dużo kasiuty. Ale Cytrynka… Buuu… Tej to mi żal.
Citroen C-15 poobijany, pordzewiały, styrany życiem. Taki niepozorny, ale Cholernik jeszcze silny. Pomagał mi w ostatnich latach działalności remontowej. Jeździłem nim gdy rozpoznano Miastenię i później gdy choroba się rozwijała. Latem 2015 dzielnie woził Synia i mnie po Polsce. W grudniu 2016 zaliczył od tyłu kraksę i stanął koło chałupy. A ja nie bardzo chciałem się Go pozbyć. Może miałem nadzieję, że jeszcze wrócę do remontów?
W środę włożyłem akumulator, podpompowałem paliwko, kluczyk w stacyjkę. Rozruch… A Autko za pierwszym razem bruuum odpaliło. Tak jakby chciał mi pokazać:
– Patrz, Ja jeszcze dam radę. Jeszcze silny jestem…
Wczoraj ruszyliśmy w ostatnią drogę. Zgrzytał, stukał, trzeszczał i chrobotał. Podczas jazdy coś się w przednim lewym kole zerwało. Ale dzielnie dojechał aż na wagę…

Kilka tygodni temu zarejestrowałem się na studia. Na Archiwistykę, studia dzienne – licencjackie. Przyznam się, że miałem do tego miłosne podejście – pierdoliłem to. Za bardzo mi na tym nie zależało.
W czwartek wieczorem, zadzwonił do mnie pewien Profesorek:
– Panie Danielu, jutro jest ostatni dzień na dostarczenie dokumentów. Inaczej nie zostanie Pan przyjęty na studia…
No i Gościu wbił mi w jełopę ćwieka… Dumałem nad tym cały wieczór. A rano puściłem przelewem opłatę rekrutacyjną. Odprowadziłem Cytrynkę w jej ostatnią drogę i pognałem na UMCS złożyć papiery…
No i znów jestem STUDENT… I chociaż dalej mam do tego miłosny stosunek i tak bardzo mi na tym nie zależy. Na liście moich priorytetów, praca jest znacznie wyżej. To jednak spróbuję. Przecież tak naprawdę nie mam nic do stracenia. A i tak ostatecznie, wszystko w praniu wyjdzie…
Jak ja nie lubię tych kotów…  Śpią  Psikuśniki. No ale dzięki nim powstał ten dzisiejszy wpis. A  i ja zarobiłem na śniadanie…

takie tam bla bla bla