Archiwum kategorii: Wypadło na Mnie

Chorobowe smęty.

Jak bómba mózg zagotowała. cz.2

Jak plan, to plan… Zresztą i tak nie śpię. Po trzeciej się już kręciłem, leżakując. A teraz o 4:45 popijam kawę i skrobię na klawiaturze. A że nie walczę ze snem lub o sen, to mogę sobie tak działać. A skoro ciało stwierdziło, że w tym momencie wystarczy, to czas na działanie… Jakiekolwiek działanie.
Lubię dźwięki nocy, takie gdy pęd świata człowieczego na chwilę zamiera. Te wszystkie szumy, popiskiwania, odgłosy. Bez dominujących warkotów samochodów. Wsłuchuję się w to niesamowite bogactwo muzyki. I za to też lubię obecną pracę, bo daje mi takie możliwości. Mogę obserwować i poczuć jak zmienia się rytm dnia.
W stoczni wychodziłem na zewnętrzną burtę suchego doku.  Obowiązkowe siusiu, papieros. Oddzielony od huku wysoką burtą, patrzyłem i słuchałem nocnej portowej Gdyni choć przez kilka minut.
Ze szpitala wyszedłem w poniedziałek, a dziś już środa. Powoli zaczynam wracać do równowagi. Bómby zbyt dobrze mi przypominają amfetaminowe białe szaleństwo. Oj zbyt dobrze… Ten Solu Medrol to straszny zajzajer, wypalił mnie. Sponiewierał… Być może, gdybym wiedział co mnie czeka, nie zgodziłbym się. Ze strachu… I chociaż jeszcze nie wszystko przerobiłem i pewnie różne w najbliższych dniach numery bandziorskie mnie zaskoczą, to jednak cieszę się. I dumny z siebie jestem, że jednak nazbierałem narzędzi i doświadczeń których potrafię użyć, by nie odpłynąć w szaleństwo.
Dzwony kościelne dzwonią. Mietek 6 rano wybija. Głodny jestem… No to przerwa techniczna. Zresztą i tak w jełopce słówek brakuje. Przyjdą, dobrze. To się napisze. Nie przyjdą? Płakać nie będę…
No dobra. Zacząłem ten wpis 12 września, a dziś już jest sobota 22. Tak to już jest z tym moim skrobaniem. Zaczynam, przerywam, czasem któryś tam szkic dokończę. Bywa tak że brak mi czasu, często chęci i sił. A dziś robotniczy dzień. Mam tu być i do jutra rana nie opuszczać obiektu. Kawa na dzień dobry wyżłopana. Klucze dla dyżurnych pracowników na blacie wyłożone leżą. Jednym okiem na monitorki lukam co chwil kilka. I smaruję na lapku.
Podejrzałem  plan który sobie wcześniej ułożyłem i wychodzi mi na to, że teraz powinien być pojebany Kamikadze. No i w tym czasie sytuacja się z lekka zmieniła. Doszedł jeszcze jeden mądrołek do kolekcji. Może jednak od początku.
W poniedziałek, gdy wyszedłem ze szpitala, nie mogłem sobie miejsca znaleźć. Roznosiło mnie jak po fecie. W nocy wiedziałem, że nie zasnę. Byłem na to przygotowany. Amfetaminowa przeszłość wróciła. Leżeć nie mogłem, czytać też. Oglądanie filmów mnie nie interesowało. Ogólnie na niczym dłużej nie mogłem skupić uwagi. Gdybym miał jeszcze Stalkera, to do mutantów bym może postrzelał. A tak nic. Gitara na tylni fotel autka i wycieczka. Gdy tak sobie jechałem przez nocne, uśpione miasto, w pewnym momencie zorientowałem się, że prędkość podbija w okolice setki.
– Prrrr… Koniu szalony. Nie pędzimy, spokojnie jedziemy.
Hamulec i już przepisowo, tak jak w mądrej książce pisze.  Odwiedziłem nocny park. I przed północą pojechałem E30 w kierunku Międzyrzeca. Już teraz się kontrolowałem, nie przekraczałem 90 w niezabudowanym. No i to mi dupsko uratowało. Koło Wysokiego, kątem oka zobaczyłem jak do skrzyżowania dojeżdża nieoznakowany rowerzysta. Prawa noga sama mi wskoczyła na hamulec. A ten baran nawet nie zwalniając, przemknął przez drogę krajową, niczym bombowiec w ostatniej samobójczej misji. Brakowało dosłownie pici włos. Normalnie w takich warunkach bym jechał 110-120. I było by o jednego durnia mniej na świecie.
W czwartek 13 miałem dzień robotniczy. Mogłem co prawda pociągnąć dłużej zwolnienie, ale mi się nie chciało. I tak miałem długi urlop, bo ostatni raz byłem 7 sierpnia. Dzień się robi coraz krótszy, jadę więc teraz już w nocy. Jechałem sobie bardzo spokojnie po poniedziałkowych doświadczeniach DK 19. A i tak w połowie drogi pomiędzy Kockiem a Borkami, wariatuncio się trafił. O tej porze trochę już chłopaków-ciężarowców z towarem pomyka. I akurat taki jeden wielki z naprzeciwka jechał, dając mi po ślipiach nieźle światełkami. Typa na poboczu z mojej strony, zobaczyłem w ostatnim momencie, właściwie już go mijając. Stał prawie kopytkami na asfalcie i ręką sobie machał. Kurwa… A zatoczka przystankowa była góra 200 metrów dalej. Zimny pot mnie oblał i miałem nawet chęć zawrócić. No ryło mu obić…
Teraz to już zupełnie się nie śpieszę. Wyjeżdżam 15 minut wcześniej, dając sobie większy zapas czasu. No i dumam by inną drogą trochę pojeździć. Jutro sprawdzę.
No i napisało się. A teraz czas na śniadanie. Już na nie zarobiłem. 
DOBREgo. 

Jak BÓMBA mózg zagotowała.

