Archiwum kategorii: Wypadło na Mnie

Chorobowe smęty.

Wieża mych możliwości… ( i ciśnień )…

Mieszkańcom Białej Podlaskiej ten widok jest znajomy. Jeszcze lepiej znają go ci z Woli. I nawet zagubieni podróżni na dworcu PKP, też go widzieli. Tak, to Wieża Ciśnień.

Mi bynajmniej towarzyszył od… Hm, w zasadzie od kołyski. Dziadkowie mieszkali niedaleko, pewnie ze 300 metrów od… Na ulicy Kościuszki, w kolejowym bloku. Przechodziłem często przez ten mini park na skraju którego stoi wieża, w drodze po lody czy na autobus.

https://www.google.pl/maps/@52.0213453,23.1322916,255m/data=!3m1!1e3?hl=pl

W późniejszym wieku, zdarzało się, że to był przystanek w porannych powrotach do domu… Czasem wręcz leżakowy… To przecież tędy wiodła najkrótsza droga z ognisk u Marcina. A że to było plus – minus połowa drogi, postój przysługiwał. A ostatni raz? Ostatni to chyba z Robertem, gdy się spotkaliśmy po długoletnim niewidzeniu… Gdzieś w połowie ( z lekkim wskazaniem na tą drugą połowę, czyli gdzieś w jełopce mi krąży 2006 lub 2007 rok) pierwszej dekady XXI wieku, późnym wieczorem, chyba październikowym. No bo było jeszcze dosyć ciepło, choć już mokro i liściasto. I tak się przecieły nasze dróżki na Serbinowie. I było tak jak w tej piosence:

Nie było co prawda czterech pustych, ale dwie… I też popłyneły wspomnienia w nocnym cieniu wieży ciśnień. I tak mi w tym momencie refleksyjnie błysło. Ile takich nocnych rodaków rozmów ta wieża się musiała nasłuchać…
Z Robertem to my byliśmy takie kolegi podstawówkowe. Grasowaliśmy razem po osiedlu, poznając jego różne zakamarki. Gonitwy na budowach, przygody na rurach, łąkach, harcerzowanie itp. A później nasze drogi się rozeszły całkowicie. Każdy już pognał w swoją stronę. A może inaczej: każdy już miał swoją opaskę na oczach i wszedł na swoją życia linę.
Okej, tyle tytułem wstępu. Choć nie… Jeszcze kilka słów wyjaśnienia. Wieża tak mi się trochę kojarzy z wysiłkiem, ze wspinaniem się po pierdykanych schodach. Szpak wie po co Chyba żeby tylko spojrzeć na świat z góry. A ciśnienia? No a jak tu żyć bez ciśnienia? Nuuuda…
Piszę – więc jestem w pracy. Oczywiście jest to już drugie podejście do tego tematu. Pierwszy raz namiętnie waliłem w klawiaturę w nocy z 17 na 18 czyli z soboty na niedzielę. Wiedziałem już, że teoretycznie to do końca miesiąca mam wolne, no bo kwartalny limit godzin wyrobiłem. A pracodawca nie jest taki bystry, żeby za nadgodziny płacić. Całe szczęście, że na tym obiekcie nie mają wyjścia. I tak za dzisiaj mam wyższą stawkę… A gdy przy wypłacie będzie o garść grosików więcej, to…
… To jest już 4:35 piątek rano. Wczoraj wieczorem napisałem tylko kilka zdań i padłem. Normalnie mózg mi się zagotował, zwarcie instalacji i zawiecha systemu. I nie bardzo reset twardego dysku pomógł. Dalej jestem zamulony. I to jest chyba to, jeśli chodzi o temat. To moja wieża możliwości…
W niedzielę rano wróciłem z pracy i leżakowanie, a później kręciłem jak ten smrodek po gaciach. W poniedziałek wróciłem do tematów remontowych. I tak dociągnąłem do wtorku. W środę wywrotka, no bo remontówka + upał= leżysz gościu i łapiesz powietrze. Oj tak mnie już w środę sponiewierało, że dałem radę tylko kilka spraw z rana załatwić. A w czwartek pognałem do pracy, z której za dwie godziny wyjdę. Wrócę do chałupy i trochę się ogarnę, uczeszę i może ogolę ( mam znowu sumiastego wąsa ). I do szkoły na zakończenie roku. Nie chce mi się, ale Synio prosił. Więc nie chcem, ale…
I taka jest chyba wieża moich możliwości. Chciałbym, bardzo bym chciał, żeby była wysoka. No taka prawie jak ta Babel, ale… Właśnie te ale, te nieszczęsne brakujące „z” w besensie. I wieża robi się taka jakaś niziutka. Kiedyś bym ją z pieśnią na ustach przeskoczył, a dziś? A dziś tylko tyle, a może aż tyle mogę zdziałać. I rodzą się ciśnienia, no bo ja tak nie chcę. To nie po mojemu. Jak to nie dam rady??? Ja tak nie chcę!!!
I są takie dni gdy stoję przed lustrem, a za plecami Koleżanka Miastenia szyderczo się śmieje: Tak Patologio, wyżej Szpaka nie podskoczysz…

Jak piłka…

Dorota Gellner

Piłka

Po cichutku, po kryjomu,
Wyskoczyła piłka z domu.
Hop! Hop! W górę! W dół!
Przeskoczyła świata pół.
Zatrzymała się pod płotem,
Zatańczyła z burym kotem.
Hop! Hop! Raz i dwa!
Obudziła złego psa!

Gdzie jest teraz? Pośród kaczek.
Kaczki kwaczą: kto tak skacze?

Ale piłka dalej zmyka.
Patrzcie! Wpadła do kurnika.
Hop! Hop! W górę! W dół!
Przestraszyła stado kur!

Gdy odpocząć chciała chwilę,
Siadły na niej dwa motyle.
Każdy z nich pomyślał tak:
– Jaki duży, piękny kwiat!

