Archiwum kategorii: Papierosy

Znasz prawo Paskala???…

Oto jedno z tych pytań, które tak często padały podczas różnych kopanych rozgrywek podwórkowych. Pytanie wykrzyczane cienkimi głosami, jeszcze bez tak charakterystycznej nikotynowo – alkoholowej chrypki.
– Znasz prawo Paskala???
– Kto kopnął, ten zapierdala!!!
Dotyczyło to oczywiście tych Trampkarzy, którzy w szaleństwie pogoni za piłką, nie trafili w bramkę a kopneli tak mocno, że piłka poleciała ho ho… No bo oczywiście, gdy wpadła do bramki, to już bramkarz zapierdalał bez dyskusji.
Na fuchę bramkarza było zawsze mało chętnych. A mi podpasowała jak się patrzy, a jak się nie patrzy to też pasowała. Nie musiałem dużo biegać, no chyba że po piłkę za bramkę. No i jakoś tak wychodziło, że piłki mnie się nie słuchały i zawsze się plątaczyły o nogi. A taki bramkarz to prostą misję do wykonania ma, to znaczy proste zasady. Ma nie puścić piłki do bramki. Nie ważne czym, rękoma, nogami, zębami czy dupą, ale ma nie wpuścić. No i muszę się pochwalić, że pomimo drobnej i nikczemnej postury, całkiem nieźle sobie radziłem. Nie mniej ważnym argumentem za bramką, był też fakt, że mogłem sobie smoczyć faje podczas gry. No bo przecież to nie ja biegałem za piłką, to piłka podbijała w moją stonę.
No i znów wspomnieniowo nawineła mi się Pani Kłoczewska. Oj Ona to miała szczęście, gdy przechodziła koło boiska szkolnego. Wspominałem już jak trafiła na małpy. Innym razem wypadło na wściekłego Andrzeja Dzieja SitkaCoś Mu nie wyszło i puścił ostrą wiąchę. A wiąchy krwiste to on potrafił wywalić. A ja w szkole usłyszałem o bluzgających piłkarzach. No i oczywiście przyuważyła, że bramkarz czyli ja, stoi w bramce z papierosem w ustach i piłkę łapie.
Oj tam, oj tam… W następnych latach czasem się zdarzało, że graliśmy po spożyciu jabłuszka kupionego na mecie u Wacka.
Czas na muzykę:

Jesteśmy tacy sami
Mali, smutni, zarozumiali
Nasza rewolucja upadła
Możemy zasiąść do kolacji
Nasze drogi się rozchodzą
Każdy wreszcie myśli
Powtarzamy to co robią
Ludzie z których się śmialiśmy

Jesteśmy tacy sami… 

Jesteśmy tacy sami
Mali, głupi, zarozumiali
Umiemy teraz robić
Rzeczy, którymi gardziliśmy
Nasze drogi się rozchodzą
Każdy wreszcie myśli
Powtarzamy to co robią
Ludzie z których się śmialiśmy

Jesteśmy tacy sami… 

Młodzi konformiści
Wczorajsi anarchiści
Jutro w biurze
Zabiją kogoś wzrokiem
Gwiazdy intelektualnych sporów
Ambitne, przemądrzałe
Czy mają coś do powiedzenia?
Zapytaj siebie!

No i grana z joutuba:

A tak mi się przypomniało. Dlaczego??? A skąd ja to mogę wiedzieć.

 

Dziś w pracy zastosowałem patent ułatwiający mnie robotę. Gdy prokuratory i urzędniki kończą pracę, to zdają mi klucze pokojowe. No i mówią, czy do sprzątania, czy nie. I ja wtedy odkładam je dla Pań sprzątających lub wieszam w szafce. No muszę się przyznać, że słuch już nie ten. I ja już też niezbyt skoncentrowany, bo tylko czekam aż wyjdą i będę mógł zamknąć ten pierdolnik.
A dziś miałem błyska. Na jednej kartce napisałem zielonym markerem Do sprzątania a na drugiej różowym Bez sprzątania. I te dwie kartki przed godziną piętnastą położyłem na bufecie, za którym siedzę w dzień. No i patent chwycił. Zaczęli mi układać na kartkach, według życzeń.  Ogólnie reakcja była bardzo pozytywna, co mnie mile zaskoczyło.  Było trochę komplementów i no… Koparka mnie się trochę rozchachała.
Dopiero 7 czerwca, a już mam pół miesiąca wypracowane. O to ja rozumiem. Pach pach… I później długo długo wolne. I może sobie nawet zaśpiewam: Lato lato lato czeka…
Kurza twarz – przez tyle lat nie miałem latem wolnego, no bo to przecież środek sezonu był…  

Kilka słów o siłach. Część II.