Dziś już prawie… Oj, wróć… Oczywiście wczoraj… Gdy już cieszyłem się jak dziecko, mało nie zalewając posadzki łzami radości, że to koniec wczasów. I w tym przypływie uniesienia,  do pielęgniarek pobiegłem, żeby mi wenflon wyjeły, to się okazało, że… Normalnie za niewinność jeszcze jedna bómba mnie czeka. Cholera, a przecież taki grzeczny byłem. W kiblu nie paliłem i jak wzorowy pacjent zawsze mówiłem, że z oddziału idę. 
No nic, chciał nie chciał, przyjąłem tą siódmą B. na muskulaturę. Wyśpiewałem sobie różne pokrzepiające mantry typu, nie ma że bolito nic że żal dupę ściska i takie tam inne harcerskie przyśpiewki. Wyskoczyłem na ostatnią szlugę z paczki, co to miała być na wyjście tryumfalnie wysmoczona. Siusiu i dałem się do bómby podłączyć.
A dalej to już tak szybko poleciało. Wypis, karty, zwolnienie. Przebierka. I pognałem dalej. I kurza twarz, takiego pędu dostałem, że ni ptaka zatrzymać się nie mogę. A to cholerne szmuliwo, dodatnio-ujemnie mózg mi gotuje. Zasnąć nie mogę. Choć po południu, już prawie odpływałem w krainę snu. To niestety gdzieś się tylko na granicy zawiesiłem. A po kilku dosłownie minutach, oczy blyk i już było po zabiegu. Oj mocno mi to patologiczną przeszłością wonieje. Oj wonieje…
Jednak żeby te wonienia chociaż z lekka wyczmuchać. Ha… Nauczyłem się nowego gwarowego słowa o które spytał na facebuku pewien Profesor… I tu ukłon Panie Profesorze, bardzo się cieszę, że miałem szansę na wykłady do Pana kilka razy przyjść…W każdym razie, żeby przewietrzyć, to trzeba techniczną przerwę zrobić. A że mi się temat rozwija. Konspekt punktowy w głowie umocowany. To tylko jeszcze, żeby nie zapomnieć zapiszę. I może się ze trzy godziny senne złapać uda.
A w dalszej części ma być:
– Dzień dzisiejszy, czyli 11 września.
– Szalony a dokładnie popierdolony Kamikadze.
– Patologiczne wonienia.
– Ogólne marudzenia, narzekania, postękiwania i takie tam sru… tu… tu… tu… kłębek drutu.
Ojej… Plan taki, że jak zawiechę złapię, to do świąt się z nim nie wyrobię…
Udało się. Ze cztery godziny snu złapałem. I od 6:30 na kopytkach już stoję. Kawa na blacie, to i mogę parę słów wklepać.
No to może zgodnie z konspektem, od 11 września zacznę. Jak plan, to plan. Ostatecznie jest jeszcze gumka.
11 września 2001 roku, robiliśmy na Białce. Każdy coś tam swoje dłubał. Jakieś gipsy, gładzie, glazury, malowania… A radio-bajaderka jakieś tam dźwięki wydawała. Coś tam czasem mamrotali, o wieżowcu co się w Nowym Jorku zawalił, ale nikt zupełnie na to uwagi nie zwracał. Zwykły budowlany dzień. Każdy zajęty swoją robotą i myślami.
Na fajrant, Janek który nas rozwoził, wspomniał, że dwa wieżowce się zawaliły. A ja na to:
– Tylko dwa? E… to im jeszcze trochę zostało.
Miałem już fajrant i głodny, tylko o obiedzie dumałem. Dopiero w chałupce z telewizorni się dowiedziałem.
Z serii czarnego humoru.
Kto jest największym arcymistrzem szachowym w historii?
– Osama Bin-Laden, bo za jednym zamachem dwie wieże strącił.
Miejsce akcji Warszawa, centrum. Siedzi dwóch Gości na ławeczce wyluzowanych. I nagle widzą jak w Pałac Kultury trafia szybowiec. 
– Ty patrz… Jaki kraj, taki terroryzm.
No ale tak to już może niech zostanie.
Wrzesień odfajkowany. Kawa prawie wypita. Czas na śniadanie. A że temat mi się coś tak bardzo fajnie rozwija… To oczywiście muszę trzymać patologiczne standardy i z całego towaresu nie wypsztykać się od razu. Coś na później musi zostać. I dlatego poleci w częściach. Może poczytność wzrośnie i dostanę jakiegoś literackiego jobla. I moja skromna renta zostanie wsparta dodatkową kasiutą. 
DOBREgo
C.d.n. 

BÓMBA niedzielna…

Jest niedziela, godzina 9:45. A ja leżę na koju, ze smyczą przyczepioną do stojaka. BÓMBA wisi mi nad głową i kropla po kropli spływa do żyły. Mam stojak na kółkach, to już normalnie Ameryka, no bo cholernie szybko coś mnie na sikanie gania…
To już 6 BÓMBA, no to jutro według wszystkich znaków na niebie i ziemi tuptam do chałupki. I bardzo dobrze, bo chociaż nie jest tu tak źle, to zmęczyłem się już tymi wczasami. Czas znów w życie się zanurzyć. Tym bardziej, że trochę tematów mi się do ogarnięcia zebrało.
Pobyt w szpitalu sprowadza mi się do ciągłego czekania. Bómby sprawiły, że mam cholernie rozregulowany sen. Śpię 2,3 godziny i się budzę. Zasypiam na godzinę i oczy mi się otwierają. Na sen nie czekam, mam do tego luźny stosunek. A prochów nasennych nie łykam wcale. Zaparłem się, że w ten sposób nie będę się wspomagał. A tu w szpitalu muszę czekać do rana, żeby na fajurę wyskoczyć. W łazience nie jaram, wychodzę z budynku. I tak czekałem od 4 do 5 rano. Później to już czekanie na śniadanie.
micha to już dla mnie taki trochę rytuał. Zawsze miałem jakieś odpały i odloty, zresztą kumpel kiedyś powiedział:
– Przepaliłeś się zielskiem i tak Ci już zostało.
No po prostu mam takiego bzika, że mi żarło szpitalne smakuje. Oczywiście tylko wtedy gdy na szpitalnych wczasach jestem. Zjadam wszystko z apetytem, no bo też porcje takie, że nie ma co zostawiać. Po śniadaniu znów czekam. Na wizytację lekarską, no bo doktorów trochę obserwować trzeba, żeby jakiej miny nie podłożyli. Następnie czekam na BÓMBĘ, aż mi podepną . Później czekam kiedy się skończy, żeby spokojnie pójść na siusianie i fajurkę. I przystępuję do kolejnego okresu czekania, czekania na obiad.
A teraz przerwa techniczna. Piszę jedną  ręką, bo gdy lewą próbuję, to źle kroplówka spływa. No to się trochę zmęczyłem. Zresztą trochę mnie się śpieszy… Na siusianie się śpieszy. I by już ten etap czekania odfajkować i zacząć kolejny… Może ta niedziela w ten sposób szybciej minie…
No dobra, po tej długiej przerwie technicznej… Czas na uczciwą robotę, czyli słów skrobanie.
Już dawno po obiedzie. Trzy godziny temu był, to już w zasadzie o nim zapomniałem. A po obiedzie bułeczki z kawą. Mniam… A do kolacji została już tylko godzina, no może godzina i 15 minutów. To prawie że już.
Na oddziale wylądowałem około 18 we wtorek. Tak szybko jeszcze z SORu nie zaliczyłem. Pielęgniarka zaprowadziła mnie na pustą sale:
– Może Pan sobie wybrać łóżko.
Jak można, to można… Wybrałem oczywiście strategicznie pod oknem. To i wentylacja lepsza. I nikt mi nie łazi. Dopiero następnego dnia zczaiłem się, że wybrałem łóżko manualne. Koledzy to mają takie ekstrawagandzkie, z silniczkiem i na pilota. Później dokwaterowali Aleksandra, czyli Saszkę z Białorusi. W środę na środkowe łóżko trafił Mariusz. I tak sobie tu się wczasujemy. Mariusz jest prawie całkiem unieruchomiony, nie może mówić. Młody chłopak. Przejebane.
Saszkę przywalił udar. Trochę gadamy. Mój rosyjski mocno rdzewawy. Zawsze było mi łatwiej zrozumieć czy przeczytać niż mówić. Ale jakoś słowa sobie powoli przypominam.
I tak mija dzień za dniem. Na czekaniu… A teraz czekam głównie na wypis. I do chałupy. No choć na wczasach całkiem fajnie…To starczy tych wrażeń i atrakcji.
No i za minut niedługo kilka kolacja. A jełopkę mam jakąś dziś przymuloną. Słowa trudniej się jakoś układają. To może czas zakończyć tą nierówną walkę.
DOBREGo

 