Biała koza, białą nóżką
potoczyła piłkę dróżką.
Pędzi piłka w stronę wiadra.
Bęc! Do zimnej wody wpadła!

– Oj! Do licha! – rzekła brzydko –
chcę do domu! I to szybko!

Choć nie miała wcale nóg,
Przeskoczyła – hop! – przez próg.
Zatrzasnęła z hukiem drzwi
i pod łóżkiem grzecznie śpi.

Taki fajny wierszyk czytałem Syniowi, gdy miał kilka lat. Chciałem już napisać, gdy był Mały. Problem w tym, że On nigdy Mały nie był. Już gdy się pojawił w styczniowy, mroźny, niedzielny poranek, to położna przepowiedziała, że będzie wysoki. A wywróżyła to na podstawie dużej stopy. I się kurcze spełnia.
Dużo ostatnio tych odniesień do piłki. Dumałem dlaczego??? I tylko jedna odpowiedź mi błysła: slapstick. A dokładnie komedia slapstickowa. Oczywiście niezawodny Słownik Języka Polskiego:
slapstick
[czytaj: slapstik] komedia o wartkiej akcji, pełna gagów (np. rzucanie tortami), pościgów itp.
A co na to wiki???

Slapstick – rodzaj komedii filmowej, stworzony przez amerykańskiego reżysera Macka Sennetta.

Charakteryzuje się dużą ilością ruchu, postacie są mocno przerysowane i przeżywają groteskowo niebezpieczne przygody. Sekwencje filmowe często są tworzone spontanicznie. Pierwszą komedią slapstickową był film Macka Sennetta z 1912 roku pt. Cohen na Coney Island. Typowo slapstickową komedią jest też Flip i Flap. Do tego rodzaju należą filmy: Kevin sam w domu, Flubber, serie filmów Naga broń, czy o inspektorze Clouseau, a także seriale animowane takie jak: Tom i Jerry, Zwariowane melodie i wiele filmów z Kaczorem Donaldem.

Również znany angielski serial komediowy Benny Hill Show autorstwa Benny’ego Hilla zawiera elementy stylizujące go na komedię slapstickową.

Cechą charakterystyczną jest obecność aktów przemocy fizycznej w scenach filmu, bohater może być bity, kopany, przypalany bądź uderzany (ręką, kijem, plackiem lub tortem). Wbrew obiegowym opiniom nie jest to jednak geneza nazwy gatunku. W języku angielskim slap znaczy uderzać, lecz w rzeczywistości slapstick to niewielkie urządzenie używane przez klaunów do wytwarzania podczas cyrkowych przedstawień trzaskających dźwięków i nazwa ta została niejako zapożyczona.

No i do tego momentu tylko udało mi się dociągnąć wpis. I tak jak kilka innych przed nim, został na etapie szkicu. Został do czasu… A teraz akcja „odgrzeb”…
Gdy mnie błysła w głowie wstępna koncepcja, to faktycznie byłem jak ta piłka. Z każdej strony chciano mnie kopnąć. I na dodatek na jakimś wariackim boisku z co najmniej czterema bramkami. Hm, a może nawet tych bramek było jeszcze więcej… No ale tego tematu nie będę rozwijał, przeszło mi i na ten moment nie chce mi się już w to wnikać…
Jakiś szalony się zrobił ten czerwiec. Dosyć szybki i intensywny. W pracy już normy godzinowe wyrobiłem, więc mam w zasadzie chyba wolne do końca miesiąca. W zasadzie – no bo w tym pierdolniku, kierownik coś ostatnio grafik nie może zgrać  i wiem tyle, że dziś jestem na obiekcie (jestem więc piszę…). A jak dalej to, ni chu chu nie wiem
Piłka to ruch… dynamika… pęd… podskoki… . No i mnie się nawet trochę udawało, nabrać takich piłkowo-podskokowych ruchów ostatnio. We wtorek rano zszedłem z roboty. Drzemnełem się prawie trzy godziny w chałupce i pognałem na spotkanie MMB, czyli  Miejscowej Miastenicznej Bandy. No i bardzo się ucieszyłem, bo było Nas tym razem już sześcioro. Co jak na razie potwierdza moją teorię, że regularne stałe spotkania są kluczem do sukcesu.
Później pognałem do chałupy, żeby się spakować. Załatwiłem sobie podwózkę do Krakowa. I nawet knułem, że w drodze zrobię selfika trzech Manów. Mieli być: Rafał Man, Ja Man, no i oczywiście MAN. Rafał to Przyjaciel, dzięki któremu ta przygoda była możliwa. Ja to ten piłek podskakujący na spotkanie miasteniczne w Krakowie, a MAN okazał się być DAFem. Ups… No i plan selfikowy poszedł w pi… w pi pi ripi chorągiewka…
Za Tarnowem, już na autostradzie wygieło mnie całkiem. Przeprowadzka z fotela na DAFowe górne kojo. I ukołysany odpłynąłem w sen. Rafał miał kursa do Myślenic i tam obudziłem się po ósmej. No to za mandzur i wygiołem bambosze na busa do Krakowa…
Jestem dziś po ciężkiej nocy, bo miałem arcyważną misję do wykonania… Była tak ważna, że dopiero gdy zaczeło świtać, przerwałem ją. Chociaż w głowie błysnął szatański plan, by już dociągnąć do 5:30 i tak z marszu pójść do pracy. Wykończyłem więc jeszcze stado Ghuli i bandę Utopców w Wiedźminie i się położyłem na dwie godziny. Teraz jednak odczuwam trudy misji…
Może więc dalsze piłkowo-podskokowe opowieści nastąpią w innej części… Może…