No i znów nocka na strychu. Z pająkami, myszami i warczącymi prawie cały czas samochodami.
No tak, w części pierwszej tylko o tym bąknołem. Uwaga!!! Kilka słów wyjaśnienia. Na okres zdziałania nowej podłogi, śpię na strychu.  I dziś to już będzie czwarta. Tak wyszło – szeleszczę jak mantrę, taki rok 2017. Nocki cztery, bo wczoraj spałem w chałupie. Młodszy Pokemun był na gościnnych występach u Babci. 
To strychowe koczowanie ma jednak na mnie całkiem ciekawy skutek uboczny. Otworzyło ponownie bowiem drzwiczki wspomnieniowe. Przypomniały mi się bowiem dwa inne strychy. Strychy na  chałupkach których już dawno nie ma. Na Osiedlu Młodych (Serbinowie) które też już wygląda zupełnie inaczej.
https://www.google.pl/maps/@52.0263541,23.1472718,3a,30.7y,348.15h,86.8t/data=!3m6!1e1!3m4!1sRI7YMf3RoUU0-QZOIp2q4A!2e0!7i13312!8i6656?hl=pl
Na tych guglowych mapach widać fajne urządzenia sportowe. W drugiej połowie lat 80-tych stały w tym miejscu jeszcze dwie małe chałupki. Drewniak i murowana. Właścicielami było pewne małżeństwo, chyba zseparowane. On mieszkał w murowanej a Ona w drewniaku. Całość została wywłaszczona przez państwo z przeznaczeniem pod rozbudowę SP nr 6. Babka się wyprowadziła a facet zmarł w swej chałupce. Odkryto to dopiero po kilkunastu dniach.
W każdym razie latem 1988 roku, gdy tylko okazało się, że te chałupki stoją puste, wprowadziła się do nich pewna wesoła banda Obszczynogów. Banda uprawiająca namiętnie ekstremalnie wyczynowy sport, czyli gonitwy na budowie kościoła i plebani. Dokładnie tych po drugiej stronie ulicy Wyszyńskiego, a wtedy jeszcze Piaskowej. Kilka lat później mówiłem, że zajmowaliśmy się Sprintem na orientację przez przeszkody. Nazwa adekwatna, ale to będzie dobry temat do innego wpisu.
Jedynym nadającym się miejscem na zrobienie kanciap były tylko strychy. No to tak zrobiliśmy. Liny, podciągi, włazy zabezpieczone na szyfrów pięć. Co i tak nie uchroniło przed nalotami Starszej Bandy obstawiającej regularnie w tym czasie okolice Serbinki. Większość z nich miała wtedy zainteresowania punkowe, więc nam z kanciap robili rozpierduchę. Nie pomagało też to, że część z nas miała w tej starszej bandzie rodzonych braci. Starszemu rodzeństwu się w główkach popierdoliło chyba od nadmiaru bałand i brali się za wychowywanie. Co ciekawe, fajek nie chowałem przed rodzicami a tylko przed Bracholem. O ten jak tylko miał okazję to mi je podbierał.
No i tak minęło lato i jesień 1988 roku na gonitwach na budowie, przysiadówkach w kanciapach strychowych, przy fajkach i kartach. Kąpielach w bajorkach. Grze w piłkę na sąsiednim boisku. No i na takich różnych…
Przy okazji skolegowałem się z chłopakami Władka Rózgi. Już niedługo chałupa Władka miała się stać na kilka lat takim drugim domem. No ale to już inna opowieść…
A co do mego aktualnego strychu… Wstałem dziś zapuchnięty jak po dłuższym okresie płynnego patologizowania… A to pierdolone sterydy znowu namieszały. I taki błysk, że są siły które i tak robią ze mną to co chcą. I jak to mówił wujcio Ila : Ja mam silną wolę. Jest tak silna, że robi ze mną to co chce.
Mam dziś na noc do pracy, więc biorę się za podłogę…