Wpadła BÓMBA do…

Oj chyba dawno, albo jeszcze dawniej nic nie pisałem w kategorii Wypadło na Mnie. Nawet nie jestem pewien w tym momencie tak do końca, czy miałem w ten sposób sprzedawać jakieś miasteniczne kawałki. A że nie chce mi się tego teraz sprawdzać (Z lekka dygam, że zdań misterny szyk z jełopki mi uleci z wrześniowym wiatrem. Poleci do jakiejś Etiopii, a mnie zostanie tylko siedzieć i płakać), to stukam dalej w klawiaturę. Szczegół techniczny, później się skoryguje. I gumka babalumka w ruch…
We wtorek tuptałem sobie wyluzowany na krótkim dystansie. Serio krótkim, bo może kilometr, no może kilometr i pół. Jak to mówił Kumpel Czarek średni luzik. I tak sobie tuptałem, a z każdym metrem coś (jakiś OBCY?) mnie w nogi właziło. Tak jakbym biegł w wodzie zanurzony po szyję.
– O ho – podumałem sobie – coś chyba dzisiaj to ja już kariery nie zrobię.
No i tak się dowlokłem na przystanek. Wyprztykałem się z kasiuty na wakacyjne włóczęgi, w autkowym zbiorniku rezerwa się świeci, a wypłata dopiero 10. Więc chciał nie chciał, została komunikacja miejska. Autobus i do chałupki. A w chałupce czarnowidztwo coraz większe, wizyta na SOR  chyba nieunikniona. 
No nie powiem, mam już trochę doświadczenia. Zjadłem więc najpierw obiad, a dopiero później zacząłem się pakować. A ruchy to już miałem jak ta mucha w smole, ups… a może w miodzie. Na dodatek oddech coraz cięższy i na krtani jakby ktoś obręcz założył i zaciskał. Głos też siadał. No więc w torbę najważniejsze rzeczy: butelkę wody, dwie czekolady, portfel z resztą kasiuty co mi została, karty leczenia szpitalnego. I rzeczy drugiej kolejności: ręcznik, mydło, pasta, szczoteczka, miękkie tenisówki czyli kroksy, zmiana bielizny. I w drogę…
Oj zmęczyłem się i paluchy osłabły. Coś też powieka leci w dół. I chociaż całkiem mi się fajnie pisze, to czas na przerwę techniczną. No to zapis. I c.d.n. 
Po przerwie sprawdziłem, ta kategoria to faktycznie miasteniczne marudzenie. Niech się więc pisze dalej…
Po południu, gdzieś tak po 16 godzinie, Tatuśko zawiózł mnie na SOR. Przyzwyczajony doświadczeniami już do lubelskiej Małpiarni na Jaczewskiego, spodziewałem się tłumów ludzi o tej godzinie. A tu szok, na  SORze w Białej Podlaskiej nie było w poczekalni nikogo. Nie powiem, niezłe zdziwko mnie jebło. 
Wybitnie dostojnym (czytaj: szczególnie wolnym, czyli trochę szybszym od leżenia) krokiem, doszedłem do blatu rejestracyjnego. I w myśl zasady, po co knuć jak metoda wytrenowana sprawdza się najlepiej, z trudem wychrypiałem:
– Źle się czuję. Miastenia Gravis.
Chwila konsternacji. Rejestratorki spojrzały na mnie zaskoczone…
I w tym miejscu muszę się przyznać, że nastąpiła kolejna przerwa techniczna w pisaniu. Miałem słuchawony na uszach i plumkała w nich fajna muzyczka, taki lajtowy rock, trochę progresywny. No i wyrwało mnie z tenisówków, których zresztą i tak na nogach nie miałem, bo na salę wjechała o 17 kolacja. A posiłki na oddziale to dla mnie rzecz święta. Jest to zresztą jedno z moich ulubionych zajęć szpitalnych. Czekam na posiłek, jem i znów czekam na następny. Tak więc nastąpiła przerwa…
Ciąg dalszy nastąpił. Tylko na jakim wątku skończyłem? A już wiem…
– Czy leczył się Pan u nas?
– Nie.
I w tym momencie widzę, że coś cholernie nie gra. Babki jakoś się mocno zakręciły i nie bardzo wiedzą jak zareagować.
– Ale w jakim celu Pan do nas przyszedł?
– Źle się czuję- wychrypiałem z trudem, już coraz bardziej poddenerwowany, ledwo stojąc na miękkich nogach. I bryk dupką na fotel, bo sił zabrakło. Chwila konsternacji i całą sytuację uratował starszy doktor, który akurat wszedł.
– Doktorze mamy tu Pana z Miastenią, co robić?
– Ma Pan jakąś dokumentację medyczną?
– Tak. – Podałem teczkę i padłem znów na fotel bez sił. Gościu spojrzał na mnie i …
– Rejestruj. – A sam dopiero zaczął przeglądać moje papiery.
– Pytałam Pana o dokumentację medyczną. – Zaświergoliła do mnie oburzona Rejestratorka.
– Nie. Spytała Pani czy się u Was leczyłem. – Odpowiedziałem swym nieźle starganym głosem.
I już po tej ostatecznej wymianie uprzejmości i ustaleniu przebiegu wydarzeń, nastąpił moment rejestracji i wydruku papierologii niezbędnej by przystąpić do kolejnego etapu.
Miałem cholerne szczęście, bo po udzieleniu niezbędnych informacji i złożeniu podpisów. Czyli gdzieś po 5 minutach znalazłem się na sali i już miałem mierzone ciśnienie. A ciśnienie to miałem normalnie ekstrawaganckie – 216/115. Na dodatek był również już neurolog z oddziału. Nie musiałem więc długo w tej segregatorowni czekać. Doktor wywiad ze mną zrobił, trochę pobadał i…
– Chce Pan zostać na oddziałe?
– Chyba nie mam wyjścia? Tak.
No ale co było dalej, to już może napiszę w innej części. Szczerze, to zmęczyłem się. No ale na koniec przydałoby się kilka słów wyjaśnień co do tytułu. Na oddziale po pobraniu moczu i krwi, dostałem na noc kroplówkę. Steryd – SoluMedrol. Na swój prywatny użytek, nazwałem to Bómbka lub gramatycznie poprawnie Bombka. No bo w moim przypadku, całkiem niezły dopalacz. Taka BOMBA, choć trochę się obawiam, żeby mi dupy nie urwało.
   

… A Miastenia się nie bała, prądy zajebała…

To był szybki tydzień. Oj szybki… A ja już niestety, Szybkim Lopezem nigdy nie będę… Buuu… Buuu… Buuu…
W niedzielę rano wtoczyłem się do chałupy… Z pracy się wtoczyłem, po 24-ech godzinach na obiekcie. Poranne kilka godzin snu i później zaciemniałem niejasny obraz dnia. A  wieczorem do koja, spać. W poniedziałek rano pobudka…
Kumpel mnie poprosił, żebym z nim pojechał. W Łodzi miał podpisać umowę pracy, a w Warszawie odebrać służbowy samochód. I potrzebował kierowcy na drugi… Gdy rano wyjeżdżaliśmy z Lublina, w planie była wycieczka na pół dnia. I nawet ja, choć jestem urodzonym czarnowidzem, nie przewidziałem, że się skończy we wtorek.  
Do Łodzi dojechaliśmy z poślizgiem czasowym. A tam ta różnica pomiędzy scenariuszem kolegi a rzeczywistością, zaczęła narastać. Na autostradzie nagle zaświecił się czerwony znaczek akumulatorka. Oho… Już podejrzewałem co się szykuje. Nie będę się rozpisywał ze szczegółami co było dalej. W każdym razie, z Warszawy wyjechaliśmy dwoma samochodami już wieczorem. Udało się dojechać do Józefowa k. Warszawy i tam ostatecznie prądów zabrakło. Autko zostało u mechanika, a my wpakowaliśmy się na kolacyjne parówki w Otwocku do Wacka…  Cały harmonogram czasowy poszedł w piz… no do tego… do lasu. W chałupie byłem dopiero we wtorek.
Jeszcze kilka słów o Wacku… Wacek to mocno pozytywnie zakręcony Gość, normalnie As. Przy nim zakręcone baranie rogi, wydają się całkiem proste…
Wraz z wchodzeniem na wyższe levele (a mam już 42-gi), coraz częściej dostrzegam pożyteczną lekcję z takich akcji. I śmiechem – żartem, ale z pokorą mi głowa się schyla, no bo to Bozia karty rozdaje…
We wtorek na pierwsze zajęcia o 8:00 nie zdążyłem. To znaczy – ruchy miałem te same, ale trzy razy wolniejsze. Spadek napięcia mięśniowego czy jakoś tak… Średni luzik, po co się stresić. Dotarłem na następne…