Dziś sobota – imieniny Blekota…

Tytuł zupełnie bezsensu, zdarza się i tak. Jak coś innego przyjdzie mi w trakcie pisania do głowy, to się gumką wytrze. Zresztą znów długa przerwa w pisaniu, więc nie ważny tytuł – ważne że…
Oczywiście pytanie za punktów sto? Gdzie jestem? Tak tak. W pracy. Ciężko tyram i sobie piszę. No nie… Rozegrałem już kilka partyjek 3-5-8 na Kurniku. Czasem lubię w karciochy pograć. Niestety w realu tak jakoś od dawna nie mam z kim. Muszę się ratować substytutem sieciowym. Substytutem, ponieważ nie czuję kart w rękach. I brakuje mi tasowania, rozdawania, układania i klepania kartami o blat stołu. Ech…

Pamiętacie te rury? To nie tylko gonitwy. To również niejedna rozegrana partyjka w PanaGuano czyli po naszemu Gówno, Kuku i takie tam różne gierki. A ile było śmiechu i radochy, gdy komuś karta wypadła i poleciała w dół, na ziemię. I musiał taki AS zapierdzielać na dół po nią.
Wspominałem już o chałupie Władka Rózgi. Oj tam to dopiero rypaliśmy w karty. To już było na ostro. Chociaż nie hazardowo. Leciały Tysiąc, 3-5-8, Poker, Dureń. Rozrywkowo parami w Kenta. A już całkiem dla śmiechu to w Złodzieja. O to dopiero się działo, bo to gra na bicie. Przegrany karę zaliczał. I nie było zmiłuj się. Oj nie było…
No dobra, żeby nie było tak, że tylko karty, w popielniczce kiepy i bałandziocha słodka… W jednym z pokoi rozstawiany był stół. Taki zwykły, rozsuwany. Ale siatka w jego połowie i graliśmy w ping ponga. Nie daleko, a nawet całkiem blisko, bo około 200 metrów, mieliśmy z chałupy na szkolne boisko. Piłka więc w ruch. Czasem w palanta. No i latem kąpiele w bajorkach. A z indywidualnych gierek, to jeszcze Warcaby i Szachy.
Już minęło 6 godzin pracy. Zgłodniałem, więc czas na obiad. Dziś postny – śledzie… Tak jakoś wyszło. Na kolację będzie mięsiwo.
Zaczęły się ciepłe, a nawet gorące dni. Tak to już jest, taka pora roku. Niestety odczuwam to dosyć mocno. Trudniej powietrze mi złapać. Sił mało i bolą mięśnie. I w głowie robi mi się pusto. I tak ciężko czasem myśleć. Oj nie lubię, nie lubię tego. Jak za dużo myślę, to mnie głowa boli.
Ooo… Właśnie mnie łapie. Palce słabną, coraz trudniej mi pisać. Głowa leci w dół. Tak jakby te puste myśli ze 100 kilo ważyły. Ucisk na pierś i płytki oddech. Woda robi się tak twarda, że ją przełknąć nie mogę. I z nosa zaczyna cieknąć, chociaż nie mam kataru. A to już znak, że muszę się położyć. Położyć i odpocząć. I czasem już po prostu nie wiem, śmiać się czy płakać. No bo przecież zmęczyłem się siedzeniem na krześle.
I nic już więcej nie napiszę w tym wpisie. Muszę się położyć. Dobrze, że w tej robocie mam do tego warunki. Ech… Pierdolona Miastenia…

 

Kilka słów o siłach. Część II.

No i znów nocka na strychu. Z pająkami, myszami i warczącymi prawie cały czas samochodami.
No tak, w części pierwszej tylko o tym bąknołem. Uwaga!!! Kilka słów wyjaśnienia. Na okres zdziałania nowej podłogi, śpię na strychu.  I dziś to już będzie czwarta. Tak wyszło – szeleszczę jak mantrę, taki rok 2017. Nocki cztery, bo wczoraj spałem w chałupie. Młodszy Pokemun był na gościnnych występach u Babci. 
To strychowe koczowanie ma jednak na mnie całkiem ciekawy skutek uboczny. Otworzyło ponownie bowiem drzwiczki wspomnieniowe. Przypomniały mi się bowiem dwa inne strychy. Strychy na  chałupkach których już dawno nie ma. Na Osiedlu Młodych (Serbinowie) które też już wygląda zupełnie inaczej.
https://www.google.pl/maps/@52.0263541,23.1472718,3a,30.7y,348.15h,86.8t/data=!3m6!1e1!3m4!1sRI7YMf3RoUU0-QZOIp2q4A!2e0!7i13312!8i6656?hl=pl
Na tych guglowych mapach widać fajne urządzenia sportowe. W drugiej połowie lat 80-tych stały w tym miejscu jeszcze dwie małe chałupki. Drewniak i murowana. Właścicielami było pewne małżeństwo, chyba zseparowane. On mieszkał w murowanej a Ona w drewniaku. Całość została wywłaszczona przez państwo z przeznaczeniem pod rozbudowę SP nr 6. Babka się wyprowadziła a facet zmarł w swej chałupce. Odkryto to dopiero po kilkunastu dniach.
W każdym razie latem 1988 roku, gdy tylko okazało się, że te chałupki stoją puste, wprowadziła się do nich pewna wesoła banda Obszczynogów. Banda uprawiająca namiętnie ekstremalnie wyczynowy sport, czyli gonitwy na budowie kościoła i plebani. Dokładnie tych po drugiej stronie ulicy Wyszyńskiego, a wtedy jeszcze Piaskowej. Kilka lat później mówiłem, że zajmowaliśmy się Sprintem na orientację przez przeszkody. Nazwa adekwatna, ale to będzie dobry temat do innego wpisu.
Jedynym nadającym się miejscem na zrobienie kanciap były tylko strychy. No to tak zrobiliśmy. Liny, podciągi, włazy zabezpieczone na szyfrów pięć. Co i tak nie uchroniło przed nalotami Starszej Bandy obstawiającej regularnie w tym czasie okolice Serbinki. Większość z nich miała wtedy zainteresowania punkowe, więc nam z kanciap robili rozpierduchę. Nie pomagało też to, że część z nas miała w tej starszej bandzie rodzonych braci. Starszemu rodzeństwu się w główkach popierdoliło chyba od nadmiaru bałand i brali się za wychowywanie. Co ciekawe, fajek nie chowałem przed rodzicami a tylko przed Bracholem. O ten jak tylko miał okazję to mi je podbierał.
No i tak minęło lato i jesień 1988 roku na gonitwach na budowie, przysiadówkach w kanciapach strychowych, przy fajkach i kartach. Kąpielach w bajorkach. Grze w piłkę na sąsiednim boisku. No i na takich różnych…
Przy okazji skolegowałem się z chłopakami Władka Rózgi. Już niedługo chałupa Władka miała się stać na kilka lat takim drugim domem. No ale to już inna opowieść…
A co do mego aktualnego strychu… Wstałem dziś zapuchnięty jak po dłuższym okresie płynnego patologizowania… A to pierdolone sterydy znowu namieszały. I taki błysk, że są siły które i tak robią ze mną to co chcą. I jak to mówił wujcio Ila : Ja mam silną wolę. Jest tak silna, że robi ze mną to co chce.
Mam dziś na noc do pracy, więc biorę się za podłogę…

