Archiwum kategorii: Bla bla bla

O wszystkim, o niczym… Tak jak w nazwie…

… To wszystko przecież dla mego „dobra”…

Właściwie to już w tym mijającym 2019 roku miałem nic nie pisać. Taki był sprytny plan. No ale plany są w końcu po to, żeby je zmieniać. A motywatorem okazał się post Koleżanki na fejsbuku, o nowych pomysłach Ministerstwa Edukacji Narodowej na uszczęśliwienie Szkolników i ich rodziców.
Z głośników sączy się stary, zwapniały rock. Ostatnio zresztą zauważyłem, że youtube coś mocno mnie inwigiluje. I jakoś tak mi podsuwa dyskretnie, trafiające w me gusta płytki. Jak na przykład to:

No dobra, wracam do tematu. Generalnie chodzi o to, żeby Szkolniki chodziły do szkoły również w soboty.

DRODZY RODZICE, NIE PLANUJCIE WEEKENDÓW WASZYM DZIECIOM, MEN ZROBI TO ZA WAS.Ministerstwo, na swoich stronach,…

Opublikowany przez Ogólnopolskie Porozumienie Rad Rodziców Środa, 26 grudnia 2018

I w tym momencie, przez jełopkę przemknęły mi różne błyski. Spróbuję więc je może jakoś w punktach, zgrabnie nabazgrać.
Punkt 1 – Złośliwe zadowolenie.
Jestem tak stary, że edukację podstawową zaliczyłem w latach 80-tych ubiegłego wieku. A na dodatek uczyłem się języka rosyjskiego. I oczywiście chodziłem do szkoły również w soboty. W telewizorni były tylko (a może aż) dwa programy. I żeby obejrzeć  taki hicior jak „Czterej Pancerni i Pies”, musiałem z kolegami urywać się z lekcji na świetlicę. Usłyszałem kiedyś, że moja szkoła była budowana dla 600 uczniów, a nas było ponad 2000. Po prostu lata wyżu demograficznego. A skąd ta złośliwość? No bo przecież, skoro ja miałem przegwizdane, to niech młodym też trochę wiatr w oczy zawieje.
 Punkt 2 – Ojcowska złość.
I w tym momencie popatrzyłem na korzystającego z świątecznego wolnego, mojego już prawie 12-to letniego, radosnego Pokemunika. I  rura mnie zmiękła. No nie… Miałby Synio w soboty do budy chodzić? Pomysł całkiem do bani.
Punkt 3 – Przemyślenia filozoficzno-historyczno-jakieś tam.
Na przestrzeni dziejów, różne filozofy knuły, jak tu człowieka uszczęśliwić. Choćby nawet tego szczęścia nie chciał. I tworzyli różne teorie i ideologie. Gdy zaś próbowano te mądrości wprowadzać w praktyce, to powstawały komunizmy i inne -izmy. A te doświadczenia i eksperymenty na społeczeństwach, kończyły się tak, jak kończyły. 
Punkt 4 – A może by zastosować takie rozwiązanie?
Podobno szkoły mogą być zmuszone do tego, żeby gnać w soboty Szkolników do ławek. Co jest jednak dosyć dziwne, bo jako społeczeństwo, niestety starzejemy się coraz bardziej. I żadne, nawet najbardziej optymistyczne prognozy, wyżu demograficznego nie zapowiadają. Skoro jednak mądre z ministerstwa tak twierdzą, to może tak być. Przecież podobno oni wiedzą co mówią… Może więc my rodzice, nie oburzajmy się i nie złośćmy. I zgódźmy się na to, ale pod jednym warunkiem, że w soboty będą się odbywały zajęcia nieobowiązkowe.
Oj, chyba mnie poniosło… Toż to całkiem utopijny pomysł. No bo tak mi się wydaje, że lekcje nieobowiązkowe, to religia i etyka. Etyka to fikcja, ale lekcje religii tylko w soboty? Ups… Chyba prawdę Kumpel o mnie mówił, że Wywrotowiec jestem.
No dobra, już prawie Sylwester. Więc Wszystkiego DOBREGO w Nowym Roku. A ten 2019 ze względu między innymi na wybory, zapowiada się bardzo ciekawie.