Retrospekcja papierosa cz.6

No to jedziemy dalej w tych wspomnieniach papierosowych. Były Popularne, Klubowe, Wiarusy i Mocne.
Koniec lat 80-tych, to okres w którym nie było już kartek. To nie znaczy jednak, że już wszystko było. Tak jak wcześniej Wiarusy, tak też znikły Mocne. Chciał, nie chciał trzeba było się przesiąść na Radomskie. Nie była to I liga, no ale co było robić. Gorsze od Mocnych, lepsze od Klubowych.
Anegdota:
Spotykają się dyrektorzy Radomskich Zakładów Tytoniowych i Krakowskich Zakładów Tytoniowych. Ten z Krakowa pyta tego z Radomia, dlaczego ich radomskie są lepsze. 
– No wiesz, my do dwóch stogów słomy, dajemy stóg tytoniu, mieszamy i już.
A na to ten z Krakowa:
– O, to wy jeszcze tytoń dodajecie.
Taka była anegdota, oczywiście zmieniały się tylko miasta w których owe zakłady tytoniowe się znajdowały. Była też legenda o tytoniu napromieniowanym po Czernobylu, papierosy z tym tytoniem miały mieć specjalne oznaczenie. Niestety nie bardzo już pamiętam szczegóły.
Ekstra Mocne vel Emersony vel Elektroniczny Morderca

Ha… Fajne były te nazwy. A fajki też z przytupem. Krzepkie. Z początku były dla mnie za mocne, później już się przyzwyczaiłem. No w każdym razie lepsze od Radomskich. Zresztą przestałem już wybrzydzać i paliłem to co się udało kupić.

Giewonty z filtrem. Pojawiły się nagle w Białej gdzieś tak jakoś w 1988 lub 89 roku. Zapamiętałem je z dwóch powodów. Miały bardzo cienką bibułkę. I w tym okresie działało w pawilonie obok Eureki kółko komputerowe. Chodziliśmy tam często pograć na Timexach. Giewonty smoczyliśmy z Robsonem. Żółty tak sobie przypominam, to palił wtedy Łódzkie. Czasem pojawiały się Poznańskie, Stołeczne, Caro, Carmeny. A czasem, gdy bieda przycisneła, szczególnie wieczorem lub w nocy to były Deptanesy.

No co? Rycho Rydel przecież śpiewał: Z pokorą popatrz pod swe nogi i podnieś, nie wstydź się. Zebrane na przystankach, bo tam było najwięcej i w jednym miejscu. Wykruszone i w gazetę. Po prostu Deptanesy.

Na konto tych wspomnień, zjem sobie batonika. No bo już kilkadziesiąt dni nie palę.

Retrospekcja papierosa cz.5 – Małpy.

Na budowie kościoła robotnicy pracowali od 7 do 19. Dopiero  jak oni schodzili, to my mogliśmy wejść żeby się ganiać na budowie. Do tego czasu coś trzeba było zorganizować, żeby się nie nudzić.
Jednym z takich miejsc była kępa drzew, na których mogliśmy zrobić wstępną rozgrzewkę. Dużym plusem było to, że na budowę mieliśmy z 200 metrów.
Nie był to jeszcze wtedy teren ogrodzony, tak jak jest to dzisiaj. Ludzie więc sobie tamtędy drogę skracali. A teraz to teren szkolny.
Któregoś dnia podczas takiej rozgrzewki, dróżką przechodziła Pani Kłoczewska, wychowawczyni mojej klasy „c”. I usłyszała z drzewek gromkie „Dzień dobry„. Zatrzymała się. Popatrzyła na nas i spytała, czy wiemy jakim jednym epitetem by nas określiła? Na to Ziomek – Małpy. Babkę zatkało. Nic nie powiedziała, tylko obróciła się na pięcie i poszła. 
Następnego dnia miałem z Nią lekcje.  No i przyznała się, że chciała nas nazwać Palacze. Gdy ten jednak wyskoczył z małpami, to słów jej zabrakło.

Retrospekcja papierosa cz.4.2 – Akcja butelki.

W poprzednim wpisie wspomniałem o butelkach. Teraz poświęcę im trochę czasu. Tym bardziej, że za oknem mam pogodę butelkową. Cały dzień ciapie.

 

Akcja butelki patent pierwszy – zapasy domowe.
Co jakiś czas robiłem przegląd piwniczny butelek, na te co zostają (czyli na soki) i te na skup. Wszystkie na skup myłem, bo mogliby nie przyjąć. Z butelek po wódce trzeba było zdjąć nakrętkowe pierścionki, bo inaczej też by nie przyjęli. Patent nieregularny, groźna była też konkurencja starszego brata.