Kilka słów o siłach. Część I.

No i znów długa przerwa w pisaniu. I brak sił i chęci też. Na usprawiedliwienie tylko tyle dodam, że taki rok 2017. I SZPAK!!! Oj lubię ten tekścior, ale o tym już pisałem.
Dziś o siłach słów kilka. No to jedziemy z tym… Oczywiście taczką jedziemy.
Co prawda duet z Rutką jest aż do odwołania nieaktywny… Młoda takie wiarygodne usprawiedliwienie podała, że ho ho… No ale pewne patenty mogę przecież i tak stosować. Dlatego zacząć wypada od naukowej definicji:

Siła – oczywiście słownik języka polskiego

1. «energia fizyczna lub duchowa umożliwiająca działanie»
2. «zdolność oddziaływania na kogoś lub na coś, możność wywoływania określonego skutku»
3. «człowiek ze względu na rodzaj i charakter wykonywanej pracy w jakiejś dziedzinie lub w jakimś zakładzie»
4. «grupa społeczna mająca wpływ na przebieg jakichś ważnych wydarzeń»
5. fiz. «jakakolwiek przyczyna fizyczna zdolna do zamiany warunków ruchu lub spoczynku ciała materialnego albo do jego odkształcenia»
6. «zdolność bojowa wojska oceniana według liczby żołnierzy i uzbrojenia
I teraz by już nie pisać głupot i bzdur, to krótko w temacie. To właśnie sił mi najbardziej brakuje w tym miastenicznym żywocie.
W czwartek postanowiłem zrobić szybki remont w pokoju. Nic nadzwyczajnego – malowanie, meble przekształcić w materiały potrzebne na sezon palenia w piecach 2017/18, wstawić nową/starą szafę, szlifen podłogowy i coś tam ewentualnie jeszcze… No i co? Oczywiście mina i ogólnie wyrwany zostałem z tenisówków.
Gdy opróżniłem i zlikwidowałem meble (oczywiście z pomocą Pokemunów, no bo demolka jakoś ich kręci), to niestety ostatecznie okazało się, że z podłogi została gnojówka. Tylko piec. Czułem że tak będzie, ale miałem nadzieję, że może moje czarnowictwo tym razem się nie spełni. Ech …
No to do dzieła. Łopata w ruch… Ziemia usypana przy budowie chałupy sama się nie chciała wybrać. Czyli to Mła osobiście, tymi o to ręcyma musiał to szmuliwo przez okno wywalać. A jeszcze jak na złość DOMOWNIKI się pochorowali i na placu boju zostałem sam. No i sił mnie starczyło tylko do godzin porannych w sobotę. A później to już …
… I to by było na razie tyle. Oczywiście jest to przerwa techniczna, spowodowana tym, że w palcach sił już brak. A karczycho boli od podtrzymywania głowy. I tego w żaden sposób nie potrafię wytłumaczyć, bo jełopka ma powinna być lekka od nadmiaru górnolotnych myśli. Okej okej… Jest niedziela, godzina 21. Idę spać bo sił brak, a jutro do pracy tej płatnej… Po jakiego SZPAKA się za ten remont brałem???
A jeszcze jedno bo zapomnę. Dziś przy samochodzie znalazłem butelkę ruskiego szampana. Ktoś mi zostawił prezent niespodziewany w nocy. Spałem na strychu i słyszałem jak Ciszek się w nocy wściekał. To pewnie był ten moment, gdy mnie ten prezent podkładano. I tu drobna ciekawostka. Na banderoli akcyzyjnej jest rok 2007 i flaszka nie była otwierana. Młody za kilka miesięcy skończy 18 lat, to sobie otworzy. A o spaniu na strychu jeszcze napiszę, a teraz już pa pa…

O czym by tu napisać w tę noc z wtorku na środę?