Jak bómba mózg zagotowała. cz.2

Jak plan, to plan… Zresztą i tak nie śpię. Po trzeciej się już kręciłem, leżakując. A teraz o 4:45 popijam kawę i skrobię na klawiaturze. A że nie walczę ze snem lub o sen, to mogę sobie tak działać. A skoro ciało stwierdziło, że w tym momencie wystarczy, to czas na działanie… Jakiekolwiek działanie.
Lubię dźwięki nocy, takie gdy pęd świata człowieczego na chwilę zamiera. Te wszystkie szumy, popiskiwania, odgłosy. Bez dominujących warkotów samochodów. Wsłuchuję się w to niesamowite bogactwo muzyki. I za to też lubię obecną pracę, bo daje mi takie możliwości. Mogę obserwować i poczuć jak zmienia się rytm dnia.
W stoczni wychodziłem na zewnętrzną burtę suchego doku.  Obowiązkowe siusiu, papieros. Oddzielony od huku wysoką burtą, patrzyłem i słuchałem nocnej portowej Gdyni choć przez kilka minut.
Ze szpitala wyszedłem w poniedziałek, a dziś już środa. Powoli zaczynam wracać do równowagi. Bómby zbyt dobrze mi przypominają amfetaminowe białe szaleństwo. Oj zbyt dobrze… Ten Solu Medrol to straszny zajzajer, wypalił mnie. Sponiewierał… Być może, gdybym wiedział co mnie czeka, nie zgodziłbym się. Ze strachu… I chociaż jeszcze nie wszystko przerobiłem i pewnie różne w najbliższych dniach numery bandziorskie mnie zaskoczą, to jednak cieszę się. I dumny z siebie jestem, że jednak nazbierałem narzędzi i doświadczeń których potrafię użyć, by nie odpłynąć w szaleństwo.
Dzwony kościelne dzwonią. Mietek 6 rano wybija. Głodny jestem… No to przerwa techniczna. Zresztą i tak w jełopce słówek brakuje. Przyjdą, dobrze. To się napisze. Nie przyjdą? Płakać nie będę…
No dobra. Zacząłem ten wpis 12 września, a dziś już jest sobota 22. Tak to już jest z tym moim skrobaniem. Zaczynam, przerywam, czasem któryś tam szkic dokończę. Bywa tak że brak mi czasu, często chęci i sił. A dziś robotniczy dzień. Mam tu być i do jutra rana nie opuszczać obiektu. Kawa na dzień dobry wyżłopana. Klucze dla dyżurnych pracowników na blacie wyłożone leżą. Jednym okiem na monitorki lukam co chwil kilka. I smaruję na lapku.
Podejrzałem  plan który sobie wcześniej ułożyłem i wychodzi mi na to, że teraz powinien być pojebany Kamikadze. No i w tym czasie sytuacja się z lekka zmieniła. Doszedł jeszcze jeden mądrołek do kolekcji. Może jednak od początku.
W poniedziałek, gdy wyszedłem ze szpitala, nie mogłem sobie miejsca znaleźć. Roznosiło mnie jak po fecie. W nocy wiedziałem, że nie zasnę. Byłem na to przygotowany. Amfetaminowa przeszłość wróciła. Leżeć nie mogłem, czytać też. Oglądanie filmów mnie nie interesowało. Ogólnie na niczym dłużej nie mogłem skupić uwagi. Gdybym miał jeszcze Stalkera, to do mutantów bym może postrzelał. A tak nic. Gitara na tylni fotel autka i wycieczka. Gdy tak sobie jechałem przez nocne, uśpione miasto, w pewnym momencie zorientowałem się, że prędkość podbija w okolice setki.
– Prrrr… Koniu szalony. Nie pędzimy, spokojnie jedziemy.
Hamulec i już przepisowo, tak jak w mądrej książce pisze.  Odwiedziłem nocny park. I przed północą pojechałem E30 w kierunku Międzyrzeca. Już teraz się kontrolowałem, nie przekraczałem 90 w niezabudowanym. No i to mi dupsko uratowało. Koło Wysokiego, kątem oka zobaczyłem jak do skrzyżowania dojeżdża nieoznakowany rowerzysta. Prawa noga sama mi wskoczyła na hamulec. A ten baran nawet nie zwalniając, przemknął przez drogę krajową, niczym bombowiec w ostatniej samobójczej misji. Brakowało dosłownie pici włos. Normalnie w takich warunkach bym jechał 110-120. I było by o jednego durnia mniej na świecie.
W czwartek 13 miałem dzień robotniczy. Mogłem co prawda pociągnąć dłużej zwolnienie, ale mi się nie chciało. I tak miałem długi urlop, bo ostatni raz byłem 7 sierpnia. Dzień się robi coraz krótszy, jadę więc teraz już w nocy. Jechałem sobie bardzo spokojnie po poniedziałkowych doświadczeniach DK 19. A i tak w połowie drogi pomiędzy Kockiem a Borkami, wariatuncio się trafił. O tej porze trochę już chłopaków-ciężarowców z towarem pomyka. I akurat taki jeden wielki z naprzeciwka jechał, dając mi po ślipiach nieźle światełkami. Typa na poboczu z mojej strony, zobaczyłem w ostatnim momencie, właściwie już go mijając. Stał prawie kopytkami na asfalcie i ręką sobie machał. Kurwa… A zatoczka przystankowa była góra 200 metrów dalej. Zimny pot mnie oblał i miałem nawet chęć zawrócić. No ryło mu obić…
Teraz to już zupełnie się nie śpieszę. Wyjeżdżam 15 minut wcześniej, dając sobie większy zapas czasu. No i dumam by inną drogą trochę pojeździć. Jutro sprawdzę.
No i napisało się. A teraz czas na śniadanie. Już na nie zarobiłem. 
DOBREgo. 