Dokąd tak ciągle biegnę… Nie wie nikt

W środę szkółka, w czwartek praca. W piątek LSM czyli Lubelskie Spotkanie Miasteniczne. A wieczorem mała studencka integracja…
A w sobotę wstałem rano, planów normalnie jak na trzy dni co najmniej… W kranie zimna woda… Brrr… Tknięty czarnowidztwem, lukam na bojler. Kontrolka się nie świeci. Oho… to zły znak. Próbówka, latarka… O kurwa… Plus i minus…

Cóż, byłem w podobnej sytuacji. Doktor powiedział, że mogę mieć stwardnienie zanikowe boczne. Poszukiwania w internecie informacji i wynik: 2 lata życia. I czekanie na badania prądowe przez dwa miesiące. Kasy na prywatne badania nie miałem, bo coraz mniej robiłem… I czekanie, co będzie: plus i minus
Z drugiej strony, ten numer Kalibra mógłby być hymnem elektryków. To przecież też plus i minus… No i ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem…
Z bojlerem wygrałem, nie takie numery bandziorskie się w życiorysie wywijało. I tu z pamięci mi wyłazi listopad 1998 roku. Miejsce akcji: pływający dok w stoczni marynarki wojennej na Oksywiu. Każdy z nas miał na długim kablu oprawkę z żarówką. Inaczej w tych pierdykanych zbiornikach dennych nie dało się robić. Następował jednak taki moment, że kabel okazywał się już za krótki. Wyłaziłem z tankowca na dok i tuptałem do skrzynki elektrycznej za kablem. A tam oczywiście już kilka innych podłączonych na mojej. Noc, lekki mróź, tak około -10. Kablówki podłączone na okrętkę, na bolcach. Jedyne wyjście, to rwać. Bach i odłączone wszystkie. No to rękawiczki zdejm i kręć gościu każdą po kolei, lewy bolec – prawy bolec. I to wszystko pod napięciem. A w jełopce myśli szalone… Jak się zetknie plus i minus, to dopiero brekdensa zatańczę…
Wyskoczyłem jeszcze do Teściów, po fotel… Ale gdy go nieśliśmy z Młodym, to już czułem, że słabnę… No i zaraz później… Miastenia się nie bała i prądy mnie zajebała… padłem na kojo bez sił i energii.

 

 

Pół-metek.

Siedzę w pracy za bufetem… Tzn. za ścianką z blatem marmurowym. No bo dziś robocza doba w ważnej lub ważniackiej instytucji. A za 15 minut, o godzinie 18, sieknie mi półmetek tej roboczej doby, czyli odfajkuję 12 godzin. Druga dwunastka, to już bajki. Leci z górki lub jak mówił Majster: Bliżej już, niż dalej. Fajrant, czapka na głowę i hajda do chałupy. Oj miał ten Majster takie gadki, że czasem z tenisówków wyrywało. 
Siedzę, piszę i żłopię kolejną kawę. Tak wiem… Żłop jestem… Ale oka dwa, otworzyłem dziś o 3:50. Czas jednak na muzyczny przerywnik. Wczoraj mi się przypomniał Proletaryat i tak za mną chodzi…

A propos picia kawy lub bardziej jej dużych ilości. Czasami słyszę ostrzeżenia, że mi serce stanie. I w takich momentach maska, tak jakoś sama mi się cieszy, bo przypominam sobie wierszyk, który nam w Zabłociu sprzedał jeden Gospodarz:
Mówi Chuj do Serca:
 Serce Me kochane.
Czemu Ty nigdy, tak jak Ja nie staniesz.
A Serce na to:
Ty Chuju głupi, Łbie Cielęcy.
Jak Ja stanę, to Ty nigdy więcej. 
Może o tej robocie w Zabłociu kiedyś napiszę. Oj działo się, działo. No i nic dziwnego, gdy w specyficznych warunkach, za robotę wzięła się ekipa czubków. Czarek Wróbel, na co dzień zakręcony jak baranie rogi. Majster i jego teksty. Janek co… Oj Ten też miał odpały. No i ja… Krótko – Banda… Pi… pi… pi… 
Wrobiłem się z tymi studiami, oj wrobiłem. I teraz się w jełopkę drapię: Po jakiego Szpaka, mnie to było potrzebne. Tak sobie spokojnie przez ostatni rok żyłem. Praca – dom. Oj chyba za dobrze mi było. I tak kobdykam w galopie albo jakiej karuzeli: dom-praca-studia. A nad tym wszystkim dodatkowo unosi się Miastenia i często grozi paluchem: Uważaj Patologio, wyżej D…uszy nie podskoczysz.
Żebym jeszcze poszedł na jakieś ważniackie studia: medycynę, prawo czy… no wiadomo, takie tam, co to w CV ładnie wyglądają. A to nie, załapałem się na Archiwistykę. I teraz… Dobra zmiana tematu.
Od 2009 dzielę rok na dwie pory: Pora ciepła i pora palenia w piecach. I niestety już ta druga nastała. Czyli półmetek roku… Ha, normalnie znów mi się to zazębia z tytułem… No bo normalnie, kotłować będę w piecach 6 miesięcy. Do końca marca, a nawet i trochę w kwietniu. Mam tylko nadzieję, że piece dociągną do tego czasu i nie zastrajkują.
Obchód obiektu zaliczony. Czujnym okiem sprawdziłem ciemne zakamarki. Drzwi pozamykane, światła pogaszone. No i dobrze się wstrzeliłem, bo teraz się rozpadało. I to całkiem mocno. Jeszcze ułożę jakiś zdań misterny szyk i będę mógł zjeść kolację. Ojej… Mam błyska wspomnieniowego… W ubiegłym roku, w listopadzie takie się do mnie w odwiedziny, zlatywały Kolegi:

Głodny jestem, czas więc kończyć to bazgrolenie. Zresztą odcisków już od klawiatury dostaję. Tak więc na zakończenie, jeszcze się pożalę. W jednym z komentarzy facebukowych, Ilona mi zleciła myśli przelewanie. No i tu rodzi się poważny problem.
– Po pierwsze, jak za dużo myślę, to mnie głowa boli. 
– Po drugie, od jakiegoś czasu, bardzo rzadko głowa mnie boli.
– Po trzecie, wyniki rezonansu magnetycznego głowy są niestety negatywne, nic w niej nie mam.
– Po czwarte, z pustego czerepu to i Zdzisio Keczup nie zaczerpnie.
I tyle. Czas na kolację.

 

 

 

 

…a po 9 miesiącach, wykluła się Miastenia… czyli wszystko do kupki…

Dostałem ciekawą propozycję ze strony stowarzyszenia miastenicznego GIOCONDA, żeby napisać swoją miasteniczną historię. No i oczywiście podsunięto mi pietruszkę… Ups, to znaczy marchewkę… No, że niby całkiem dobrze piszę i takie tam różne cukry… Pojechane miałem po ambicji, pojechane. I jak tu odmówić???
Zależy mi jednak na tym, żeby Polskie Stowarzyszenie Chorych na Miastenię Gravis „GIOCONDA” rozwineło skrzydła. Co prawda, nie ze wszystkim się zgadzam i dochodzi pomiędzy mną a założycielkami również do konfliktów i ostrej wymiany zdań, ale… Mamy czasem inne wizje i koncepcje, a Stowarzyszenie jest organizacją bardzo demokratyczną i jest silne pracą swych członków. Dlatego jeżeli w ten sposób będę mógł jakoś pomóc, to już mi się koparka śmieje.
Miastenia jest bardzo ostrą nauczycielką. Oj potrafi po łapach dać… Uczy też jednak różnych numerów bandziorskich, by oszczędzić trochę sił i energii. No i ułatwiać sobie tak jak się da. Dlatego też wykorzystam już istniejącą platformę bloga. Mało tego, zrobię kompilację trzech wpisów i wyjdzie z tego czwarty. A co sobie będę żałował.
Pogodziłem się z tym, że Miastenia jest chorobą nieuleczalną. I że już mi zawsze będzie towarzyszyć w mej wędrówce… Dlatego też będzie to tylko wstęp. Od pierwszych objawów które mnie zaniepokoiły, do rozpoznania w klinice. I nie będę ukrywał – miałem szczęście. Rozpoznanie nastąpiło szybko i darowane miałem wyboje które przechodziła duża część Miasteników. 
Pisząc na blogu, często przemycam takie różne miasteniczne wstawki w różnych wpisach. Po prostu choroba stała się już nierozerwalną częścią mnie… I tak właściwie, to… Miłego czytania…