 

Akcja butelki patent drugi – zbieractwo.
Gdy bardzo przycisneło i nikt nie miał fajek, to ruszaliśmy na obchód terenu. Czyli przeważnie na łąki, w krzaczury i inne tego typu miejsca gdzie chleli. Szukaliśmy tylko tyle flaszek ile nam było w tym momencie potrzeba, czyli np. na dwie paczki.  Zawsze była szansa, że coś się znajdzie przy rurach, dokładnie tych ze zdjęcia.

 

Patent rezerwowy, czarno godzinny. Po prostu byliśmy dzieciakami palącymi fajki. Nie zależało nam na jutrze, ważne było dziś.

 

Akcja butelki patent trzeci – na ślinę.
To już patent bandziorski. W sklepie na końcu Orzechowej, skup butelek był z tyłu. Stała tam skrzynka, w którą ludzie odkładali wyszczerbione butelki. Gdy zanosiłem swoje, to wyciągałem jeszcze ze dwie z tej skrzynki. Szczerbę pokrywałem śliną, wyglądało to tak jakby na butelce zostało trochę piany z płynu. Przeważnie nikt tego nie sprawdzał.
Kiedyś z Robsonem przylukaliśmy, że w skupie jest nowa babka. Wystawiliśmy w okienko wszystkie te szczerbiuchy ze skrzynki, ślicznie poślinione. A ona je zabrała i wypłaciła nam kasę. Dwa dni później próbowaliśmy tego samego numeru, sprawdziła wszystkie palcem. Nauczyła się.

 

 Akcja butelki patent czwarty – oranżadówki na wymianę. 
O to już był numer bezczelny, na pewniaka. Z całej bandy podwórkowych obszczynogów, to tylko ja z Robsonem go robiłem. W sklepie na końcu Orzechowej, przed kasą stały transportery z oranżadą. Ci co pili na miejscu, wstawiali puste butelki w te transportery. Wchodziliśmy do sklepu, wyciągaliśmy te butelki jak swoje i przechodząc obok kasjerki wychodziliśmy ze sklepu. Po wyjściu, od razu na tył do skupu i powrót do sklepu, żeby kupić fajki.
Co dziwne, kasjerki nie reagowały zupełnie, pomimo że widziały co się dzieje. Raz tylko jedna spytała co robimy. Powiedziałem jej że bierzemy butelki. Spokojnie wyszliśmy z Robsonem. Sprzedaliśmy butelki, wróciliśmy do sklepu i u tej samej kasjerki kupiliśmy papierosy.

 

No a później przyszedł rok 1989. Wolność, solidarność, Balcerowicz itd… I skończyły się butelki.

Retrospekcja papierosa cz.4 – Kasa.

Było już sporo o papierosach, nic o forsie na nie. A przecież powszechnie wiadomym jest że: Papierosy, nie włosy na … w miejsce kropek sami coś wstawcie … nie rosną. 
Historycy używają takiego pojęcia jak linia Łaby. Co to takiego? W skrócie to umowna linia podziału Europy. Na zachód od Łaby mieszkają ludziki bogatsze, kulturalniejsze, ogólnie takie lepsiejsze. A na wschód … no to odwrotność czyli wschodnio – europejska dzicz. Dodałem europejska specjalnie, by odróżnić nas od Azji. Polska też została podzielona na AB. Jest też podział geograficzny, na wschód i zachód od Wisły.
A ja do uporządkowania tych bazgrołów, tzn. były by to bazgroły, gdybym analogowo pisał, wprowadzę podział na PRL i  III RP. 
No ale już wschodzi słońce (oczywiście w tej mojej rodzinnej Polsce B). A wraz z nim taka mgła, że ho ho… Za minut niewiele przyjedzie zmiennik, a ja sruuuu do chałupy. Będę miał fajrant.
Robiłem pauzę gdy słońce wschodziło, a teraz walczę z klawiaturą a ono zachodzi. Uroki grudniowych dni – są cholernie krótkie.
Wracając do tematu kasiuty na fajki. Zaczepiam PRL.
Skąd miałem kasę? Spróbuję to jakoś prosto wytłumaczyć. Uwaga, chwila ciszy i pełne skupienie:
Kasę brałem z szuflady. Proste? Niby tak, niestety rodzi kolejną serię pytań, jak np. skąd się w szufladzie wzięła? No i zaczynają się schody. Jest to cały proces, który spróbuję prosto (o ile to możliwe) opisać.
Czas się przyznać, kasę do szuflady to ja włożyłem. Dostałem ją od Zdzisia. Zdzisio miał ją od Gienia. A Gieniowi kasę dałem ja. A skąd ja ją miałem? No przecież napisałem na początku, brałem ją z szuflady*.
Uff. Chyba się udało prosto wytłumaczyć.
No dobra, przeważnie miałem złotówki za butelki.  I tu słyszę ruch myśli. Jak to możliwe, ile trzeba było sprzedać butelek, żeby kupić paczkę fajek?
Odpowiadam. Dokładnie 3. Słownie – trzy. Trzy butelki po oranżadzie wystarczały mi na paczkę mocnych i jeszcze była reszta na cukierki.
Tak, tak. Był taki moment, że butelka po oranżadzie ( chodzi o typ butelki, była w nie też rozlewana woda sodowa czy mineralna ) poj. 0,33 l. kosztowała 30 złotych, a paczka mocnych 70 złotych. No i co kiwam?

