Archiwum kategorii: Wypadło na Mnie

Chorobowe smęty.

Miastenia i brak tolerancji.

Siedzę w pracy i nie bardzo mam chęć tworzyć ze słów – zdań misterny szyk. Zgodnie z mym patologicznym podejściem do życia, biorę jak moje. Emilia ( tym razem inna Emilia, ale zdecydowanie to podejrzane, że Emilie wrzucają takie fajne tematy) na grupie zamkniętej zapodała taki temat:
Emilia: Jak radzicie sobie z brakiem tolerancji i zrozumienia ze strony rodziny gdy macie gorszy dzień a oczekiwań i obowiązków dużo?
Magda: Słabo… 🙁
Iwona: Olewam to? ale boli?
Katarzynka: Ja tak jak Iwona
Justyna: No ja tez to olewałam i wygrałam
Agnieszka: Kiepsko ???
Beata:  Przykro…🙁
Iwona: Cieżko
Jak więc widzicie, zdania są podzielone. Przejebane lub mam ich w Du…szy. Ten patent z dupy na du…szę kupiłem od wychowawczyni Pani Kłoczewskiej. Miała swoje powiedzonka, jednym z nich było „Straciłam cnotę, jak miałam roczek, gdy usiadłam na smoczek„. No dobra, wracamy do komentarzy.
Elzbieta: Oni myślą że udajemy
Agnieszka: Może nie koniecznie ale np jak wytłumaczyć małym dzieciom tak jak jest u mnie że mama nie ma siły i że nie pójdzie na plac zabaw nie zrobi tego czy tamtego co do nie dawna jeszcze nie było problemem.
Iwona: Dzieci są bardziej wyrozumiale od dorosłych.Mąż i maluchy rozumieją ale rodzina która widziała ze pracujesz. Ogarniasz dosłownie wszystko, lekarzy, rehabilitacje, rachunki, wakacje itd. a teraz mówię nie bo nie mam siły, to zaczyna się. Ty nie masz siły, no co ty, więcej pozytywnego myślenia, nie myśl o chorobie, co len cie ogarnął.
Ech nie mam siły nawet tłumaczyć. Co najgorsze jak już przeczytają w Google to słyszę, co to za choroba każdy się meczy, ci się nie chce, wygodna jesteś.?
Agnieszka: Dlatego ja już nie tłumaczę Iwonka bo to bez sensu. Poddałam się po którymś razie jak rozmawiając z tą samą osobą i po moim zdaniu idę się położyć bo poodkurzałam i mam dość, usłyszałam znowu pytanie ale czemu .
Agnieszka: Nie radzę sobie…  Idę się zamknąć wypłakać, potem zaciskam zęby wychodzę i wracam do obowiązków. W myślach ” pocieszam się ” że ja tylko mam problem z mięśniami i trochę szybciej się męczę ale żyję jestem chodzę, że są ludzie którzy mają gorzej.. I to mi pozwala jakoś przetrwać trudne dni.
Maria: Mam tak samo po prostu myślę że inni mają gorzej a ja jednak mogę się umyć i najeść czyli nie jest źle ale bywają naprawdę trudne dni wtedy po prostu odpoczywam. Trudno się dziwić że ludzie tak reagują ja sama tego nie potrafię zaakceptować.
Pietrucha: Na szczęście nie mam z tym problemu. Wszyscy wiedzą jak jest. Moja 10 letnia córka jak trzeba sama z siebie wiąże mi buty i odkręca butelkę z wodą. Ale ja generalnie nie mam problemu z mówieniem o chorobie. Ani ciała ani choroby sobie nie wybrałem. Jak trzeba to i na mieście obcą osobę poproszę o pomoc. Trza jakoś żyć 🙂
Agnieszka: U mnie też wszyscy wiedzą o chorobie w końcu to już 10 lat jak choruje ale niestety nie wszyscy rozumieją 🙁
Pietrucha: Jak ktoś nie rozumie jak to jest to mu każe podnieść monetę siłą woli, wtedy zaczyna kumać 🙂
No ten patent Pietruchy to mnie z tenisówków wyrwał. Kupuję go. Zresztą lubię korzystać z doświadczeń innych, po co mam wymyślać koło od nowa. Od pewnego czasu mówię, że jestem jak stary akumulator. Można go ładować całą noc, a on podłączony, ledwo zakręci i rozładowany jest.
Krystyna:  Choruje na miastenie już 20 lat… było różnie z moją choroba, rodzina widziała mnie w złym stanie… Ale bardzo mnie to zabolało jak kiedyś siostrze się żaliłam że źle się czuje… To mi powiedziała… Że to z lenistwa, że sobie wmówiłam tą chorobę a od leków które biorę to się uzależniłam….. ??
Ada: Zależy od dnia. Moja rodzina stara się być wyrozumiała. Jednak zdarzają się okresy, że i oni mają dość. Wtedy kończy się krzykiem i bezsilnością z obu stron. Osobiście reaguje na to prawdziwym wyłączeniem się. Dosłownie. Dzięki depresji opracowałam sposób po prostu ignorowania ludzi i otoczenia – przeczekania najgorszego i „wrócenia”, gdy to minie. Doszłam do wniosku, że tak musi być i tyle. Najbardziej wyrozumiały w tym wszystkim jest mój chłopak, ale przez swoją wyrozumiałość staje się momentami irytująco i do zrzygania nadopiekuńczy. Gdy czuję się gorzej, zamiast dać ni wypocząć, lata nade mną i przytłacza swoją obecnością. Dlatego dodałam wszystkich do grupy „Wypadło na mnie” i nakazałam rychłą edukację.
Ania: Słusznie Ada , z praktyki wiem że co.poniektórzy popadają ze skrajności w skrajność .
Jolanta: Oj bywa ciężko.
Bogumiła: U mnie też nikt mnie nie rozumie. Jest to przykre ale mam nadzieję że kiedyś przyjdzie zrozumienie. Mam czasami dość słuchania słów córki : dlaczego mrużysz oczy (a one same się zamykają) albo idź szybciej, nie szuraj nogami itp. Jest ciężko ale mam ich uwagi w nosie.
Iwona:  ja uprzedzam i atakuje.co pędzisz jak lokomotywa ? zwolnij bo pójdziesz sama.I działa ?
Iwona: Coraz ciężej z roku na rok. Wszyscy wiedzą a nie wiedzą. No bo to przecież dziwne, że raz masz siły za chwilę zdechlak. Znaczy udaje? Ciężko zdrowemu wyjaśnić ?
Anna: Mąż na bieżąco – różnie (po udarze) córka to ty nawet spacerować nie możesz (po spacerze w Szklarskiej) jak dostałam owrzodzenie żył, a syn co nie możesz weś się w kupę (kiedyś nie było żadnych rzeczy których bym nie zrobiła). GENERALNIE JESTEM SAMA
Anna: Wiadomo, ze najlepiej rozumieją się osoby chore na MG. Ja mam to szczęście w nieszczęściu , ze mąż i synowie mnie bardzo wspierają. O reszcie rodziny nie wspominam, bo patrzą jak na wariatkę . No, bo jak miasteniczka może dobrze wyglądać ?. Skoro chora, to powinna wyglądać jak miotła i upiór w jednym. Ale tym się nie przejmuje.
Asia: Mam szczęście, że moi najbliżsi mnie rozumieją. Mój czteroletni synek wie, że mama nie może szybko chodzić, córka pomaga w czym tylko może, mąż jest bardzo troskliwy. Mam naprawdę wielkie szczęście! Dzięki temu łatwiej mi walczyć z M, bo przyjaźnić się z nią nie mam zamiaru. Po prostu ją toleruję póki ze mną jest, ale liczę, że się jej w końcu kiedyś pozbędę.
Marta: Na szczęście trafiałam na takie osoby ,choć miałam parę sytuacji ,gdzie mi dopiekli. Pamietam ,kiedyś jeszcze jak mieszkałam u rodziców – w nocy młodszy syn płakał, bo wymuszał noszenie na recach bo tak lubił zasypiać a ja nie miałam na to siły o 11 w nocy . Zdechlak wieczorem byłam. Oczywiście mama przychodziła i nosiła ,spal razem z nią. Ryczałam, ruszyć się nie mogę, ani siły nie ma ,żeby dzieckiem zająć i gadanie rodziców. Teraz jak mieszkam z partnerem, to wojna była o biegi w samochodzie ,które jak dla mnie ciężko wchodziły. Czasami żarty robi , ze schaby to jego ulubione danie ( bo mnie meczy żucie , za twarde dla mnie) i więcej zostanie. Czasami jak mam dość to ryczę. Najlepszy sposób to szczera rozmowa i pogodzić z tym ,ze jestem księżniczka ( tak brat zawsze nazywa ,bo nie radze z rzeczami które maja nakrętki i korki). Pozdrowienia.
Ania: Od jakiegoś czasu nauczyłam się mówić wprost – odkręć, podnieś, sklep, otwórz, poodkurzaj, wyjmij, obierz, podnieś, itd. wedle niemocy . A żesz ten piepszony klucz w drzwiami jak na złość, na ranki nie daje się przekręcić … 🙁
Ela: Na szczęście to zjawisko u mnie nie istnieje czego i wam Miastusie życzę 🙂
No dobra, starczy na dziś. I tak to wygląda. Imiona często się powtarzają, ale są to różne osoby. Tak też wygląda kawałek miastenicznego świata. A jak jest u mnie?
Ja: Synio od kilkunastu dni pyta mnie rano jak się czuję. 
Tak naprawdę to chyba jednak ja powinienem być tolerancyjny i mieć większe zrozumienie dla rodziny. Jeszcze kilka lat temu sam bym nie wiedział o co kaman, gdybym spotkał Miastenika. Dalej za rzadko mówię, że źle się czuję, że potrzebuję pomocy. Złoszczę się i zmieniam we wrednego nietoperza, bo się nie domyślili. Zdecydowanie to ja mam braki tolerancji.
I ostatecznie żeby postawić jakąś kropkę nad „i”, Wszystkiego DOBREGO. Wszystkiego Dobrego Nam Wszystkim. Chorym i Zdrowym.   