Jak BÓMBA mózg zagotowała.

Dziś już prawie… Oj, wróć… Oczywiście wczoraj… Gdy już cieszyłem się jak dziecko, mało nie zalewając posadzki łzami radości, że to koniec wczasów. I w tym przypływie uniesienia,  do pielęgniarek pobiegłem, żeby mi wenflon wyjeły, to się okazało, że… Normalnie za niewinność jeszcze jedna bómba mnie czeka. Cholera, a przecież taki grzeczny byłem. W kiblu nie paliłem i jak wzorowy pacjent zawsze mówiłem, że z oddziału idę. 
No nic, chciał nie chciał, przyjąłem tą siódmą B. na muskulaturę. Wyśpiewałem sobie różne pokrzepiające mantry typu, nie ma że bolito nic że żal dupę ściska i takie tam inne harcerskie przyśpiewki. Wyskoczyłem na ostatnią szlugę z paczki, co to miała być na wyjście tryumfalnie wysmoczona. Siusiu i dałem się do bómby podłączyć.
A dalej to już tak szybko poleciało. Wypis, karty, zwolnienie. Przebierka. I pognałem dalej. I kurza twarz, takiego pędu dostałem, że ni ptaka zatrzymać się nie mogę. A to cholerne szmuliwo, dodatnio-ujemnie mózg mi gotuje. Zasnąć nie mogę. Choć po południu, już prawie odpływałem w krainę snu. To niestety gdzieś się tylko na granicy zawiesiłem. A po kilku dosłownie minutach, oczy blyk i już było po zabiegu. Oj mocno mi to patologiczną przeszłością wonieje. Oj wonieje…
Jednak żeby te wonienia chociaż z lekka wyczmuchać. Ha… Nauczyłem się nowego gwarowego słowa o które spytał na facebuku pewien Profesor… I tu ukłon Panie Profesorze, bardzo się cieszę, że miałem szansę na wykłady do Pana kilka razy przyjść…W każdym razie, żeby przewietrzyć, to trzeba techniczną przerwę zrobić. A że mi się temat rozwija. Konspekt punktowy w głowie umocowany. To tylko jeszcze, żeby nie zapomnieć zapiszę. I może się ze trzy godziny senne złapać uda.
A w dalszej części ma być:
– Dzień dzisiejszy, czyli 11 września.
– Szalony a dokładnie popierdolony Kamikadze.
– Patologiczne wonienia.
– Ogólne marudzenia, narzekania, postękiwania i takie tam sru… tu… tu… tu… kłębek drutu.
Ojej… Plan taki, że jak zawiechę złapię, to do świąt się z nim nie wyrobię…
Udało się. Ze cztery godziny snu złapałem. I od 6:30 na kopytkach już stoję. Kawa na blacie, to i mogę parę słów wklepać.
No to może zgodnie z konspektem, od 11 września zacznę. Jak plan, to plan. Ostatecznie jest jeszcze gumka.