 

… Wiosna 2013 roku była dziwna. W maju wojewoda wydał zgodę na rozpoczęcie budowy drogi, skazując jednocześnie chałupkę naszą na zburzenie. Jak by tego było mało, w czerwcu wystawił dodatkowo rygor natychmiastowej wykonalności dla tej inwestycji. I nagle film z buldożerem stał się cholernie realny. A elektrowstrząsy w emocjach też dały nieźle popalić.
Zaskoczyłem w lipcu. Tak, tak. Było ciepło a nawet gorąco. A ja akurat nie miałem żadnego zlecenia, więc nic nie robiłem. Takie trochę nie planowane wakacje. Tuptałem do centrum, gdy łapneła mnie ta faza. Chodnik zrobił się jakiś wąski, a mnie nosiło prawo – lewo. Nogi miękkie, słabe i nawalone. W głowie bajaderka.
To jednak nie był jeszcze koniec. Przez cztery dni wydawało mi się, że jestem przeziębiony. Niesamowicie słaby, ledwo człapałem po chałupie. Jakoś tak ciężko mi się oddychało. Był tylko jeden problem, nie miałem gorączki. Nawet nędznego 37. Co prawda w tym momencie nie stresowałem się tym. No bo zawsze był ze mnie zimny drań. Po prostu nigdy nie miałem wysokiej gorączki a 37,5 to już mnie wywracało.
Wydawało mi się, że mam zdrowe podejście do lekarzy. Czyli bez potrzeby nie wchodźmy sobie w drogę. Tym razem byłem jednak mocno zaniepokojony. Rodzinny nie robił problemów i wystawił skierowanie do neurologa. Telefon do Przychodni Specjaliści i zdziwko, termin za tydzień.
Stawiłem się w przychodni wyznaczonego dnia. Pogadali my jak doktor z pacjentem. Tzn. gadałem ja, no bo doszły już kolejne sygnały. Takie dziwne szarpnięcia pojedynczych mięśni rąk i nóg. Drżenie nie tylko dłoni, ale rąk i nóg, coraz częstsze osłabienie. Doktorka wysłuchała i receptę wypisała. Od razu widać, że fachowiec. Zadowolony pobiegłem do apteki. Na szczęście złotówek przy sobie za mało miałem.  W chałupie wrzuciłem nazwę z recepty w wyszukiwarkę i … ot Plaga, suplement diety mi przypisała.
Nie zrażony tym pierwszym falstartem, zapisałem się w tej samej przychodni do innej neurolog. Czas 2 tygodnie, więc bajki. Ta doktorka nie poleciała ze mną w Ptaka i recepty nie pisała. Za to wystawiła dwa skierowania, jedno do reumatologa a drugie na rezonans magnetyczny głowy.
Reumatolog to już inna przychodnia, czas też chyba około dwóch tygodni. Wizyta zaś to kompletna klapa i porażka, aż mi się o tym nie chce pisać. Rezonans na NFZ najwcześniej grudzień, na płatny nie miałem kasiuty. Robiłem coraz wolniej, to i mniej zarabiałem.
I tak skończyły się wakacje, rozpoczął się wyjątkowo mokry i chłodnawy wrzesień. Trafił mi się remont mieszkania u dwóch pań, matki  i córki. I tu się los do mnie uśmiechnął. W trakcie pracy sporo ze starszą Panią rozmawiałem, między innymi o zdrowiu. I okazało się, że druga córka tej Pani jest kierowniczką izby przyjęć w jednym ze szpitali. Pod naciskiem matki i siostry, załatwiła krótki termin na rezonans. Zapisała mnie też do Doktora S., który odegrał ważną rolę w dalszej historii.
Rezonans nic nie wykazał. To znaczy wykazał, że w głowie nic nie mam. I do dziś nie wiem, czy się z tego śmiać  czy płakać. O Doktorze S. napiszę w drugiej części. Wrócę jeszcze do dwóch pierwszych doktorek. Obie nie przeprowadziły ze mną podstawowego badania neurologicznego. Wtedy mnie to nie zdziwiło, nie znałem się na tym zupełnie. Pierwsze badanie to zrobił dopiero Doktor S. No a później w klinice często robiłem za pomoc naukową dla studentów.
I w tym miejscu przerwałem, by złapać oddech i odpocząć. Ktoś mógłby spytać – a po czym? A po tym, że od stukania w klawiaturę zmęczyły mi się się palce. Co więcej, gdy jestem zmęczony, to i myślenie mnie boli i jeszcze bardziej męczy. No i temat mi pasował, więc go postanowiłem napisać w odcinkach…
Okej. Czas na II część…
… Nauczony wcześniejszymi doświadczeniami, gdy na wizytach u białych fartuchów motałem się w zeznaniach, niepokojące objawy zapisałem na kartce. Z tym i opisem rezonansowym główki, w którym nic nie stwierdzono, zameldowałem się  w grudniu 2013 u Doktora S.
No to inna rozmowa. Przeczytał to co zanotowałem na kartce i dopytywał o różne szczegóły. Następnie przystąpił do szczegółowego badania neurologicznego. Po raz pierwszy byłem tak badany. Wizytacja trwała około 30 minut. Dostałem skierowanie na badanie prądami. Doktor kazał mówić, że jestem od niego.  Na koniec stwierdził, że podejrzewa SLA, ale nie mam się czego obawiać, to nic strasznego.
… Czy można sobie zrobić kuku internetem? Pewnie że tak. I to jeszcze jakie. Czasem lepszym rozwiązaniem może być zrzucenie na stopę cegły…
… Wrzuciłem oczywiście w google hasło SLA i wyskoczył wynik: Stwardnienie Zanikowe Boczne. Na szczęście mieszkam w parterowej chałupce, więc skok z okna nie miał sensu. Nie skorzystałem też z żadnych chemicznych zapominaczy. Chociaż to był wyrok – 2 lata życia mi zostało…
Dociągnełem do 13 lutego 2014 roku, czyli dnia Igieł i Prądów. I co się okazało? Oto epikryza napisana przez Doktora S. Głos teraz ma Doktor:
Pacjent z przeprowadzoną diagnostyką różnicową SLA / Miastenia / Obręczowy zanik mięśni. W wykonanym badaniu EMG ( 13.02.2014 ) wynik nie jest jednoznaczny, nie potwierdził zmian typowych dla SLA.
Kliniczne epizody osłabienia ogólnego, nie związanego z wysiłkiem fizycznym, ale pojawiające się podczas kontynuowania czynności codziennych ( głowa opada podczas siedzenia, podczas czytania „męczą się” oczy, okresowo występuje dysfunkcja chodu, zaburzenia połykania, głos ulega sciszeniu ). Do tej pory chory pracował fizycznie i był w dobrym stanie. W czasie obecnej oceny neurologicznej, bez objawu apokamnozy, samodzielny, sprawny. Mowa wyraźna, fonacja jednorodna, mowa sciszona, bez zaburzeń gałkoruchowych, język prawidłowy, brak fibrylacji i zaników języka.
Uwagę zwraca nawracająco – ustępujący obraz kliniczny co może odpowiadać postaci miastenii.
Oczywiście Miastenię pierwsza zasugerowała Pani Magik od igieł i prądów. Doktor S. skierował uwagę w tym kierunku. A mnie ulżyło. Uff… Wyrok śmierci został odwołany. To tylko Miastenia… A z Miastenią można żyć… żyć aż do śmierci. A nie tylko 2 lata.
Muszę się jednak do czegoś przyznać. Do czegoś co tak naprawdę niedawno sobie uświadomiłem. To  SLA to ja chyba trochę Doktorowi zasugerowałem. Spytał podczas wywiadu czy straciłem na wadze. Powiedziałem że tak, spadło z 64 kg na 59 kg w krótkim czasie. Nie przyznałem się jednak do tego, że znów wróciłem do ćmienia nikotyny.
Do Doktora S. już nie wróciłem, byłem pogniewany na Niego za te SLA to nic strasznego . Teraz była Doktor G.
4 marca 2014 roku. Doktor G. podczas wizyty przywaliła.
– Piszę panu skierowanie do szpitala. Proszę się natychmiast udać na SOR.
– Pani Doktor a nie można by tak za dwa, trzy dni? Mam taki mały suficik do zrobienia. Pach, pach zrobię i walę do szpitala.
– Jaki suficik? Przecież jest z Panem w tym momencie bardzo źle.
I spojrzała na mnie tak, że już tylko grzecznie spuściłem głowę.
– No dobrze, już dobrze, pójdę tak jak Pani mówi. 
I co myślicie że poszedłem? No pewnie że dobrze dumacie. Nie poszedłem. Miałem jeszcze tyle ważnych spraw do ogarnięcia tego dnia w chałupie. Wybrałem się następnego dnia.
5 marca 2014 roku w towarzystwie żony, zameldowałem się na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym po raz pierwszy. I po raz pierwszy spotkałem Doktor P. W trakcie pobytu na SORze zaczęło mi już puszczać.  Ostatecznie zostałem wypisany do domu. Doktor P. obiecała że porozmawia z Profesorem, szefem Neurologii o mnie. Dała numer telefonu i kazała dzwonić.
I tak 14 marca 2014 roku zostałem przyjęty na Oddział Neurologii w SPSK nr 4., gdzie byłem do 26 marca. Jednak o tym co się tam działo, napiszę w części trzeciej.
Jeszcze kilka słów wyjaśnienia. Piszę wyraz doktor czasem z dużej, a innym razem z małej litery. Jest to całkowicie zamierzone. Oczywiście te białe fartuchy z dużej zdobyły mój szacunek. A te z małej? No właśnie…