 

Zmniejszenie ciężaru.

Nie będę świrował, że ten wpis powstaje ot tak. Sam z siebie. Jest efektem złapanych wczoraj uraz. No ale skoro już łapnełem tę francę, to dlaczego tego nie przekuć w coś dla mnie pożytecznego.
Choruję na dwie nieuleczalne choroby. Na dodatek obie Plagi są niesamowicie podstępne. Oj mieszają w jełopie jak się patrzy, a jak się nie patrzy to też mieszają. 
…O Ty …pi pi pi …, który zostawiłeś/aś samochód na miejscu dla niepełnosprawnego i nie masz karty parkingowej. …A ten wredny kierowca autobusu nr 3, mógł przecież te 10 sekund na przystanku poczekać. …Jak jeździsz Zośko, kto tej głupiej babie dał prawko. …I tak dalej.
Tylko że to jest średni luzik, taki tam lajcik. Faktycznie coś w tym jest, że to małe kamyczki. A duże głazy to urazy do całych grup. Moje doświadczenia związane z tymi kilkoma, niezbyt fachowymi lekarzami, tak łatwo przerabiam na wielką urazę do białych fartuchów. To przecież Znachory i Konowały, koszą na dodatek gruby szmal Partacze. A uraza do Współchorych  to już nawet nie głaz a blok.Takich dobrych rad Im udzielam a Oni co? Wyjebane mają. …Tyle dla nich robię, staram się, pomagam. I nikt tego nie docenia.
I tak zbieram te urazy jak Filatelista znaczki. Kieszenie w portkach już wypełniłem, a mam bojówki żeby więcej upchać. Na grzbiecie wielki mandzur, pojemność 240 litrów. A co se będę żałował. W każdej łapie siata, o wytrzymałości 50 kg. Gdybym potrafił jak te tubylce afrykańskie, to bym dzban na głowie jeszcze nosił.
Wiadomo, Życie to schody ruchome. I tak idę po nich z tym bagażem. Nie było by może tak jeszcze źle, ale Magik który tym schodowym biznesem zarządza, wrzucił wsteczny bieg. I schody w dół jadą, a ja na górę muszę. Oj do Tego to dopiero mam URAZĘ. Czekaj no ty Psikuśniku, niech ja Cię dorwę. To Ci nogi z dupy… Ups. Może nie słyszał. Bo jak ON złapie urazę, to może obroty w schodach podkręcić.
Uwaga cytat:
Ciężar naszych uraz utrudnia nam rozwój duchowy. Jeżeli naprawdę zapragniemy wolności, będziemy szukać sposobności, aby uwolnić się od tego dodatkowego ciężaru na tyle, na ile jest to możliwe. Natomiast w miarę pozbywania się tego balastu zaczniemy dostrzegać w sobie wzrastającą zdolność do wybaczania błędów naszym bliźnim i sobie samym. Będziemy żywić naszego ducha dobrymi myślami, miłymi słowami i służbą na rzecz innych.
Lubię stosować proste narzędzia, takie jak na przykład młotek. A co mogę zrobić dziś, by zmniejszyć ciężar?
Będę dążyć do tego, aby usunąć ciężar uraz z mojej duszy.
Nie muszę się od razu pozbywać wszystkich głazów i kamieni. Zresztą jest to niewykonalne. Za dużo ich nagromadziłem. Mam wykonywać proste działanie, dążyć do tego każdego dnia, by usunąć okruszek po okruszku swe urazy.
I mam nadzieję, że uda mi się dużą część wyrzucić jeszcze za życia. No i przestanę w ich miejsce zbierać kolejne.  