11 września 2001 roku, robiliśmy na Białce. Każdy coś tam swoje dłubał. Jakieś gipsy, gładzie, glazury, malowania… A radio-bajaderka jakieś tam dźwięki wydawała. Coś tam czasem mamrotali, o wieżowcu co się w Nowym Jorku zawalił, ale nikt zupełnie na to uwagi nie zwracał. Zwykły budowlany dzień. Każdy zajęty swoją robotą i myślami.
Na fajrant, Janek który nas rozwoził, wspomniał, że dwa wieżowce się zawaliły. A ja na to:
– Tylko dwa? E… to im jeszcze trochę zostało.
Miałem już fajrant i głodny, tylko o obiedzie dumałem. Dopiero w chałupce z telewizorni się dowiedziałem.
Z serii czarnego humoru.
Kto jest największym arcymistrzem szachowym w historii?
– Osama Bin-Laden, bo za jednym zamachem dwie wieże strącił.
Miejsce akcji Warszawa, centrum. Siedzi dwóch Gości na ławeczce wyluzowanych. I nagle widzą jak w Pałac Kultury trafia szybowiec. 
– Ty patrz… Jaki kraj, taki terroryzm.
No ale tak to już może niech zostanie.
Wrzesień odfajkowany. Kawa prawie wypita. Czas na śniadanie. A że temat mi się coś tak bardzo fajnie rozwija… To oczywiście muszę trzymać patologiczne standardy i z całego towaresu nie wypsztykać się od razu. Coś na później musi zostać. I dlatego poleci w częściach. Może poczytność wzrośnie i dostanę jakiegoś literackiego jobla. I moja skromna renta zostanie wsparta dodatkową kasiutą. 
DOBREgo
C.d.n. 

Czy jeszcze jestemPatologią???

Oj dawno już tu nie zaglądałem. Dawno. Taki rok… 2018. No dobra, przyznam się. Złapałem bardzo dużego niechcieja do tego mojego bazgrolenia. Złapałem i już, a teraz to ciężko tak zacząć od nowa.
Ciężko pracowałem w tym miesiącu. Oj tak ciężko, że już od 8 sierpnia mam wolne. Trochę urlop, trochę odpowiednio ułożony robotniczy grafik i pa bam… Do końca miesiąca wakacje. A jak się nie zadzieje żaden psikus losowy… tfu,tfu przez lewe ramię…, to do pracy wrócę w połowie września. Tak, w tym roku wybieram urlop jak się da, a jak się nie da, to też wybieram. Zespryciłem się po doświadczeniach z ubiegłego roku, gdy wygonili mnie na urlop w listopadzie. Zimno, mokro, ponuro, kasiuty brak.
O nie, w tym roku wakacje pełną gębą. Pod koniec czerwca włóczyłem się z Syniem po Podlasiu, Warmii i Mazurach. Bez jakiegoś wyraźnego planu, ot tak przed siebie, to tu, to tam. Spanie w samochodzie, pierogi z Biedronki, moczenie dupek w bajorach…

Oj chochlik fotograficzny, jakaś tajemna Plaga mi w fotkach zamieszała. No oczywiście w jeziorach (patrz niżej).