Właściwie, to już prawie noc środowa. No bo jeszcze jest wtorek, ale godzina 22:48, więc tak prawie się skończył…Ewentualnie wykończył. Wykończył się, wykończył mnie. Miałem, oj miałem dziś moment takiej zawiechy, że z tenisówków na kojo mnie rzuciło. Niestety, jest teraz tylko odrobinę lepiej… takie ciut, ciut. I na ten moment to by było tyle. Kilka zdań zapisane, zarobiłem na kolację…
A teraz zegary wskazują 23:46. Kolacja opierdzielona. Tak po chłopsku – chleb z boczkiem. Mniam… I tylko tak cholernie trudno przełknąć. Herbaciura wypita, mestinonki łyknięte, a teraz kawą gorącą się delektuję. Niedługo, za minut kilka, akurat już w środę potuptam na spacer wokół kliniki. Ciekawe czy znowu spotkam tego małego liska? Ha… Podczas ostatniej nocki taki maluch o mało się na mnie nie wpakował. W ostatniej chwili się kapnął i uciekł na skarpę. Przez kilka minut bawiliśmy się w uwaga!!! patrzę!!! On się chował za murem, a ja robiłem kilka kroków. Lisek wyglądał za winkla i oceniał, na ile już podszedłem. I znowu się chował, a ja pyk kilka kroków. Zabawa się skończyła, gdy mieliśmy do siebie około 5 metrów.
Ale już środa, więc ruszaj się na spacer Patologio. W końcu za to między innymi Ci płacą.
Niestety, liska nie było.
Zauważam ostatnio, że jestem jakoś tak coraz bardziej niezrównoważony politycznie. Mam na to po prostu niezrównanie – wyjebane. Dziś korzystając z tego że jestem na UMCS, chciałem odwiedzić Profesora S. I tak spytać: co tam Panie w polityce? No i lipa. Profesor w dyrektory poszedł i lata… Ale za to załapałem się na ciekawy wykład o początkach Lublina.
A i na Policaji zadzwoniłem. Jakiś/ -aś i tu oczywiście trzy kropki (…), zajął samochodem część koperty dla niepełnosprawnych, a nie miał karty parkingowej. To taka moja prywatna wojna. I z tymi co zajmują koperty bez karty, jak również z policjantami co reagują zdziwieniem, że im coś takiego zgłaszam. Wkurw mi gula szarpie.
A właśnie… Uwaga!!! Ogłoszenie!!! Oddam za darmo kartę parkingową. Ważną do lipca 2019 roku. Warunek jeden – do zabrania w pakiecie, razem z Miastenią.
Jejku jej… Spać mnie się chce. A to dopiero 01:05. A do fajrantu prawie jeszcze 6 godzin. Pacjent z popsutymi oczyma zadzwonił kilka minut temu domofonem. Bzzz… bzzz… bzzz… A ja za słuchawona i pyk zwolniłem blokadę elektrozamka. Tak naprawdę to i tak mam bajki. Ja mam wpuścić i wypuścić.
Oj słabiutko ze mną jest już od pewnego czasu. I tak się często waham: czy to już? czy to teraz? Czy już pora na SOR się wybierać? A tak wygrywam kolejny dzień na wolności. Aby do rana – jutro będę się martwił. A dziś nie jest jeszcze tak źle. To nic, że sił nie ma bo w akumulatorze energii już dawno zabrakło. To nic, że ciężko się oddycha i gardło niewidoczne palce ściskają. To nic, że płyny jakieś takie twarde i trudno je przełknąć. No cóż, w kranie twardą wodę mam…  To nic, że coraz częściej chociaż nie mam kataru, z nosa pocieknie. I że to mój ostrzegawczy sygnał, chujkowato Facet chujkowato. To nic… Do rana wytrzymam. To przecież już tylko 5 godzin. A w chałupie odpocznę…

Boję się. Tym razem jakoś tak się boję. Jadę na 10-ce sterydu, to mała działka. A w szpitalu dowalą pewnie wagowo. A już przekroczyłem  70 kilo. I zwiększą dawkę siedmiokrotnie. Tego towaru znachory nie żałują.
Już czas, już pora. Na spacer roboczy iść…

… a po 9 miesiącach wykluła się Miastenia… Cz 3

Szkic tego wpisu zapisałem już jakiś czas temu. Szkic? Ha ha ha. Tak naprawdę to tytuł i zdań cztery albo pięć. To jednak szczegół techniczny. Miałem szczery zamiar rozwinąć to do tekściora takiego, że ho ho… I co? I ciągle nie po drodze. Były ważniejsze sprawy bieżące, które się w słowa zmieniały. Miałem często też ostatnio niechcieja i nie było bata na patologiczny grzbiet.
A dziś nocka w pracy. Korzystam więc ze sprzyjających warunków i smaruję pisemko. Była co prawda pokusa, żeby pomarudzić o czym innym, o wczorajszych wkurwach które złapałem. Ale nie… ale nie… Postaram odciąć się od tych toksyn. No to jadziemy…
… No i wylądowałem na neurologii. Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny nr 4 w Lublinie na ulicy Jaczewskiego. Sala nr 10. Okazało się, że część pacjentów tej sali była mobilna, to znaczy bardziej ruchliwa, więc nie było tak źle. A ja to już w ogóle lajcik.
A teraz czas na przerwę techniczną. Dlatego, że wrrrr… robię już drugi dzień, to dziś do pracy oprócz kanapek, zapakowałem opakowkę lodów. No i plan sprytny. Czas na relaks… Hm, mniamuśne. I żadnego wspólnika, czającego się za rogiem na moment mej nieuwagi. Tylko ja i litra lodów.
No dobra, połowę lodów zjadłem, teraz więc powrót do słów pisania. Na fotce oczywiście SPSK 4.

Przyjęto mnie na oddział w piątek. Nie dość że było dla mnie kojo na sali, to jeszcze wieczorem miał być Doktor K. Pobrali krew do analizy, obiad i kolację dali. I luz totalny, możesz gościu nasz kochany sobie leżeć, możesz siedzieć, możesz spacerować.  Miałem opaskę z szyfrem na ręku, by się w tym pierdolniku całkiem nie zagubić. Nie ukrywam, byłem w lekko – średnim szoku. Ostatni raz w szpitalu byłem 20 lat wcześniej, to znaczy pierwszy i ostatni. Musiałem się więc naumieć wszystkiego od nowa.
Doktor K. zciągnął mnie na prądy (EMG) gdzieś po 20. Jak dla mnie to Magik Prądowy. Spokojnie to robił, nie śpieszył się. Badał nerw po nerwie, mierzył, zapisywał. Informował, tłumaczył.  Widziałem, że jest bardzo zmęczony. A mimo tego nie spieszył się. Gdy skończył, było już naprawdę późno, cały oddział spał.