… a po 9 miesiącach, wykluła się Miastenia… Cz.2

… Nauczony wcześniejszymi doświadczeniami, gdy na wizytach u białych fartuchów motałem się w zeznaniach, niepokojące objawy zapisałem na kartce. Z tym i opisem rezonansowym główki, w którym nic nie stwierdzono, zameldowałem się  w grudniu 2013 u Doktora S.
No to inna rozmowa. Przeczytał to co zanotowałem na kartce i dopytywał o różne szczegóły. Następnie przystąpił do szczegółowego badania neurologicznego. Po raz pierwszy byłem tak badany. Wizytacja trwała około 30 minut. Dostałem skierowanie na badanie prądami. Doktor kazał mówić, że jestem od niego.  Na koniec stwierdził, że podejrzewa SLA ale nie mam się czego obawiać, to nic strasznego.
… Czy można sobie zrobić kuku internetem? Pewnie że tak. I to jeszcze jakie. Czasem lepszym rozwiązaniem może być zrzucenie na stopę cegły…
… Wrzuciłem oczywiście w google hasło SLA i wyskoczył wynik: Stwardnienie Zanikowe Boczne. Na szczęście mieszkam w parterowej chałupce, więc skok z okna nie miał sensu. Nie skorzystałem też z żadnych chemicznych zapominaczy. Chociaż to był wyrok – 2 lata życia mi zostało…
Dociągnełem do 13 lutego 2014 roku, czyli dnia Igieł i Prądów. I co się okazało? Oto epikryza napisana przez Doktora S. Głos teraz ma Doktor:
Pacjent z przeprowadzoną diagnostyką różnicową SLA / Miastenia / Obręczowy zanik mięśni. W wykonanym badaniu EMG ( 13.02.2014 ) wynik nie jest jednoznaczny, nie potwierdził zmian typowych dla SLA.
Kliniczne epizody osłabienia ogólnego, nie związanego z wysiłkiem fizycznym, ale pojawiające się podczas kontynuowania czynności codziennych ( głowa opada podczas siedzenia, podczas czytania „męczą się” oczy, okresowo występuje dysfunkcja chodu, zaburzenia połykania, głos ulega sciszeniu ). Do tej pory chory pracował fizycznie i był w dobrym stanie. W czasie obecnej oceny neurologicznej, bez objawu apokamnozy, samodzielny, sprawny. Mowa wyraźna, fonacja jednorodna, mowa sciszona, bez zaburzeń gałkoruchowych, język prawidłowy, brak fibrylacji i zaników języka.
Uwagę zwraca nawracająco – ustępujący obraz kliniczny co może odpowiadać postaci miastenii.
Oczywiście Miastenię pierwsza zasugerowała Pani Magik od igieł i prądów. Doktor S. skierował uwagę w tym kierunku. A mnie ulżyło. Uff… Wyrok śmierci został odwołany. To tylko Miastenia… A z Miastenią można żyć… żyć aż do śmierci. A nie tylko 2 lata.
Muszę się jednak do czegoś przyznać. Do czegoś co tak naprawdę niedawno sobie uświadomiłem. To  SLA to ja chyba trochę Doktorowi zasugerowałem. Spytał podczas wywiadu czy straciłem na wadze. Powiedziałem że tak, spadło z 64 kg na 59 kg w krótkim czasie. Nie przyznałem się jednak do tego, że znów wróciłem do ćmienia nikotyny.
Do Doktora S. już nie wróciłem, byłem pogniewany na Niego za te SLA to nic strasznego . Teraz była Doktor G.
4 marca 2014 roku. Doktor G. podczas wizyty przywaliła.
– Piszę panu skierowanie do szpitala. Proszę się natychmiast udać na SOR.
– Pani Doktor a nie można by tak za dwa, trzy dni? Mam taki mały suficik do zrobienia. Pach, pach zrobię i walę do szpitala.
– Jaki suficik? Przecież jest z Panem w tym momencie bardzo źle.
I spojrzała na mnie tak, że już tylko grzecznie spuściłem głowę. No dobrze, już dobrze, pójdę tak jak Pani mówi. 
I co myślicie że poszedłem? No pewnie że dobrze dumacie. Nie poszedłem. Miałem jeszcze tyle ważnych spraw do ogarnięcia tego dnia w chałupie. Wybrałem się następnego dnia.
5 marca 2014 roku w towarzystwie żony, zameldowałem się na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym po raz pierwszy. I po raz pierwszy spotkałem Doktor P. W trakcie pobytu na SORze zaczęło mi już puszczać.  Ostatecznie zostałem wypisany do domu. Doktor P. obiecała że porozmawia z Profesorem, szefem Neurologii o mnie. Dała numer telefonu i kazała dzwonić.
I tak 14 marca 2014 roku zostałem przyjęty na Oddział Neurologii w SPSK nr 4., gdzie byłem do 26 marca. Jednak o tym co się tam działo, napiszę w części trzeciej.
Jeszcze kilka słów wyjaśnienia. Piszę wyraz doktor czasem z dużej, a innym razem z małej litery. Jest to całkowicie zamierzone. Oczywiście te białe fartuchy z dużej zdobyły mój szacunek. A te z małej? No właśnie… 