Lasy, pola, jeziora, bunkry, zamki, rycerze… Miałem nawet taki plan, by prowadzić dziennik włóczęgi, lecz w Michałowie dałem Syniowi lapka, by Świat według Ludwiczka pooglądał. No i prądy się w rezerwowym akumulatorze skończyły. Może to i dobrze. 
Teraz Pokemunik dupkę w Bałtyku moczy. Jak co roku, pojechał z Babcią. A ja mam autko pod korek zatankowane, no i kilka złotówek z wypłaty jeszcze się w portfelu błąka. Nie, nie boję się samotnej włóczęgi. Przerabiałem ten temat kilka razy w życiorysie. Po prostu z Syniem weselej. No ale jeszcze pod koniec sierpnia, do Wielkopolski na kilka dni podbijemy. 25 sierpnia to oficjalnie, pod krawatem. A później luzik i przed siebie.
No dobra, kołuję i knuję, bzdety piszę, a tu tytuł nietknięty czeka. Niestety zaczyna się nudna część, dlatego Minister Zdrowia zaleca zmianę kanału TV.
Błysk na bloga, a właściwie jego nazwę, powstał pod wpływem zawirowań społeczno-politycznych towarzyszących 500+. A szczególnie negatywnych komentarzy padających na forach internetowych. Wydumałem sobie, że to będzie taka trochę szydera. No po prostu średni luzik
A teraz to mam mocnego myślowego dylemata, czy dalej jestemPatologią jest aktualne. No bo nie dość, że pracuję. Co prawda za najniższą krajową, ale pracuję. To jeszcze bardzo ważna instytucja ZUS, w swej niezgłębionej mądrości, przyznał mi rentę z tytułu częściowej niezdolności do pracy w lipcu. Aż na cały rok… No to moje dochody tak gwałtownie i zawrotnie do góry poszybowały, że wypadłem z kryterium dochodowego 500+. I zapewne niedługo przyjdzie decyzja, że dla młodszego Synia, który od grudnia ubiegłego roku jest dzieckiem pierwszym, 500+ nie przysługuje. No cóż bywa i tak. Wcześniej sobie radziłem, lepiej czy gorzej, ale radziłem. To i teraz poradzę. 
Nazwa fajna, ale zagwostka jest. No bo, co prawda mam w życiorysie okresy patologiczne. Palenie papierosów w małoletnich latach. Zabawy w berka na budowie kościoła i plebani (O to dopiero patologia, za to mi pewnie klepną co najmniej 100 lat czyśca za każdy rok tej zabawy. Na szczęście było tylko 4 lata tej gonitwy.) Odloty alkoholowo-narkotykowe. A przecież to wszystko przy patologii 500+ wydaje się takie małe. Już miałem nawet plan, żeby koszulkę sobie sieknąć z hasłem: jestemPatologią, biorę 500+. Ech i kolejny sprytny plan poszedł się pierd…, no gwizdać się poszedł. Jejku, teraz to mi już nawet poklnąć nie będzie wypadało. 
W ostatnich tygodniach zauważyłem coraz więcej opinii, że jestem również Warchołem, nieczułym na dobro Polski, bo braniem 500+ doprowadzam kraj do ruiny. A Rogaty tak mi fajnie klepał za uszami:
– Jesteś normalnie AS.
Cóż, trzeba chyba iść na spacer. Może jakiego dużego głaza spotkam.

To chociaż może go kopnę…

A na drodze siedział rudy Wiewiór… A może Wiewióra???