Czerwoną kropką zaznaczyłem mój apartament. Leżałem pod oknem i miałem widok zdecydowanie ekstrawagancki – na Blok Operacyjny.
Pierwsze dwa dni to trochę badań. Prądy, usg jamy brzusznej, rentgen, siuśki i krew do analizy. Miała być jeszcze tomografia klatki piersiowej, niestety tomograf się spierdzielił. I kolejka zaczęła chyba żyć własnym życiem. A ja w niej się cały czas przesuwałem na coraz dalsze pozycje. Na oddział trafiłem 14 marca a tomografię miałem zrobioną 26 marca. Tego też dnia zostałem puszczony do domu.
Oj potrzymali mnie na oddziale, potrzymali. Leków żadnych nie dawali. Micha regularna, Żona z Teściową dokarmiały. Ameryka. Tylko że ja na koju nie mogłem wytrzymać. I po szpitalu łaziłem. Ludzi trochę poznałem, doświadczeń nowych złapałem.
Wreszcie znachory zebrali dokumentację i …idź se Pan już do domu. Na trzy punkty programu, załapałem się tylko na jeden. Prądy coś tam pokazały, ale wynik nie do końca pewien. Przeciwciał brak i grasiczaka też nie zauważyli. Wynik? Miastenia w obserwacji. Na odchodnym, doktor Ch. (zwróćcie uwagę, że doktor napisałem z małej) poświęciła mi 2 minuty swego, jakże cennego czasu i powiedziała: Pan Miastenii nie masz, jak dla mnie to nerwica. Do końca roku nie ma już do mnie zapisów w przychodni (a to dopiero marzec), ale przyjmuję prywatnie na Chodźki. Pierwsza wizyta za darmo. Widziałem że Zocha jest ważna, siedziała na zebraniach po prawicy pierwszego po Bogu w Klinice, czyli profesora. Nigdy jednak, pomimo patologicznych błysków, do niej nie zaszedłem. Coś mi w niej nie pasowało i tak zostało do dzisiaj.
Miastenia w obserwacji. To takie cóś co może jest, a może nie ma. W zaleceniach wpisali 3x mestinon. Leki więc poszły. Co do obserwacji? To chyba na ten moment mieli rację. Ja naprawdę nie mogłem na miejscu wysiedzieć. Miałem silne mięśnie, zaprawione w robocie. Braków energetycznych też dużych nie było. Powieka nie opadała (jeszcze), podwójnego widzenia nie miałem (i dalej go tak naprawdę nie mam). A co to za Miastenik który podwójnie nie widzi? Normalnie Popierdółka jakaś, która do mądrych książek nie pasuje.
Wychodząc ze szpitala, cieszyłem się. Cieszyłem się, że mam Miastenię. Na oddziale widziałem dużo cierpienia i ta moja Miastenia wydawała się takim średnim luzikiem. Byłem wtedy młody i naiwny, wierzyłem znachorom, że skoro tak mówią, to wiedzą co mówią. Nie wiedziałem jeszcze, że to dopiero 1 lewel i że to gra wielopoziomowa. Że miastenicznie to ja w pampersie tuptam.
Miastenia się wykluła, więc to koniec tego cyklu. No ale coś wydumam, jakiś pokręcony tytuł, by ująć to zgrabnie w kolejny cykl. Bo coś się kończy i coś się zaczyna. Wyklucie Miastenii zmieniło mój życiorys. Emka zamknęła wiele dróg przede mną, ale równocześnie dała mi mnóstwo innych możliwości. O tym jednak kiedy indziej…

 

 

No to żeś Jełopie wpierdolił się na minę…

Tak, tak. Po ostatnich wpisach mam wrażenie, że wjebałem się na pole minowe, normalnie jak Gówniarz albo Małolacik.
Ostatnie dwa wpisy powstały pod wpływem spaceru przez osiedle mojej młodości. Spacer uskuteczniłem z Syniem, co już samo w sobie jest dla mnie bezcenne. Pokemunowi cholernie się podobało na rurach i oczywiście mamy już sprytny plan, że będziemy na nie wracać. Zresztą nie tylko tam.
To naprawdę była szybka akcja. Pach, pach i już, powrót do obecnej mej chałupki. Zostało kilka fotek, sporo odkurzonych drzwiczek wspomnieniowych w główce i pomysły na wpisy. No bo przecież wraz z przesuwającym się życiorysowym licznikiem, poszerzał się też mój świat. To już nie był tylko Serbinów i trochę Wola. Pojawiły się: Plac Wolności, Park Radziwiłłów, Kopernika, Terebelska itd.
Dobra a teraz te miny.

Staram się wstawiać jak najwięcej zdjęć własnych, by obrazem opisać to czego słowami nie potrafię. Na tym zdjęciu Synio pilnuje MINERÓW w Gnojnie nad Bugiem, czy równo rozkładają miny.