… a po 9 miesiącach, wykluła się Miastenia… cz.1

… Wiosna 2013 roku była dziwna. W maju wojewoda wydał zgodę na rozpoczęcie budowy drogi, skazując jednocześnie chałupkę naszą na zburzenie. Jak by tego było mało, w czerwcu wystawił dodatkowo rygor natychmiastowej wykonalności dla tej inwestycji. I nagle film z buldożerem stał się cholernie realny. A elektrowstrząsy w emocjach też dały nieźle popalić.
Zaskoczyłem w lipcu. Tak, tak. Było ciepło a nawet gorąco. A ja akurat nie miałem żadnego zlecenia, więc nic nie robiłem. Takie trochę nie planowane wakacje. Tuptałem do centrum gdy łapneła mnie ta faza. Chodnik zrobił się jakiś wąski a mnie nosiło prawo – lewo. Nogi miękkie, słabe i nawalone. W głowie bajaderka.
To jednak nie był jeszcze koniec. Przez cztery dni wydawało mi się, że jestem przeziębiony. Niesamowicie słaby, ledwo człapałem po chałupie. Jakoś tak ciężko mi się oddychało. Był tylko jeden problem, nie miałem gorączki. Nawet nędznego 37. Co prawda w tym momencie nie stresowałem się tym. No bo zawsze był ze mnie zimny drań. Po prostu nigdy nie miałem wysokiej gorączki a 37,5 to już mnie wywracało.
Wydawało mi się, że mam zdrowe podejście do lekarzy. Czyli bez potrzeby nie wchodźmy sobie w drogę. Tym razem byłem jednak mocno zaniepokojony. Rodzinny nie robił problemów i wystawił skierowanie do neurologa. Telefon do Przychodni Specjaliści i zdziwko, termin za tydzień.
Stawiłem się w przychodni wyznaczonego dnia. Pogadali my jak doktor z pacjentem. Tzn. gadałem ja, no bo doszły już kolejne sygnały. Takie dziwne szarpnięcia pojedynczych mięśni rąk i nóg. Drżenie nie tylko dłoni, ale rąk i nóg, coraz częstsze osłabienie. Doktorka wysłuchała i receptę wypisała. Od razu widać, że fachowiec. Zadowolony pobiegłem od razu do apteki. Na szczęście złotówek przy sobie za mało miałem.  W chałupie wrzuciłem nazwę z recepty w wyszukiwarkę i … ot Plaga, suplement diety mi przypisała.
Nie zrażony tym pierwszym falstartem, zapisałem się w tej samej przychodni do innej neurolog. Czas 2 tygodnie, więc bajki. Ta doktorka nie poleciała ze mną w Ptaka i recepty nie pisała. Za to wystawiła dwa skierowania, jedno do reumatologa a drugie na rezonans magnetyczny głowy.
Reumatolog to już inna przychodnia, czas też chyba około dwóch tygodni. Wizyta zaś to kompletna klapa i porażka, aż mi się o tym nie chce pisać. Rezonans na NFZ najwcześniej grudzień, na płatny nie miałem kasiuty. Robiłem coraz wolniej, to i mniej zarabiałem.
I tak skończyły się wakacje, rozpoczął się wyjątkowo mokry i chłodnawy wrzesień. Trafił mi się remont mieszkania u dwóch pań, matki  i córki. I tu się los do mnie uśmiechnął. W trakcie pracy sporo ze starszą Panią rozmawiałem, między innymi o zdrowiu. I okazało się, że druga córka tej Pani jest kierowniczką izby przyjęć w jednym ze szpitali. Pod naciskiem matki i siostry, załatwiła krótki termin na rezonans. Zapisała mnie też do Doktora S., który odegrał ważną rolę w dalszej historii.
Rezonans nic nie wykazał. To znaczy wykazał, że w głowie nic nie mam. I do dziś nie wiem czy z tego śmiać się czy płakać. O Doktorze S. napiszę w drugiej części. Wrócę jeszcze do dwóch pierwszych doktorek. Obie nie przeprowadziły ze mną podstawowego badania neurologicznego. Wtedy mnie to nie zdziwiło, nie znałem się na tym zupełnie. Pierwsze badanie to zrobił dopiero Doktor S. No a później w klinice często robiłem za pomoc naukową dla studentów.

Miasteniczne pogaduchy do poduchy.

Na miastenicznej grupie, Emilia napisała jak się zmęczyła obierając grejpfruta. Zarzuciła też wątek, by inni podzielili się absurdalnie bzdurnymi rzeczami które męczą. I ze strony miastenicznej bandy poleciały komentarze. A mnie jak zwykle w jełopie błysło. Toż to idealny materiał na wpis. A ja będąc patologiczną Patologią niewiele się narobię…
Emilia:  Właśnie zmęczyłam się obieraniem grejpfruta. Tak, dobrze czytacie. Ręce bolą mnie tak, jakbym w każdej dźwigała co najmniej 2 Kardashianowe tyłki ?.
Maria: Emilko wczoraj miałam to samo z kiwi … ledwo obrałam.
Paula: Mi nawet klikanie w smartphona meczy paluczki 🙁 ale się uśmiałam przy tych kardashianowych tyłkach hahah.
I co? Rewelacja.
Jedziemy jednak dalej. To już grupa gastronomiczna lub jak ktoś woli kulinarna… Hm, czy jakoś tak. Co prawda jestem kucharzem z zawodu, ale nie wnikajmy w szczegóły.
Ja: Jak mieszam na patelni.
Emilia:  O! Ja wczoraj nie mogłam ciasta na naleśniki wymieszać.
Beata: Obieranie ziemniaków.
I tu już poszło, ziemniaki, oj obrać plagi to faktycznie problematyka grubsza. O ziemniakach wspomniały też Patrycja, Agnieszka, Ola. Co prawda nie napisałem o tym,  ale się podpinam zmęczonymi ręcyma dwiema.
Beata: …trzymanie telefonu w ręce, problem z utrzymaniem suszarki żeby włosy wysuszyć, czasami kubek z kawą jest ciężki jakby ważył z dziesięć kilo…
Beata to całą litanię walnęła. Zdziwieni? No bo ja nie. Cholernie jest mi to bliskie.
Agnieszka:   próba regulacji brwi samemu ???
Patrycja: No brwi też jakiś horror robię to z przerwami bo dość ze ręce to i oczy mi się męczą i widzę podwójnie 😉
Pietrucha: Nie zjem, bo nie utrzymałem talerza 🙂
Mieczysława: Często tak mam że filiżanka z kawą mi wypadnie z ręki albo jak tobie talerz talerzyk .Na początku myślałam że jestem niezdarna teraz wiem że przez miastenię.
Ola: Zamieszanie w garnku, obranie ziemniaków, wyjecie talerza z szafki, umycie zebów 😛
Anna: Mycie i czesanie włosów.
Iwona: Otwieranie i zamykanie zamka w torebce. Odkurzanie, nalewanie wody do 1.5 l czajnika i zalewanie kawy. Wlewanie płynu do pralki -dla oszczędności kupuje 2l butelki i jak pelna to problem .? podniesienie bagażnika w samochodzie?mogłabym jeszcze wyliczać bo wszystko teraz sprawia problem ale kiedyś nie zauważało się tych czynności.
Emilia: Gdyby ktoś stojący z boku to wszystko przeczytał, to by uznał nas za wariatów. Bo przecież jak można się zmęczyć takimi błahostkami. Mnie suszenie włosów zawsze wyczerpywało – teraz po wielu latach już wiem dlaczego. Myślałam, że jestem nienormalna, bo nigdy nie mogłam rąk w górze utrzymać, czy to przy ćwiczeniu, czy z zapalniczką na koncercie – to był dopiero wyczyn na miarę podnoszenia ciężarów 😉 Niby śmieszne teraz, bo musimy do tego podchodzić z poczuciem humoru. Ale jednak w środku człowiek załamany i ma ochotę usiąść i płakać. Zdrowie to dla nas ‚produkt’ na wagę złota. Dlatego go unieść nie umiemy, bo za ciężkie. ?
Iwona:  Właśnie napotkałam nowe schody? nie mogłam wyjąć miski z miski ?? zrezygnowałam.
Anna:  Moją bolączką od zawsze było otwarcie butelki mleka zzzzz bezsilność potęguje gniew i wtedy idzie w obrót wszystko co jest pod ręką by… wypić kawkę z mlekiem, potem zmądrzyłam się gdy jest nowa butelka zaraz proszę o otwarcie kogoś, kto jest pod reką , jeżeli chodzi o dłonie to na początku choroby gdy np pisałam coś tak mi sztywniały palce ze musiałam sobie pomoc druga ręką by powróciły do normalnej pozycji bo nie mogłam ich rozprostować.
Jagoda: Zmęczyła mnie kanapka z szynką….. skórka była twarda.
Niestety to już ciężka artyleria, czyli jestem głodny a koparka nie daje rady gryźć.
Ja:  Dlatego dziś na kolację jem lody. Bronię się przed blenderem.
Anna: Blender, owoce ,jogurt i super kolacja.
Emilia:  Ja mam jeszcze kilka słoików z papką dla dzieci. Tylko kto słoik otworzy?
No cóż tak właśnie to jest z tą Miastenią. Różne z pozoru tak zwykłe, proste rzeczy urastają do problematycznych problemów. Na zakończenie jeszcze…
Ja: Z ostatniej chwili. Zmęczyłem się kręceniem kółkiem w myszce i pisaniem, kopiowaniem i wklejaniem tego tekstu. 