W niedzielę o 7 rano wracałem z pracy do chałupki. Jej, co to za przyjemność w taką nie handlową niedzielę jechać przez miasto. Samochodów prawie na ulicach nie było. Nikt się nie śpieszył i nie było też czuć tej nerwówy dnia codziennego.
I taki wyluzowany, wjechałem w ulicę Floriańską, skąd do chałupki mam pewnie tak z 8 solidnych rzutów kamieniem… I zatrzymałem autko w miejscu, tak z pięć metrów od rudego wiewióra. A może wiewióry?
Siedziała ta Plaga wyluzowana na środku uliczki. Popatrzyła na mnie lekceważąco. Na mnie lub moje autko, bo mam najbrzydszy podobno samochód świata. A złośliwcy to nawet taki dowcip wymyślili, że garaże są na noc zamykane dlatego, żeby nikt Multipli nie podrzucił. A przecież to Autko jest po prostu tak brzydkie, że aż piękne. No więc, spojrzało to rude coś lekceważąco, dupalem się odwróciło i gryzie coś na środku ulicy. A ja grzecznie czekałem, bo lepiej miejscowej fauny nie prowokować. Oglądałem przecież z Syniem Pingwiny z Madagaskaru, a tam zwierzaki różne bandziorskie numery odstawiały. To ostrożny się zrobiłem, a i po co mam inną drogą do domu wracać.
W końcu zlitowało się to rude. I z łapkami w kieszeniach, pogwizdując (chyba), wlazło na drzewo. Uff… Mogłem wrócić do domu.
W poniedziałek podbiłem do dziekanatu. No bo oczywiście w nadzwyczajnie ważnej instytucji, mieli zastrzeżenia do uczelnianego zaświadczenia. Pani w dziekanacie pokombinowała i napisała takie zaświadczenie, że się już chyba nie będą mieli czego czepić. Chyba?
Pod ważnym urzędem trafiłem na wolną niebieską kopertę, więc szczęśliwy, pognałem dostojnym krokiem do automatu. Wypadł mi numer 121. A na dole dopisek: Liczba oczekujących osób: 37. I koparka mi opadła aż na wysokość pępka.
No nic, trudno. Siadłem grzecznie na krzesełku i czekam. Co prawda powieki zaczeły mi opadać i z lekka odpływałem. Jakoś tak od kilku tygodni, mniej więcej o tej porze łamie mnie na godzinę, dwie drzemki. Aż w końcu głos z głośnika wywołał mój numerek. Podchodzę do wyznaczonego stanowiska, a tam siedzi Pani u której pod koniec kwietnia składałem dokumentację.
– O dzień dobry. Znowu trafiłem do Pani. Fajnie.
Babka wysłuchała jakiego to ja mam do załatwienia interesa i chwyciła za słuchawkę.
– Małgosiu, mam tu bardzo miłego Pana (ha, wiedziałem, że wąsy dają mi urok partyzanta z Rzacholeckiego Lasu)… 
– Studiował Pan na Uniwersytecie Warszawskim?
– Nie, na UMCS-ie.
… I w tym momencie dostałem słuchawkę w łapę. I dalej my sobie pogadali, jak miły petent z urzędnikiem. Okazało się, że jest nas dwóch o tym samym nazwisku, tylko imiona i uczelnie inne. W każdym razie dowiedziałem się, że moje papiery są już w orzecznictwie.

Selfik pod ważną istytucją. Sieknięty pod koniec kwietnia.

We wtorek dostałem list, że mam wyznaczone spotkanie z orzecznikiem na 28 maja.
Dziś oczywiście jestem w pracy. Wszyscy już sobie poszli, cisza spokój, więc sobie piszę. Rano zejdę ze zmiany i mam całe 13 dni wolnego.

 I jeszcze jedno:
I tu mi się przypomniało, że w warsztatach Gastronomika, też były takie różne hasła BHP poprzyklejane na ścianach. Jedno było szczególnie wymowne:
– Po wyjściu z toalety, umyj ręce.
Marek dopisał czarnym markerem i nogi.
I to tyle na dziś. DOBREGO. 