50

100

Takie banknoty najczęściej miałem w tym okresie.

* To taka moja interpretacja patentu zaczerpniętego z którejś z książek Wiktora Suworowa. Wyglądał on mniej więcej tak:

Miejsce akcji komenda milicji gdzieś w ZSRR

– Skąd mieliście pieniądze?

– No jak to skąd? Z szafki.

-A w szafce to skąd się wzięły?

-No żona je tam włożyła. 

-A żona to skąd je miała?

-Dostała ode mnie.

-A wyście skąd mieli?

-No przecież mówiłem, z szafki.

Retrospekcja papierosa cz.3. Dzieci wesoło wybiegły ze szkoły.

Tak mi się przypomniało. No bo już w końcu kilka dni nie palę.
Szkoła Podstawowa nr 6 im. Hồ Chí Minha w Białej Podlaskiej, rocznik 1975, klasa „c”. Było nas trzech takich wesołych dzieciaków. Palących i opluwających chodnik. Żółty, Danek i Ja. To znaczy trzech z tej akurat klasy. Bo palaczy było nas więcej.
Na przerwach gnaliśmy za lodziarnię, a w deszcz lub zimą do klatki. I tak trzy lata. Na początku było nas kilkunastu, w zasadzie to głównie banda ganiająca się na kościele *. W klasie 8 to już były tłumy.
W tym czasie szkoła była rozbudowywana. A ja byłem skolegowany z jednym ze stróży – Franiem. Franio był w wieku dziadkowym i miał palce brązowe od popularnych. Jak miał służbę, to chodziliśmy we trzech do jego kanciapy zapalić. No ale przylukała nas dyrekcja szkolna i dochodzenie. Po co? Dlaczego? W jakim celu? Franio – cwaniak, zjebał ich, że my porządne chłopaki są i pomagamy mu przeganiać gówniarzy.
Porwane są te wspomnienia  i nie łatwo mi się je układa. Chyba jednak takie mają być, niczym kółka z dymu. No właśnie – ciekawe czy ktoś potrafi jeszcze z dymu piątkę zrobić?
Żółty napisał czy pamiętam jak mi odstrzelił klubowego ze skoblówki? I jak się obraziłem? Takie to wspomnienia, zapomniane do momentu aż ktoś przypomni.
Hm, no właśnie. Wbiegłem do klatki, jadąc na sępa, bo nie miałem fajek. Kola, Dżony i Koza, palili jednego na trzech. Obiecałem że tylko trzy machy ściągnę. No i nie skłamałem. Ale tak się sztachłem, że oddałem im prawie przy filtrze. Miało się te płuca wyrobione. No i musiałem zwiewać, za ten numer chcieli mnie ztrampkować.
Więcej już tak się nie dali przerobić.
* Chodzi mi oczywiście o budowę kościoła i plebani jeszcze wtedy na ulicy Piaskowej w Białej Podlaskiej. Na tej budowie przez kilka sezonów wiosenno – jesiennych, uprawialiśmy z kolegami wyczynowo, biegi sprinterskie na orientację przez przeszkody.  