Nagle zakręciło się mi w głowie od nadmiaru polubień mej patologicznej strony. Poczułem się jak Gwiazdeczka i to na dodatek już drugi raz.  Pierwszy raz miałem taką akcję, gdy zaczepiłem miasteniczne tematy. A teraz wystarczyło zaczepić łąki, rury i Belweder. I się posypało poklepywanie po plecach, a Ja coraz większy i większy. No i zaczęłem knuć, reżyserować w głowie kolejne holywódzkie scenariusze.
Czasem jestem wdzięczny Bozi za tę Miastenię wpierdoloną mi na grzbiet. Oj potrafi mnie plaga sprowadzić na ziemię, potrafi. Gdy tak zaczynam odlatywać szybowcem w Himalaje, nagle odcina energię. Prrrr… Facecik… Wracaj na ten ziemski padół łez. Tak Patologio, wyżej Ptaka nie podskoczysz.
Wczoraj się pokręciłem, pozaciemniałem i tak niejasny obraz sytuacji. Trochę podziałałem umysłowo – fizycznie. A w nocy już mi się źle spało. Nad ranem skurcze dojebały obie łydki. Nogi będą boleć przez najbliższe kilka dni. W mym akumulatorze została tylko rezerwa energii. W planie mieliśmy dziś z Młodym betony robić. I pewnie zrobimy. Wyjebane mam na to, że mogę paść. I że mogę się na SOR-ze zameldować, oczywiście jak tam dociągnę. A jebać to, co to pierwszy mój taniec na ostrzu noża? Jestem przecież Patologia.
Miastenia brutalnie mnie uczy, że nie jestem REŻYSEREM. To ON jest tancerzem a ja tylko jego tańcem. Ewentualnie liściem na wietrze…
I w ten sposób złapałem SPOKSIK. Miło mi jak kolejne ludziki lubią mego bloga. Że czytacie i jak jeszcze skomentujecie – to już Ameryka. Wiem jednak co i jak mam działać na blogu. I jak go prowadzić. Dokładnie tak jak me życie. Tu i teraz. Nie myśląc za dużo, bez scenariusza, pisać ot tak… ciesząc się z błysków, które mi kolejny dzień przyniesie. Zostawić reżyserię temu Gościowi na górze, a samemu żyć… żyć aż do końca życia.

Młotkowa niedziela

Jest niedziela. Jestem w pracy. I co ? I piszę. No bo kurza twarz mam blogowe zaległości. A im dłuższa przerwa, tym trudniej będzie mi wrócić do literek.
Literki mój wróg. 
Z głośniczka lapkowego płyną nutki akustyczne. Płyta z 1995 roku Lady Pank Mała wojna-akustycznie. I tak jak nie przepadam za tymi Gepardami, to ta płyta to perełka. 

Hm… Jaki był właściwie ten 1995? Przekroczyłem życiorysowo magiczne 20. I mogłem już mówić, leci mi na 30-ci. Tylko że jeszcze wtedy byłem Kasztan i takimi tekściorami nie podbijałem swego wątpliwego EGO. To też rok w którym już kończyłem naukę w technikum wieczorowym. Z tą nauką to oczywiście taka bajka dla dzieci z kategorii … W twoim wieku Małolacik, to ja w szkole byłem normalnie As i Rabadzu, same bardzo dobre i na wszystkie lekcje chodziłem…  A rzeczywistość? Godzina 14:30 zbiórka pod Ekonomikiem na pierwszej fajce przed lekcjami. … Mi się nie chce. I mi też. To co robimy? Grzebulec po kieszeniach i liczenie bodźców ekonomicznych. Na wachę do Marcinowego Malucha jest. No to… I tyle nas tego dnia w szkole widzieli.
Rok 1995 był też drugim rokiem w mym patologicznym życiorysie, gdy byłem bardziej grzeczny. To znaczy było mniej patologii w patologii. Z substancji utleniających szare komórki w jełopce, używałem tylko nikotyny. Na całą resztę byłem pogniewany za 1993.
A właśnie… Już pora na dopalacza. Czyli Mestinonek x2 sztuki. I dalej 4 godziny pojechane na niterku. 
Od lat mam pewien swój patent. Nigdy nie narzekam na aktualny rok. Nie daję się wkręcić też w takie roczne biadolenia. Walę w takich sytuacjach… Taki rok. (i tu odpowiednia liczba). Więc by uprzedzić niezręczne i kontrowersyjne pytania, piszę : Taki rok – 2017.
Taki też dzień. Była niedziela a jest już poniedziałek. Trochę bajery telefonicznej uskuteczniłem. A najlepiej się gada z tymi co na nocnej zmianie tyrają i na dodatek mają robotę senną.
Młotkowa niedziela, skąd mi taki tytuł w głowie błysnął, nie wiem. Tak go na szybko wpisałem. Ostatecznie mi się spodobał. Zresztą, lubię młotki. Wróć… Lubiłem kiedyś, zanim Miastenia nie zaczeła mnie młotkować. I dziś czasem po prostu jest mi żal po stracie, że to już koniec. I nie stanę więcej z młotkiem w dłoni, by nowe jutro wykuwać powoli. Oczywiście w ostatnim zdaniu nawiązania do PRL-owskiej spuścizny, są całkowicie zamierzone. 
Miastenicznie to bałem się marca. Niestety, na razie kwiecień jest niestety nie lepszy. Emka młotkuje mnie jak się patrzy, a jak się nie patrzy to też młotkuje. Pelagia jedna. Normalnie – PLAGA. Pogniewany jestem… Pogniewany chodzę… Pogniewany zasypiam… Pi pi pi … Krótko i w temacie: jestem wkurwiony na wszystko i na wszystkich. 
Miasteniczny MŁOT który wali mnie po jełopie jak się patrzy, a jak się nie patrzy to też wali.
Za minut kilka będzie już druga w nocy. I pora na małe niterko, czyli mestinon. Obchód terenu spacerkiem lub wolnym krokiem. To całkiem fajna godzina, taka trochę… No taka fajna. Zawieszona pomiędzy ciszą a hałasem miasta. No i na dodatek Łysy w pełni. Aż chce się wyć… A uuuu…
Idę na obchód. Przy okazji uskutecznię siusianie, bo mnie się emocje skropliły.
Dziś jest jeden z najważniejszych dni każdego miesiąca. DZIEŃ WYPŁATY. I gdzieś w pamięci mnie się otwiera klapka z tytułem takiego czytadła: Stąd do wieczności. I podobnie jak bohaterowie tego dzieła, choć przez chwilę będę bogacz a nie dziad. I żeby przedłużyć tę magiczną chwilę mam patent. Po sprawdzeniu stanu rachunku i nacieszeniu swych pięknych ocząt widokiem cyferek najniższego wynagrodzenia, położę się dalej spać. I choć przez chwilę świat będzie ładny. I nie będzie w nim miejsca na rachunki i opłaty. Choć przez chwilę…