 

I w zasadzie, to może już gładko przejdę do części trzeciej. A więc kopiuj – wklej i oczywiście drobne poprawki edytorskie…

 

Szkic tego wpisu zapisałem już jakiś czas temu. Szkic? Ha ha ha. Tak naprawdę to tytuł i zdań cztery albo pięć. To jednak szczegół techniczny. Miałem szczery zamiar rozwinąć to do tekściora takiego, że ho ho… I co? I ciągle nie po drodze. Były ważniejsze sprawy bieżące, które się w słowa zmieniały. Miałem często też ostatnio niechcieja i nie było bata na patologiczny grzbiet.
A dziś nocka w pracy. Korzystam więc ze sprzyjających warunków i smaruję pisemko. Była co prawda pokusa, żeby pomarudzić o czym innym, o wczorajszych wkurwach które złapałem. Ale nie… ale nie… Postaram odciąć się od tych toksyn. No to jadziemy…
… No i wylądowałem na neurologii. Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny nr 4 w Lublinie na ulicy Jaczewskiego. Sala nr 10. Okazało się, że część pacjentów tej sali była mobilna, to znaczy bardziej ruchliwa, więc nie było tak źle. A ja to już w ogóle lajcik.
A teraz czas na przerwę techniczną. Dlatego, że wrrrr… robię już drugi dzień, to dziś do pracy oprócz kanapek, zapakowałem opakowkę lodów. No i plan sprytny. Czas na relaks… Hm, mniamuśne. I żadnego wspólnika, czającego się za rogiem na moment mej nieuwagi. Tylko ja i litra lodów.
No dobra, połowę lodów zjadłem, teraz więc powrót do słów pisania. Na fotce oczywiście SPSK 4.

Przyjęto mnie na oddział w piątek. Nie dość że było dla mnie kojo na sali, to jeszcze wieczorem miał być Doktor K. Pobrali krew do analizy, obiad i kolację dali. I luz totalny, możesz gościu nasz kochany sobie leżeć, możesz siedzieć, możesz spacerować.  Miałem opaskę z szyfrem na ręku, by się w tym pierdolniku całkiem nie zagubić. Nie ukrywam, byłem w lekko – średnim szoku. Ostatni raz w szpitalu byłem 20 lat wcześniej, to znaczy pierwszy i ostatni. Musiałem się więc naumieć wszystkiego od nowa.
Doktor K. ściągnął mnie na prądy (EMG) gdzieś po 20. Jak dla mnie to Magik Prądowy. Spokojnie to robił, nie śpieszył się. Badał nerw po nerwie, mierzył, zapisywał. Informował, tłumaczył.  Widziałem, że jest bardzo zmęczony. A mimo tego nie spieszył się. Gdy skończył, było już naprawdę późno, cały oddział spał.

Czerwoną kropką zaznaczyłem mój apartament. Leżałem pod oknem i miałem widok zdecydowanie ekstrawagancki – na Blok Operacyjny.
Pierwsze dwa dni to trochę badań. Prądy, usg jamy brzusznej, rentgen, siuśki i krew do analizy. Miała być jeszcze tomografia klatki piersiowej, niestety tomograf się spierdzielił. I kolejka zaczęła chyba żyć własnym życiem. A ja w niej się cały czas przesuwałem na coraz dalsze pozycje. Na oddział trafiłem 14 marca a tomografię miałem zrobioną 26 marca. Tego też dnia zostałem puszczony do domu.
Oj potrzymali mnie na oddziale, potrzymali. Leków żadnych nie dawali. Micha regularna, Żona z Teściową dokarmiały. Ameryka. Tylko że ja na koju nie mogłem wytrzymać. I po szpitalu łaziłem. Ludzi trochę poznałem, doświadczeń nowych złapałem.
Wreszcie znachory zebrali dokumentację i ...idź se Pan już do domu. Na trzy punkty programu, załapałem się tylko na jeden. Prądy coś tam pokazały, ale wynik nie do końca pewien. Przeciwciał brak i grasiczaka też nie zauważyli. Wynik? Miastenia w obserwacji. Na odchodnym, doktor Ch. (zwróćcie uwagę, że doktor napisałem z małej) poświęciła mi 2 minuty swego, jakże cennego czasu i powiedziała:
– Pan Miastenii nie masz, jak dla mnie to nerwica. Do końca roku nie ma już do mnie zapisów w przychodni (a to dopiero marzec), ale przyjmuję prywatnie na Chodźki. Pierwsza wizyta za darmo.
Widziałem że Zocha jest ważna, siedziała na zebraniach po prawicy pierwszego po Bogu w Klinice, czyli profesora. Nigdy jednak, pomimo patologicznych błysków, do niej nie zaszedłem. Coś mi w niej nie pasowało i tak zostało do dzisiaj.
Miastenia w obserwacji. To takie cóś co może jest, a może nie ma. W zaleceniach wpisali 3x mestinon. Leki więc poszły. Co do obserwacji? To chyba na ten moment mieli rację. Ja naprawdę nie mogłem na miejscu wysiedzieć. Miałem silne mięśnie, zaprawione w robocie. Braków energetycznych też dużych nie było. Powieka nie opadała (jeszcze), podwójnego widzenia nie miałem (i dalej go tak naprawdę nie mam). A co to za Miastenik który podwójnie nie widzi? Normalnie Popierdółka jakaś, która do mądrych książek nie pasuje.
Wychodząc ze szpitala, cieszyłem się. Cieszyłem się, że mam Miastenię. Na oddziale widziałem dużo cierpienia i ta moja Miastenia wydawała się takim średnim luzikiem. Byłem wtedy młody i naiwny, wierzyłem znachorom, że skoro tak mówią, to wiedzą co mówią. Nie wiedziałem jeszcze, że to dopiero 1 lewel i że to gra wielopoziomowa. Że miastenicznie to ja w pampersie tuptam.
Miastenia się wykluła, więc to koniec tego cyklu. No ale coś wydumam, jakiś pokręcony tytuł, by ująć to zgrabnie w kolejny cykl. Bo coś się kończy i coś się zaczyna. Wyklucie Miastenii zmieniło mój życiorys. Emka zamknęła wiele dróg przede mną, ale równocześnie dała mi mnóstwo innych możliwości. O tym jednak kiedy indziej…

 

I to by było na tyle… DOBREGO Wszystkiego DOBREGO.