Tytułu brak…

Jak w tytule, tytułu brak. A później, jeżeli coś wymyślę, to gumka w łapkę i się dopisze.
Już od jakiegoś czasu ciężko mi się pisze. A właściwie to nie pisze. Tak to bywa i już. Nawet jeden szkolnikowy Kumpel, co to w latach młodości był niezłym Wywrotowcem, a  obecnie jest poważny, że ho ho… Powiedział mi, że smęty piszę.  Coś w tym jednak jest…
Jest sobota, jestem w pracy do rana jutro. Cisza, spokojnie (na razie,  tfu… tfu… bo przecież może być jak w mądrości ludowej: spokojnie jak na wojnie, a tu nagle jak pierdolnie). Śniadanie zjedzone, miasteniczny dopalacz łyknięty (To dziwne jak życiorys potrafi psikusy płatać. Kiedyś wciągałem dragi, bo nie umiałem lub nie chciałem realnie żyć. A dziś leki łykam, żeby móc pożyć). I zaraz drugą kawę zdziałam. I dumam co by tu napisać. No bo małymi kroczkami mam zamiar wrócić do blogowania.
Dziś muzycznie lub muzykalnie. A na tapetę idzie Dezerter.
W 89′ z jakiegoś wyjazdu, starszy Brat przywiózł płytę z nazwą Dezerter. Na okładce czerwony sztandar z trzema głowami. Jak tylko mogłem, tzn. gdy Brat wychodził z chałupki, to wrzucałem płytkę na adapter i słuchałem. Gdyby mnie dorwał wtedy na ruszaniu jego płyty, była by ostra draka. A później z kumplem Pietką, który również słuchał tą płytkę, czasem śpiewaliśmy sobie na papierosowej szkolnej przerwie.
Od wydania tej płyty mineło już prawie 30 lat. W tym czasie moje muzyczne zainteresowania też podążały w różnych kierunkach, zaczepiając o inne style i gatunki. To jednak ta płyta znajduje się na mojej prywatnej liście dzieł muzycznych, do których chętnie, co jakiś czas wracam.  
No dobra, a teraz coś czego za małolata nie rozumiałem. A dopiero poprzez doświadczenia życiorysowe załapałem.

Drugą dezerterową płytą, do której często wracam, jest wydana w 92′ Blasfemia. Gdy tylko pojawiła się w sklepach, to od razu kupiłem wydanie na kasecie. I gdy muzyka popłynęła z głośników, to wyrwało mnie z tenisówków. A nawet teraz, po latach, gdy ją słucham, to ciary jadą mi po grzbiecie.
Teraz atakowany z każdej strony, przez różne media rządowe i opozycyjne (A w pracy, w zwykły pracujący dzień, skazany jestem na brzęczącą nad głową betoniarkę, w której obowiązkowo ma być włączone TVP Info. Dlatego po powrocie do chałupki, dla zachowania równowagi, przeglądam Gazetę Wyborczą.), często wracam do tego utworu.

Cholerni jasnowidze… A może czarnowidze???
Tak się teraz zastanawiam, co jest takiego w tej płycie, że od tylu lat jest jedną z moich najulubieńszych. Może to, że chociaż dosyć ciężka, jest melodyjna. I to, że teksty też się tak jakoś wplatają w mój życiorys. No bo przecież jeden z jego rozdziałów był taki:

A w momentach, gdy życie zaczynało mi ciążyć to:

W 93 roku, chyba w kwietniu, byłem razem z serdecznym Przyjacielem Marcinem na koncercie Dezertera. Grali w Domu Socjalnym Biawena. Ludziów przyszło mało, może dlatego, że kilka dni później miał grać Kult w amfiteatrze. Pomimo tego, chłopaki fajnie zagrali.
W tym też roku, moja dalsza droga z Dezerterem rozeszła się. Ja uderzyłem w kierunku bluesa. A i  zespół po odejściu basisty  Pawła Piotrowskiego, zmienił się muzycznie.
Uff… Mocno wymęczony, ale jest. No i od czegoś trzeba powrót zacząć. No i zarobiłem na drugie śniadanie. Minęła też jakaś część pracowniczej doby. Wieczorem zjem obiad, a rano kolację. I cztery dni wolnego. Znów na 24 godziny pracownicze. I 13 dni wolnego… Czyli, jak mówił na budowie MajsterAmeryka, tylko bez dolarów…
I w końcu nie wymyśliłem tytułu, więc już zostanie tak jak jest.
 