Ruta i Ja. Czyli duet dwóch M.

Myśl innowacyjnie.

Klasyczne metody życia bywają dołujące.

.. i nie mają zastosowania w sytuacjach odbiegających od normy

I taki jest właściwy tytuł tego wpisu. Pomysł Ruty, no i mnie kupiła wizją. Dzięki za propozycję współpracy.
Legenda:
Czarna czcionka to pisałem Ja, niebieska Rutka a inne kolory… Hm, a inne to tak same jakoś wskoczyły. Miłego czytania, no i komentarze też mile widziane… Szczególnie te pochwalne.

 

Tytułem wstępu.
Gdy Rutka podbiła do mnie ze Swym pomysłem, na całe szczęście nie miałem tenisówków na nogach. Na pewno bym z nich wyskoczył. Później jednak głębiej się wgryzłem słabnącą szczeną w temat i z lekka zwątpiłem. Trudną mi rolę wyznaczyła.
Bez przesady – rola dla złotoustego w sam raz.
Dumałem i dumałem, a w głowie pojawiał się tylko jeden kadr, serial animowany „Pinky i Mózg”. Jest to historia dwóch myszy laboratoryjnych, Pinkiego takiego zwykłego głuptaska i Mózga. A Mózg to jest po prostu… Mózg.
W tej konfiguracji pierwszy raz w życiu wypadam na wysoką i szczupłą.

Rozdział I: Część właściwa.

W związku z tym, że znam się na niejednym jak naukowiec, to muszę przyjąć naukowe podejście do tematu. A to jednak wymaga ode mnie przyjęcia pewnej formy metodologicznej. Używania różnych metod i narzędzi badawczych, dostępnych w arsenale młodego naukowca. I korzystania w tych rozważaniach z różnych teorii, porównań i krytyki.
Klasyczny – definicja Słownik Języka Polskiego.
1. związany z kulturą starożytnych Greków lub Rzymian, z jej badaniem i wiedzą o niej;
2. wyróżniający się harmonią i proporcją (tak jak starożytne dzieła sztuki);
3. doskonały, służący za wzór;
4. tradycyjny, uznawany za doskonały w poprzednim okresie
Dołować – to definicja moja czyli:
1. Kopać, wykopać, zakopać
2. Wykopać by zasypać
3. Wykopać by coś zakopać
4. Wykopać by się schować
5. Zapaść się
Aż kusi w tym momencie, by zaczerpnąć ze złotych myśli, klasycznej już dziś kultury punkowej. I zacytować słowa anonimowego myśliciela i filozofa:
Jestem inny mamo, tato
Czy dostanę w mordę za to.

 

I przyjąć to jako punkt wyjścia do dalszej dyskusji, w której przyjdzie nam użyć zdań misterny szyk.
Czym więc tak naprawdę są te klasyczne metody życia? I dlaczego bywają dołujące? Presja społeczna by przestrzegać klasycznych metod życia jest bardzo silna. Musimy więc być tacy jak nasi sąsiedzi. Nie możemy chorować i okazać, że gorzej nam się wiedzie. Już tylko taki garb może doprowadzić do chęci schowania się, ukrycia czy innego ześlimaczenia (schowania w muszli). Czyli dołowania.
Co więcej, te klasyczne metody mogły nam wtłoczyć do głów mechanizmy programujące, jak mamy się zachowywać i co czuć w przypadku, gdy jednak jesteśmy inni. Mamy się wstydzić i nosić w sobie poczucie winny. A najlepiej gdybyśmy się całkiem zdołowali czyli schowali tak głęboko, żeby świat o nas zapomniał.