Wieża mych możliwości… ( i ciśnień )…

Mieszkańcom Białej Podlaskiej ten widok jest znajomy. Jeszcze lepiej znają go ci z Woli. I nawet zagubieni podróżni na dworcu PKP, też go widzieli. Tak, to Wieża Ciśnień.

Mi bynajmniej towarzyszył od… Hm, w zasadzie od kołyski. Dziadkowie mieszkali niedaleko, pewnie ze 300 metrów od… Na ulicy Kościuszki, w kolejowym bloku. Przechodziłem często przez ten mini park na skraju którego stoi wieża, w drodze po lody czy na autobus.

https://www.google.pl/maps/@52.0213453,23.1322916,255m/data=!3m1!1e3?hl=pl

W późniejszym wieku, zdarzało się, że to był przystanek w porannych powrotach do domu… Czasem wręcz leżakowy… To przecież tędy wiodła najkrótsza droga z ognisk u Marcina. A że to było plus – minus połowa drogi, postój przysługiwał. A ostatni raz? Ostatni to chyba z Robertem, gdy się spotkaliśmy po długoletnim niewidzeniu… Gdzieś w połowie ( z lekkim wskazaniem na tą drugą połowę, czyli gdzieś w jełopce mi krąży 2006 lub 2007 rok) pierwszej dekady XXI wieku, późnym wieczorem, chyba październikowym. No bo było jeszcze dosyć ciepło, choć już mokro i liściasto. I tak się przecieły nasze dróżki na Serbinowie. I było tak jak w tej piosence:

Nie było co prawda czterech pustych, ale dwie… I też popłyneły wspomnienia w nocnym cieniu wieży ciśnień. I tak mi w tym momencie refleksyjnie błysło. Ile takich nocnych rodaków rozmów ta wieża się musiała nasłuchać…
Z Robertem to my byliśmy takie kolegi podstawówkowe. Grasowaliśmy razem po osiedlu, poznając jego różne zakamarki. Gonitwy na budowach, przygody na rurach, łąkach, harcerzowanie itp. A później nasze drogi się rozeszły całkowicie. Każdy już pognał w swoją stronę. A może inaczej: każdy już miał swoją opaskę na oczach i wszedł na swoją życia linę.
Okej, tyle tytułem wstępu. Choć nie… Jeszcze kilka słów wyjaśnienia. Wieża tak mi się trochę kojarzy z wysiłkiem, ze wspinaniem się po pierdykanych schodach. Szpak wie po co Chyba żeby tylko spojrzeć na świat z góry. A ciśnienia? No a jak tu żyć bez ciśnienia? Nuuuda…
Piszę – więc jestem w pracy. Oczywiście jest to już drugie podejście do tego tematu. Pierwszy raz namiętnie waliłem w klawiaturę w nocy z 17 na 18 czyli z soboty na niedzielę. Wiedziałem już, że teoretycznie to do końca miesiąca mam wolne, no bo kwartalny limit godzin wyrobiłem. A pracodawca nie jest taki bystry, żeby za nadgodziny płacić. Całe szczęście, że na tym obiekcie nie mają wyjścia. I tak za dzisiaj mam wyższą stawkę… A gdy przy wypłacie będzie o garść grosików więcej, to…
… To jest już 4:35 piątek rano. Wczoraj wieczorem napisałem tylko kilka zdań i padłem. Normalnie mózg mi się zagotował, zwarcie instalacji i zawiecha systemu. I nie bardzo reset twardego dysku pomógł. Dalej jestem zamulony. I to jest chyba to, jeśli chodzi o temat. To moja wieża możliwości…
W niedzielę rano wróciłem z pracy i leżakowanie, a później kręciłem jak ten smrodek po gaciach. W poniedziałek wróciłem do tematów remontowych. I tak dociągnąłem do wtorku. W środę wywrotka, no bo remontówka + upał= leżysz gościu i łapiesz powietrze. Oj tak mnie już w środę sponiewierało, że dałem radę tylko kilka spraw z rana załatwić. A w czwartek pognałem do pracy, z której za dwie godziny wyjdę. Wrócę do chałupy i trochę się ogarnę, uczeszę i może ogolę ( mam znowu sumiastego wąsa ). I do szkoły na zakończenie roku. Nie chce mi się, ale Synio prosił. Więc nie chcem, ale…
I taka jest chyba wieża moich możliwości. Chciałbym, bardzo bym chciał, żeby była wysoka. No taka prawie jak ta Babel, ale… Właśnie te ale, te nieszczęsne brakujące „z” w besensie. I wieża robi się taka jakaś niziutka. Kiedyś bym ją z pieśnią na ustach przeskoczył, a dziś? A dziś tylko tyle, a może aż tyle mogę zdziałać. I rodzą się ciśnienia, no bo ja tak nie chcę. To nie po mojemu. Jak to nie dam rady??? Ja tak nie chcę!!!
I są takie dni gdy stoję przed lustrem, a za plecami Koleżanka Miastenia szyderczo się śmieje: Tak Patologio, wyżej Szpaka nie podskoczysz…

Jak piłka…

Dorota Gellner

Piłka

Po cichutku, po kryjomu,
Wyskoczyła piłka z domu.
Hop! Hop! W górę! W dół!
Przeskoczyła świata pół.
Zatrzymała się pod płotem,
Zatańczyła z burym kotem.
Hop! Hop! Raz i dwa!
Obudziła złego psa!

Gdzie jest teraz? Pośród kaczek.
Kaczki kwaczą: kto tak skacze?

Ale piłka dalej zmyka.
Patrzcie! Wpadła do kurnika.
Hop! Hop! W górę! W dół!
Przestraszyła stado kur!

Gdy odpocząć chciała chwilę,
Siadły na niej dwa motyle.
Każdy z nich pomyślał tak:
– Jaki duży, piękny kwiat!

Biała koza, białą nóżką
potoczyła piłkę dróżką.
Pędzi piłka w stronę wiadra.
Bęc! Do zimnej wody wpadła!

– Oj! Do licha! – rzekła brzydko –
chcę do domu! I to szybko!

Choć nie miała wcale nóg,
Przeskoczyła – hop! – przez próg.
Zatrzasnęła z hukiem drzwi
i pod łóżkiem grzecznie śpi.

Taki fajny wierszyk czytałem Syniowi, gdy miał kilka lat. Chciałem już napisać, gdy był Mały. Problem w tym, że On nigdy Mały nie był. Już gdy się pojawił w styczniowy, mroźny, niedzielny poranek, to położna przepowiedziała, że będzie wysoki. A wywróżyła to na podstawie dużej stopy. I się kurcze spełnia.
Dużo ostatnio tych odniesień do piłki. Dumałem dlaczego??? I tylko jedna odpowiedź mi błysła: slapstick. A dokładnie komedia slapstickowa. Oczywiście niezawodny Słownik Języka Polskiego:
slapstick
[czytaj: slapstik] komedia o wartkiej akcji, pełna gagów (np. rzucanie tortami), pościgów itp.
A co na to wiki???