Retrospekcja papierosa cz.2

wiarusywiarusywiarusywiarusy

WIARUSY

Po przed komunijnej inicjacji byłem przez trzy lata grzeczny. Szaleństwo ogarnęło mnie dopiero w pierwszych minutach Nowego Roku 1987. Starszy Brat padł jeszcze w starym, no a ja próbowałem go godnie zastąpić. Jakoś tak do szampiona podchodziły fajki. Kumple brata palili Wiarusy i gówna Młodemu nie żałowali.
Dziwny to był rok ten 87, oj dziwny. Zaczęła się tworzyć ekipa obszczynogów podwórkowych. Rocznikowo to mniej więcej: 1973-1975. Każdy palił fajki i ganiał się na kościele ( to nie błąd – „na” bo śmigaliśmy po murach i rusztowaniach). To znaczy na budowie kościoła i plebani. Później doszły jeszcze rury, latem bajorka, zimą klatki w blokach. No i szukaliśmy też jakiejś kanciapy, żeby było gdzie posiedzieć.

mocneMOCNE

Wiarusy były krótko, latem 1987 roku znikły z kiosków. Paliłem Mocne. To była sprężyna Stefana, to On mnie nauczył je palić. Z początku mocne, później to już średni luzik. Stefan krótko się z nami kręcił. Wyprowadził się do Janowa i wpierdolił w kompoty. Obiło mi się o uszy, że jest Świętej Pamięci. Jak ktoś, coś wie, to napiszcie.
 a-015
A to rury. Można było na nich siedzieć, a w chłodniejsze dni dupsko ogrzać. W karty pograć, poganiać się, wypić wino. Przejść się wzdłuż osiedla nie dotykając ziemi.

 

 

 

 

Retrospekcja papierosa ( i tu cz. 1 )

Retrospekcja

1. przypominanie sobie przeszłych zdarzeń lub przeżyć; spojrzenie w przeszłość;
2. powrót do przeszłości w dziele literackim, zakłócający chronologiczny bieg narracji;
3. część utworu obejmująca takie wydarzenia;
4. w psychologii: odtwarzanie w pamięci przeżyć doznanych w przeszłości

Tyle słownik języka polskiego.

Papieros

«drobno pokrojony tytoń owinięty w bibułkę, służący do palenia przez wciąganie dymu»

e-papieros «niewielkie urządzenie wypełnione płynem z dodatkiem nikotyny, zasilane baterią, dające użytkownikowi podobne wrażenie, jak przy paleniu papierosa»

Słownik PWN

Tyle mądrołkowania. A teraz konkrety.

Od poniedziałku nie palę. Nie palę  tytoniu i nikotyny. Nie jest to pierwszy  raz. Tym razem jest jednak inaczej. Tak bardziej łagodnie. Nie wywala mnie tak w kosmos.

Duża część mojego życia związana jest z papierosami. No więc retrospekcję czas zacząć.

Popularne

popularneNa początku kilka razy paliłem. Nie podeszły mi wtedy, bo były bez filtra. Tato je palił. No więc gdy było chujkowo i przyszły biedne dni, podciągałem Ojczulkowi.

Miałem niezły patent. Delikatnie odklejałem banderolkę. Wyjmowałem jednego lub dwa papierosy. Przyklejałem banderolkę na ślinę i wkładałem paczkę do kartonu. I tylko Tato się co jakiś czas wściekał, że znowu te Chuje w zakładach za mało papierosów do paczki wsadzili.

Klubowe

klubowe

O te już częściej smoczyłem. Miały filter, to tyle nie plułem. No i Matula je paliła. Zaczołem jarać w drugiej klasie , przed komunią. Paliliśmy z Żółtym pod balkonami. No żeby jeszcze było bardziej ciekawie to robiliśmy taki  Smoke on the blok pod balkonami. To znaczy faje i ognisko. Do póki nie zrobił nam gonitwy administrator osiedla. Tym razem ogniskowaliśmy pod jego balkonem. Nie złapał nas, no ale miejsce musieliśmy zmienić. Padło na kible szkolne, były wtedy jeszcze w SP 6 również   na zewnątrz. Dołączył do nas Dziejo. Z Żółtym i Dziejem mieszkaliśmy w jednym bloku i byliśmy z tego samego rocznika. Takie kolegi z podwórka. Tak buchałem do pierwszej komunii, a później przerwa aż do sylwestra w 5 klasie.

Widzę że jednak temat mi się rozszerza. I obłatwiłem dopiero dwie paczki. No to czas na sprawdzony patent. W tytule dopiszę cz.1.