 

A gdyby tak zignorować konwencję? Po cholerę żółwiowi wciskać potrzebę zgrabnego i eleganckiego latania? Nie jesteśmy tacy sami jak reszta. Nie możemy przyjmować za pewnik niczego, co wynika z naszej fizyczności, dlatego cały nasz fitness opierać się musi na ćwiczeniu kondycji umysłu, ponieważ jest to regularnie ostatnia deska ratunku. Nie należy godzić się z własną dysfunkcyjnością, tylko ją oszukać. Dlaczego mielibyśmy słuchać rad, sugestii, czy pomysłów dotyczących właściwego sposobu życia, skoro to nam przyszło budować system reguł odnoszących się do takich hybryd jak my i nie widzę powodów do wstydu, raczej czyste, dziewicze pole manewru – nowe podwórko do zagospodarowania wymagające tylko zburzenia muru z napisem NIE MOGĘ TEGO ZROBIĆ a w jego miejsce wstawienia żywopłotu z tabliczką (JESZCZE) NIE WIEM JAK TO ZROBIĆ do przystrzyżenia wedle potrzeb.

 

Rozdział II: Myśl innowacyjnie.

Innowacja według Władysława Kopalińskiego to: wprowadzenie czegoś nowego; rzecz nowo wprowadzona; nowość; reforma.
Mam na swoim koncie naukowym liczne specjalności i specjalizacje. Jedną z nich jest filozofia patologii i jej zastosowanie w życiu codziennym. I na podstawie tych głębokich przemyśleń, spróbuję w punktach scharakteryzować myślenie innowacyjne…
Spróbuję godnie dotrzymać kroku z moją skromną prewencją patologii i zagrożeń społecznych, profesorze..
1. Nie wstydzę się tego, że jestem inny, bo…
A czego tu się wstydzić?! W odmienności moja siła. Ludzie szybko i gwałtownie oduczają się w kontakcie ze mną myślenia stereotypowego. Jestem wartością samą w sobie – pokonuję bariery i jednocześnie kształtuję świadomość innych.
2. Nie jestem winny tego, że jestem inny.
..Ani nie mam z tego powodu kompleksów, bo dlaczego? Potrafię dokonywać tych samych rzeczy innymi, własnymi metodami. Mam naturalną zdolność do kreatywnego myślenia, którą trenuję każdego dnia, tym samym moja zdolność przystosowania to raczej powód do dumy.
3. Jestem inny, bo tak już jest.
Jestem inny, bo jestem dość sprytny, żeby utrzymać się w nieprzyjaznych warunkach. Wybitnie żywotny, wręcz..
4. Mam wyjeb…ane co o tym mówią i myślą o mnie inni.
Lepiej!
Uwielbiam jak o mnie mówią, zwłaszcza kiedy się co do mnie mylą. Motywuje mnie to jak cholera. Nic nie dało mi w chorobie tyle polotu co gniew wywołany nieprzychylnością albo wręcz perfidnością innych. Nie stać nas na potulność, żal i poczucie krzywdy. Nie mamy zapasu sił na własne kontuzje emocjonalne, ale nikt nam nie odebrał prawa do odreagowania.
5. Oni też są inni, tylko o tym nie wiedzą…
…a samoświadomość to potęga. Wielka nasza przewaga względem otoczenia polega na tym, że spodziewamy się wszelkiego rodzaju „upadków kondycyjnych”, jesteśmy na nie zawsze przygotowani, zawsze czujni i zawsze mamy na myśli jakieś rozwiązanie awaryjne. My nie panikujemy, kiedy coś nam się dzieje. Mamy rutynową, krystaliczną jasność umysłu. Wiemy co nam dolega, dlaczego i jak sobie pomóc.
6. A skoro nie wiedzą, to mnie wytykają, że jestem inny.
A skoro mają mnie za dziwaka, to mam ludzkie przyzwolenie i licencję na dziwactwo. „Nigdy nie wskazuj wariata palcem. Nie wiadomo co Ci zrobi.” Szczerze mówiąc – wali mnie, czy na ulicy biorą mnie za pijaną, naćpaną, kalekę, czy wariatkę. I tak musiałam wypracować własny system awaryjnej reakcji bliskich.
7. Skoro mnie wytykają, to nie muszę się z tego powodu chować i dołować.
Nie możemy się chować. Wychodzi na to, że naszą misją jest edukować i uświadamiać, bo nikt za nas tego nie zrobi i następne pokolenia będą dusić się na ulicy uznawane za pijaków. Musimy wychodzić im głośniej, sprytniej i bardziej kolorowo, tym bardziej polepszy się nasze poczucie bezpieczeństwa i poprawi standard życia nasz i nam podobnych.
8. A skoro nie muszę się dołować i chować we własnej skorupie, to mogę zacząć działać.
Jak cholera! Nawet muszę.
9. A jak mogę działać, to muszę się liczyć z tym, że mogę się zmęczyć.
A skoro mogę się zmęczyć to muszę chwilę pomyśleć jak sobie zminimalizować to niebezpieczeństwo. Na tym polega kreatywność i innowacja w praktyce.
10. A skoro mogę się zmęczyć, to znaczy że mogę mieć gorsze chwile.
Nie jest sztuką się zajechać przy robocie. To potrafi każdy muł. Naszą rolą jest te gorsze chwile wykorzystywać do opracowywania ułatwień, bez fiksowania się na obliczaniu ilości utrudnień i objawów, szukać wąskich bramek możliwości i technik realizacji celów. Tam, gdzie męczą się mięśnie – mózg nadal może. Tak powstała dźwignia i koło. Ktoś już kiedyś miał ten problem.
11. A skoro mogę mieć gorsze chwile, to mogę się z lekka poddać i zdołować.
To jest nieuniknione i potrzebne. Samozadowolenie i poczucie spełnienia spowodowałoby osiadanie na laurach. Ten dyskomfort jest potrzebny, bo zmusza do refleksji. To jak fizyczny ból – w sumie służy do ratowania życia.
12. Gdy wystąpi punkt 11, to nie znaczy że mój świat się kończy i nic już nie mogę zrobić. Mogę przecież znów zacząć od punktu pierwszego.
Jest przecież nieograniczona ilość prób w pakiecie.. spokojnie 

Zakończenie

Zakończenie już będzie krótkie. Ponieważ akurat słońce zachodzi za mój horyzont. Świecąc mi po oczach ostatnimi promieniami dnia dzisiejszego. Coraz bardziej czuję punkt nr.9. Krótko więc…
Dialogi miasteniańskie..
To koniec.
To początek.

Miastenia nie boli.

Tak właśnie usłyszałem w 2014 roku od doktor C. Miastenia nie boli. Och, jaki ja byłem wtedy naiwny. Zieloniutki, jak … No wtedy to ja myślałem, że dlatego tak doktory mówią bo się na tym znają. A dziś ? A dziś już mamy rok 2017 i ja jestem też mądrzejszy o własne i innych chorych, doświadczenia miastenicznego żywota.
Pani doktor C.  nie okłamała mnie. Problem w tym, że nie powiedziała też prawdy. Sprawiła zaś, że przez pewien czas miałem niezły mętlik w głowie i bardzo dużo różnych wątpliwości. 