Slapstick – rodzaj komedii filmowej, stworzony przez amerykańskiego reżysera Macka Sennetta.

Charakteryzuje się dużą ilością ruchu, postacie są mocno przerysowane i przeżywają groteskowo niebezpieczne przygody. Sekwencje filmowe często są tworzone spontanicznie. Pierwszą komedią slapstickową był film Macka Sennetta z 1912 roku pt. Cohen na Coney Island. Typowo slapstickową komedią jest też Flip i Flap. Do tego rodzaju należą filmy: Kevin sam w domu, Flubber, serie filmów Naga broń, czy o inspektorze Clouseau, a także seriale animowane takie jak: Tom i Jerry, Zwariowane melodie i wiele filmów z Kaczorem Donaldem.

Również znany angielski serial komediowy Benny Hill Show autorstwa Benny’ego Hilla zawiera elementy stylizujące go na komedię slapstickową.

Cechą charakterystyczną jest obecność aktów przemocy fizycznej w scenach filmu, bohater może być bity, kopany, przypalany bądź uderzany (ręką, kijem, plackiem lub tortem). Wbrew obiegowym opiniom nie jest to jednak geneza nazwy gatunku. W języku angielskim slap znaczy uderzać, lecz w rzeczywistości slapstick to niewielkie urządzenie używane przez klaunów do wytwarzania podczas cyrkowych przedstawień trzaskających dźwięków i nazwa ta została niejako zapożyczona.

No i do tego momentu tylko udało mi się dociągnąć wpis. I tak jak kilka innych przed nim, został na etapie szkicu. Został do czasu… A teraz akcja „odgrzeb”…
Gdy mnie błysła w głowie wstępna koncepcja, to faktycznie byłem jak ta piłka. Z każdej strony chciano mnie kopnąć. I na dodatek na jakimś wariackim boisku z co najmniej czterema bramkami. Hm, a może nawet tych bramek było jeszcze więcej… No ale tego tematu nie będę rozwijał, przeszło mi i na ten moment nie chce mi się już w to wnikać…
Jakiś szalony się zrobił ten czerwiec. Dosyć szybki i intensywny. W pracy już normy godzinowe wyrobiłem, więc mam w zasadzie chyba wolne do końca miesiąca. W zasadzie – no bo w tym pierdolniku, kierownik coś ostatnio grafik nie może zgrać  i wiem tyle, że dziś jestem na obiekcie (jestem więc piszę…). A jak dalej to, ni chu chu nie wiem
Piłka to ruch… dynamika… pęd… podskoki… . No i mnie się nawet trochę udawało, nabrać takich piłkowo-podskokowych ruchów ostatnio. We wtorek rano zszedłem z roboty. Drzemnełem się prawie trzy godziny w chałupce i pognałem na spotkanie MMB, czyli  Miejscowej Miastenicznej Bandy. No i bardzo się ucieszyłem, bo było Nas tym razem już sześcioro. Co jak na razie potwierdza moją teorię, że regularne stałe spotkania są kluczem do sukcesu.
Później pognałem do chałupy, żeby się spakować. Załatwiłem sobie podwózkę do Krakowa. I nawet knułem, że w drodze zrobię selfika trzech Manów. Mieli być: Rafał Man, Ja Man, no i oczywiście MAN. Rafał to Przyjaciel, dzięki któremu ta przygoda była możliwa. Ja to ten piłek podskakujący na spotkanie miasteniczne w Krakowie, a MAN okazał się być DAFem. Ups… No i plan selfikowy poszedł w pi… w pi pi ripi chorągiewka…
Za Tarnowem, już na autostradzie wygieło mnie całkiem. Przeprowadzka z fotela na DAFowe górne kojo. I ukołysany odpłynąłem w sen. Rafał miał kursa do Myślenic i tam obudziłem się po ósmej. No to za mandzur i wygiołem bambosze na busa do Krakowa…
Jestem dziś po ciężkiej nocy, bo miałem arcyważną misję do wykonania… Była tak ważna, że dopiero gdy zaczeło świtać, przerwałem ją. Chociaż w głowie błysnął szatański plan, by już dociągnąć do 5:30 i tak z marszu pójść do pracy. Wykończyłem więc jeszcze stado Ghuli i bandę Utopców w Wiedźminie i się położyłem na dwie godziny. Teraz jednak odczuwam trudy misji…
Może więc dalsze piłkowo-podskokowe opowieści nastąpią w innej części… Może…

Dziś sobota – imieniny Blekota…

Tytuł zupełnie bezsensu, zdarza się i tak. Jak coś innego przyjdzie mi w trakcie pisania do głowy, to się gumką wytrze. Zresztą znów długa przerwa w pisaniu, więc nie ważny tytuł – ważne że…
Oczywiście pytanie za punktów sto? Gdzie jestem? Tak tak. W pracy. Ciężko tyram i sobie piszę. No nie… Rozegrałem już kilka partyjek 3-5-8 na Kurniku. Czasem lubię w karciochy pograć. Niestety w realu tak jakoś od dawna nie mam z kim. Muszę się ratować substytutem sieciowym. Substytutem, ponieważ nie czuję kart w rękach. I brakuje mi tasowania, rozdawania, układania i klepania kartami o blat stołu. Ech…

Pamiętacie te rury? To nie tylko gonitwy. To również niejedna rozegrana partyjka w PanaGuano czyli po naszemu Gówno, Kuku i takie tam różne gierki. A ile było śmiechu i radochy, gdy komuś karta wypadła i poleciała w dół, na ziemię. I musiał taki AS zapierdzielać na dół po nią.
Wspominałem już o chałupie Władka Rózgi. Oj tam to dopiero rypaliśmy w karty. To już było na ostro. Chociaż nie hazardowo. Leciały Tysiąc, 3-5-8, Poker, Dureń. Rozrywkowo parami w Kenta. A już całkiem dla śmiechu to w Złodzieja. O to dopiero się działo, bo to gra na bicie. Przegrany karę zaliczał. I nie było zmiłuj się. Oj nie było…
No dobra, żeby nie było tak, że tylko karty, w popielniczce kiepy i bałandziocha słodka… W jednym z pokoi rozstawiany był stół. Taki zwykły, rozsuwany. Ale siatka w jego połowie i graliśmy w ping ponga. Nie daleko, a nawet całkiem blisko, bo około 200 metrów, mieliśmy z chałupy na szkolne boisko. Piłka więc w ruch. Czasem w palanta. No i latem kąpiele w bajorkach. A z indywidualnych gierek, to jeszcze Warcaby i Szachy.
Już minęło 6 godzin pracy. Zgłodniałem, więc czas na obiad. Dziś postny – śledzie… Tak jakoś wyszło. Na kolację będzie mięsiwo.
Zaczęły się ciepłe, a nawet gorące dni. Tak to już jest, taka pora roku. Niestety odczuwam to dosyć mocno. Trudniej powietrze mi złapać. Sił mało i bolą mięśnie. I w głowie robi mi się pusto. I tak ciężko czasem myśleć. Oj nie lubię, nie lubię tego. Jak za dużo myślę, to mnie głowa boli.
Ooo… Właśnie mnie łapie. Palce słabną, coraz trudniej mi pisać. Głowa leci w dół. Tak jakby te puste myśli ze 100 kilo ważyły. Ucisk na pierś i płytki oddech. Woda robi się tak twarda, że ją przełknąć nie mogę. I z nosa zaczyna cieknąć, chociaż nie mam kataru. A to już znak, że muszę się położyć. Położyć i odpocząć. I czasem już po prostu nie wiem, śmiać się czy płakać. No bo przecież zmęczyłem się siedzeniem na krześle.
I nic już więcej nie napiszę w tym wpisie. Muszę się położyć. Dobrze, że w tej robocie mam do tego warunki. Ech… Pierdolona Miastenia…