A jak się obudzę, przetrę oczy i … No tak – DEFEKT MUZGÓ
Porwany ten wpis. Taki jakiś … No ale fakt. Już dwa tygodnie nie pisałem. Zostało mi też już niecałe 4 godziny do fajrantu, odczuwam więc już to. Kawy nie ma, wyszła sobie. Wróci gdy ją przyniosę. A przyniosę dopiero w środę. I tak przeleżę i prześpię większość dnia. Bez energii i sił.

Taki filmik o mnie. Niestety jestem tym króliczkiem w sinej koszulce. Z drugiej strony, może trzeba w internetach poszukać kliniki, w której zamiast garba zakładają takiego duracella.
No dobra. Czas zakończyć tę nierówną walkę. Wszystkiego DOBREGO.

Jestem jak granat bez zawleczki – sekund 5 i jebnie.

Mógłbym powiedzieć, że to taki dzień. Niedziela. I na dodatek pracująca. Mógłbym, ale to nie była by prawda… No właśnie a propos prawdy, podobno są trzy. ” Prawda, tylko prawda i gówno prawda „. STOP… Już od jakiegoś czasu ciągnie się to gówno za mną. I choć mam w torbie narzędziowej różne klucze, wytrychy, przecinaki, piły czy młotki, to tej pierdykanej bumby nie mogę rozbroić. No, ale teraz to dopiero zachowałem się jak Gówniarz albo nawet Obszczynóg. Wyciągnełem zawleczkę i ją wyrzuciłem. Granat został w ręce, bo Miastenia tak dla psikusu, odcięła prąd do mięśni.  Mogę tylko bezradnie patrzeć, a zostało sekund 5 i jebnie…
A czas …cyk cyk cyk …cyk cyk cyk …cyk cyk i paBUM. A ja będę wyglądał tak:

Nie wiem dlaczego się tak stało. To znaczy wiem. Przyczyn jest kilka. Na pewno Miastenia nieźle tu miesza. Nieźle mną emocjonalnie chwieje. Sterydy też krecią robotę robią. I presja którą sobie sam narzucam, że nie mogę być miętki.  …No bo twardym trzeba być jak głaz, … i nie ma, że boli, czy inne takie frazesy w jełopie się odzywają. No i tak mówię, że całkiem nieźle jest. Czyli właśnie gówno prawda
Pracuję po 12 godzin w systemie dzień, noc, dwa dni wolnego. System dobry, tylko że przez ostatnie tygodnie w wolne coraz więcej czasu potrzebuję na odpoczynek. A przecież praca jest trochę tylko cięższa od leżenia. To ze mną jest chujkowato. Dwa ostatnie dni chodziłem już z laską.
Będę miał teraz cztery dni wolnego i pakuję się od kilku dni na solidną minę. Snuję plany, że to zrobię i to, no i jeszcze oczywiście to. I momentami, w krótkich chwilach chłodnego wejrzenia w tę i tak nadspodziewanie zagmatwaną sytuację, łapię się za głowę, by nie jebneła o sufit w locie do chmur. Tak cholernie nierealne są moje plany. I to też doprowadza mnie do furii. No bo chciałbym a nie mogę.
Chyba nic innego mi nie pozostaje, jak zrobić na kartce stary, dobry, sprawdzony plan działań. Następnie połowę od razu skreślić. Jednak pewne kroki muszę zdziałać.
Zdrowotność leży ostatnio i kwiczy. I tu wyżej ptaka nie podskoczę. Muszę się tym zająć i już. Bo lipa będzie. Wizytę u Doktora Ch. umówić, niech pisze w kartotece jak się przez ostatnie miesiące prowadzam. Może też coś wymyśli na tę moją lewą nogę, która się coraz bardziej słaba robi. Doktorka B. ( mówię na Niego Doktorek, bo gościu jest młody, idzie mu pewnie dopiero na czterdziechę ) nawiedzić w klinice, niech ankiety wypełnia.
No i paląca sprawa. Muszę się wybrać do Kotologa. Czyli gościa co mi kota w głowie leczy. A tak po medycznemu, to do psychiatry Doktora S. Chociaż staram się to wypierać, jednak do mej świadomości dociera coraz więcej sygnałów mocno niepokojących. Mam wrażenie, że drzemiący we mnie mr. Hyde chce się wyrwać na wolność, by pohulać. A dygam przed tym scenariuszem, bo zwyczajnie nie wiem czy go przetrwam żywy.

Niestety agresor się ze mnie robi coraz większy. Niech więc fachowiec duma, w końcu za coś kasiutę bierze. Chociaż ja też staram się jakieś ruchy w tym temacie czynić. Wywaliłem się z jednej z grup fejsbuckowych. Zbyt duże stężenie toksyn na niej łapałem. I zaczepny się zrobiłem jak rzep psiego ogona. A najgorsze że koniecznie chciałem mieć rację. A przecież Majster nauczał: Kto chce mieć rację, robi dziś kolację.
No dobra, starczy tego na dziś. Już wybiła 18, niedługo fajrant. Po zmianie czasu słońce jeszcze wesoło świeci. Wrony i inne krakacze radośnie świergolą. I jak w tej harcerskiej piosence śpiewanej jak „Andzia” Oddziału Zamkniętego, zaczyna się robić tak:

Wiosna, wiosna idzie z dala.

Słońce z góry napierdala.

Żaba w wodzie dupę moczy.

Kurwa jaki świat uroczy.