Zupełnie inaczej się zachował doktor Ch., którego jestem pacjentem już dwa lata. Na pewno jest specjalistą, ale nie od miastenii. I nigdy nie próbował przede mną takiego udawać. A kupił mnie prostym stwierdzeniem, Miastenia jest bardzo uciążliwą chorobą. Prawda, że fajne. Co więcej, w ten sposób zostawił mi wolność w chorobie. Idź i ją badaj sam, smakuj, doświadczaj i się jej ucz. Wszystko to co Ci powiem, może zaciemnić tylko jej obraz. Dobrego mam DOKTORA.
Proszę, tylko nie krzyczcie: Co to za lekarz, który nie leczy. Znachor a nie doktor… I tak Was nie posłucham, bo dla mnie to AS. Pytałem go o sterydy i inne leki. Zasugerował mi, by zostawić ciężki kaliber na „czarną godzinę”, gdy naprawdę będzie źle. I za to Gościa lubię. 
Od lata 2016 roku biorę udział w pewnym projekcie Kliniki Neurologii. Co jakiś czas spotykam się na wywiad i badania kontrolne z doktorem B., doktorantem na Uniwersytecie Medycznym. I jesienią powiedział mi tak: Powie pan doktorowi Ch., że sugeruję włączenie sterydu. No i jak zareagował mój doktorek? Facet który ma trzy specjalizacje medyczne i prowadzi badania kliniczne? Gwiazdeczka to by zaraz warknęła, co tam się Młody zna. A On: Będzie Pan brał 5 mg Encortonu dziennie. Samemu regulować, jak się poprawi odstawiać, jak pogorszenie brać. W szpitalu to by przywalili 1 mg/1 kg masy ciała, żeby od razu osiągnąć spektakularny sukces. A tu pomimo tak małej dawki, nastąpiła u mnie stopniowo poprawa. Nie ma Ameryki, ale nie jest też tak całkiem źle.
Widzę że mi się temat rozwija, a jeszcze dużo słów mi po głowie biega, odbijając się od ścian. Podzielę ten temat na części. Ha, ja to potrafię szybko jakiś numer bandziorski skołować. No w końcu znam się na tym jak patologia.
Mam jednak taką świeżynkę, z wczoraj. Pozwoli mi to też stworzyć punkt wyjścia do kolejnych części.
Miastenia nie boli, ale jest bardzo uciążliwą chorobą. Dopiero takie połączenie nabiera dla mnie sensu. Wczoraj rano gdy sobie jeszcze spałem, łapnął mnie skurcz w prawą łydkę. Jak tylko ustąpił i wyprostowałem nogi, to dowalił od razu drugi w lewą. Kurcze, łydki jeszcze teraz mnie bolą. No dobra, a co to ma wspólnego z miastenią?
Pośrednio ma. Na bank mam niedobór magnezu. No niby nic takiego, przecież półki w aptekach zawalone są suplementami. Tak, tylko że magnez jest na liście leków zakazanych w miastenii, bo może doprowadzić do nasilenia się objawów.
Przykład drugi z dzisiejszego ranka, a właściwie jeszcze nocy, bo była 3 godzina. Obudziłem się i obudził się ból krzyża. Jeszcze w miarę łagodny, ale pojawia się coraz częściej. I znów powiązanie pośrednie. Przez 12 lat mojej pracy w wykończeniówce i remontach, prawie tego problemu nie miałem. Ciągły ruch, zginanie i wygibasy ciała, dźwiganie ciężarów itd., to wszystko sprawiało, że miałem niezłą kondycję i elastyczny kręgosłup. A teraz … Ech.
No dobra… DOBREGO Wam wszystkim. 

Karta parkingowa.

To już chyba norma. Miałem inny temat, a wyszło ja zawsze. Krótko – wkurwiłem się.
Klinika mieści się w śródmieściu, na tygodniu parking jest oblegany. Dziś jest sobota, więc dosyć spokojnie, miejsc nie brakuje. A mimo tego miałem w ciągu 2 godzin aż czterech Łapciuchów, co zaparkowali na miejscu oznaczonym takim znakiem.

Pierwszy kierowca, gdy go poprosiłem by samochód przestawił, to od razu zaczaił. Jeszcze powiedział, że koledze powie. No i słowa dotrzymał, przyszedł drugi po 10 minutach i auto przestawił. Problem zaczął robić pasażer tego pierwszego. Próbował mędrkować, że tyle miejsc jest wolnych. A ja krótko,  od policajów mandat 500 złotówek i 5 punktów.
Tak naprawdę to trzeci mnie dopiero wkurwił. Haltnełem go na wyjeździe. Jednak było coś w jego zachowaniu, mimice, tonie głosu co mi gulem huśtneło. Po nim dopiero miałem błyska, aparat w telefonie.
Przy czwartym, piątym i szóstym, tak,tak, w tak zwanym międzyczasie jeszcze dwóch zaparkowało, siekałem fotki. Czwarty „Młody” zauważył moje poczynania, to chyba z lekka zdygał. Usłyszał gadkę informacyjną. Po piątym „Dziadku” to chyba spłynęło. Szósty słuchać zaczął, ale żona na niego huknęła, więc potulnie wsiadł do auta.
Karta Parkingowa to jedyny dokument uprawniający osoby z niepełnosprawnością do parkowania na „kopertach”. Jest wydawana na osobę (nie na samochód) lub placówkę.

 

A wygląda ona tak.

I wbrew obiegowym opiniom, nie przysługuje ona obecnie każdemu niepełnosprawnemu. Od 1 lipca 2014 r. kartę parkingową może otrzymać:
Osoba ze znacznym stopniem niepełnosprawności i znacznie ograniczonymi możliwościami samodzielnego poruszania się.
Osoba z umiarkowanym stopniem niepełnosprawności, znacznie ograniczonymi możliwościami samodzielnego poruszania się i kodami w orzeczeniu 04-O (choroby narządu wzroku) lub 05-R (upośledzenie narządu ruchu) lub 10-N (choroba neurologiczna).
Osoba do 16. roku życia ze znacznie ograniczonymi możliwościami samodzielnego poruszania się.
Teraz przejazd do pracy autobusem zajmuje mi ok. 6 minut. Także lajcik. Na uniwerek jechałem przeważnie 30 – 40 minut. Często na stojąco. I te wycieczki nieraz mi nieźle dokuczyły. A nie było ze mną jeszcze tak kiepsko. Miastenia dopiero postępowała.
Jestem posiadaczem tej karty i czasem z niej korzystam. O ile daję radę, to na krótkich dystansach wybieram jednak autobus. W ten sposób mobilizuję się do ruchu. Nie będę zaprzeczał, jest to dla mnie bardzo duże udogodnienie i ułatwia funkcjonowanie moje w mieście. Jednak za ten przywilej zapłaciłem i dalej płacę taką cenę, że gdybym tylko mógł… Ech.
Często się spotykam z niezrozumieniem w społeczeństwie w temacie kopert. Z zazdrością, z zawiścią… Nie wiem nawet jak to nazwać. Na koniec więc tego marudzenia, zamieszczę zdjęcie dla tych wszystkich którzy zazdroszczą nam tego dobra.

Zostało tylko około 30 metrów.

Kiedyś Herbaciana Koleżanka mi doradziła, bym pisał na zapas. I wstawiał jak najczęściej wpisy, żeby czytelnicy nie zapomnieli. Wiem, dobrze mi gadała, ale ja i tak piszę z natężeniem różnym. To zależy często jaki jest to dzień, czy mam siły. Często przychodzi też niechciej i mogę w jełopę kołkiem walić a ona i tak nic nie wymyśli.
Akcja tego wpisu działa się przed tygodniem, w sobotę. Dziś też jest sobota, ale ta akcja może mi się przytrafić każdego dnia.

 

Zostało albo zabrakło. Taką miałem dziś przygodę. Niestety często mi się to przydarza.
Mam z chałupy na przystanek 200 – 300 metrów. Dystans śmieszny. Tuptałem bardzo intensywnie na przystanek, bo nie chciałem się spóźnić na autobus. Sobota, jeździ ich mniej a ja na nockę do pracy. W połowie drogi poczułem jak nogi mi słabną, jak coraz trudniej zrobić kolejny krok. Zza zakrętu wyjechał autobus, a ja miałem jeszcze około 30 metrów na przystanek. I nie mogłem zmusić nóg do biegu. Bezradnie patrzyłem jak autobus rusza.
Musiałem pójść na inny przystanek, z tego już nie miałem autobusu. Około 800 metrów. Jak to mówili w stoczni ” nie ma, że boli”, krok za krokiem poczłapałem. 15 minut później klapłem na ławeczce. Kufajkę musiałem rozpiąć, bluzę pod spodem też. Oddech ciężki, nogi słabe, zlany potem.
Już ponad godzinę siedzę na wygodnym krześle ( tzw. wiercidupcu ) w pracy. Nogi jednak są takie, jakbym kilometrów zrobił kilkanaście. A przecież jeszcze cztery lata temu w robocie na drabinie potrafiłem tańczyć całe dnie.

MIASTENIA

Skaczą literki jak wściekłe pchełki

Miało być inaczej a wyszło jak zwykle. Czyli walę temat na bieżąco. Często mówię, że jak za dużo myślę, to jełopa mnie boli. I to się sprawdza w tym blogu. Dumam, dumam mam koncepcje i pomysły które układam, ustawiam, pożądkuję. A i tak przeważnie wychodzi tak, że temat pojawia się nagle i trafia na tapetę.
Mam jedno zboczenie… Ups… No dobra, dobra. Tych zboczeń jest więcej. Ale to nie znaczy, że zaraz będę się rozgolaszał tzn. uzewnętrzniał i wywlekał wszystkie. Ja też jestem niczym pewien Ogr, mam warstwy jak cebula.
Wracając do tego dziwactwa mojego, to jestem literowym perfekcjonistą. Lubię pisać poprawnie. Stawiać właściwe litery. Te wszystkie nasze ogonki, kreski. Czy dziwaczne litery pisane np: raz jako ż a innym razem rz.  A zawsze czytane jako …
Co do samej ortografii, no to wybitnym asem nigdy nie byłem. W szkole podstawowej nigdy nie dostałem nawet 3= ( słownie: trzy z dwoma minusami) z dyktanda. Tu jednak jestem dla siebie łagodny. Nie wstydzam się błędów ortograficznych. Zaś bardziej martwią mnie literówki.
No właśnie, gdy zapierdzielam długopisem w kajecie, to nie ma problemu. Cała draka dopiero się dzieje, kiedy walę paluchami w klawiaturę. Mimo tego, że nie piszę szybko i patrzę na klawiaturę, to robię literówki. I po prostu… pi…pi…pi…pi pi pi …pi.
No z lekka mi ulżyło. I ten, tego… pi…pi …pi… no już.

Nie zawsze tak było. Tak się dzieje od kilku lat. Gdy tak robię pamięciowy skaner, to łączy mi się to z Miastenią. Zaczęło się gdzieś w tym samym czasie i wraz z nią coraz bardziej się nasila. Co więcej, układa się to w pewien schemat. Nie trafiam we właściwe litery, ale te przylegające do nich z boku. Może nie był by to tak wielki problem, no bo takie babole przeważnie są oznaczone czerwoną linią i widzę co mam poprawić. Ale zdarza się przy wpisywaniu hasła. Teraz takie czasy, że coraz częściej musimy używać haseł bezpieczeństwa. Dobrze jak mogę włączyć podgląd hasła, gorzej gdy go nie widzę. A już pin do karty to wstukuję tak ostrożnie i powoli. A mimo to kilka razy się jebłem.
Kopał bym się pewnie z tego powodu. No bo co? Najprostsza odpowiedz? W jełopie się pierdzieli. Przyglądałem się jednak na forach, jak piszą inni Miastenicy. I zauważyłem częste występowanie literówek. To może jednak jest coś w tych moich podejrzeniach?

 

No i muszę tak zrobić. Czyli edycja.
P.S.  To tak jakby palce żyły trochę własnym życiem. Ja chce wcisnąć „S” i widzę gdzie ono jest. Palec zaś mówi takiego wała, bo wcisnę sobie „A”. I wciska. A ja cóż mam tylko trzy wyjścia. Ha ha ha. Nie tylko, bo aż trzy.
Mogę pójść do drewutni. Palucha na pieniek i siekierką – ciach. I liczyć na to, że już trzeci zmądrzeje i będzie współpracował. Drugie wyjście, zostawić literówkę i enterować. A mogę też tak jak dotychczas patologicznie poprawiać. UFF… DOBREGO.