I już kwiecień…

No i nareszcie wiosna całą gębą, a nawet paszczą. Na ścianie chałupy którą obecnie pilnuję, wyświetlacz termometrowy pokazuje 25 stopni. I dobrze, niech się wiośni. Zresztą zapas opałowy przewidziany na porę palenia w piecach 2017/2018 mi się kończy.
Chociaż z drugiej strony, moja kochana Miastenia, nie lubi gdy jest ciepło. Plaga zaczyna mi w ostatnich dniach coraz bardziej dokuczać. Słabiutki się zrobiłem, że ho ho… Głos też siadł, więc na razie występy jakieś wokalne na festiwalu w Opolu, czy innym Sopocie, muszę sobie odpuścić. I trochę jakby powietrza brakowało.  No, ale to, to już na jeszcze chwilowy brak liści na drzewach zwalam.
Dziś niedziela, pracownicza niedziela. Siedzę i patrzę w monitorki. Na obserwacyjnym pilnuję, żeby jakiś Łapciuch z wiaderkiem fazy nie nabrał. Prądy drogie, to i kilka wiaderek w komórce może się przydać.
Na obiad dziś miałem, pracowniczy garnuch fasolki, podgrzany w mikrofali. Mój garnuszek wygląda tak: 
 
Nie jest to Ameryka, ale zawsze to jednak na ciepło.  I trochę kichy wypełniło.
Dziś, podczas telefonicznej pogaduchy, przypomniał mi się sprytny plan z przed kilku lat. Miałem kiedyś błyska, żeby w ogródku pole golfowe zrobić. Czapkę w kratkę miałem, worek piłeczek golfowych też. I nawet drewnianego kija udało mi się, po taniości kupić. Zdążyłem słoik, co miał robić za dołek, w trawie zakopać… No i w tym momencie życiorys jakoś tak dziwnie mi zawirował, że dałem wsteczny.
Hm, ale może by tak do tego planu wrócić? W pewnym szmatlandzie, widziałem niedawno w stercie różnych graciorów, kije do golfa. Takie ekstrawaganckie, metalowe, o różnych kształtach i  numerkach. Chyba po wypłacie podbiję tam i jak jeszcze będą, to ze dwa kupię. No bo przecież, jak mądrość ludowa głosi: Dobry kijaszek w gospodarstwie, nie tylko do rozrywki może się przydać. Ale również, na szeroko rozumianym polu edukacyjnym, pedagogicznym, czy obronnym.
I tu mnie błysły w jełopce wspomnienia z przeszłości. W ośrodku w którym kiedyś zimowałem, kucharzyła taka Babka z metra cięta. No dobra, przegiełem, ale więcej niż 160 centymetrów wzrostu to nie miała. Ciotka na Nią wołałem. W chałupce na Ciotkę czekało 10-ro (uwaga słownie: dziesięcioro) dzieciaków i jeden mąż. Kiedyś na kuchni, przy herbaciurze pytam Ją:
– Ciotka, a jak Ty sobie z taką bandą radzisz?
– A widzisz Syniu (no bo Ona na mnie Synio wołała), mam pod piecem skrzyneczkę. W skrzyneczce zawsze są drewienka. Jak mnie wkurwią, to ja za drewienko. I wszystkie spierdalają.
– A Stary?
– A Stary to pierwszy ucieka.
Stary, czyli mąż Ciotki, to było chłopisko z tych takich dużych. Ze dwa metry wzrostu i w barach szeroki. Ciotka opowiadała, że w kawalerskich czasach sam jeden wiejską zabawę rozganiał.
Coraz bardziej mi się ten golfowy pomysł podoba. Będę musiał Pokemuny zwerbować. I wspólnymi siłami, czyli oni tyrają, a ja nadzór techniczny, tej wiosny go zrealizujemy. Mam już nawet regulamin:
1. Stary przeważnie wygrywa.
2. Gdy Stary będzie za często przegrywał, patrz punkt pierwszy.
A w celu przestrzegania tego prostego regulaminu, walor edukacyjno-pedagogiczny golfowego kijaszka jest niezaprzeczalny.

Na zesłaniu… Mina jak SZPAK…

Wczoraj rano wróciłem do chałupki z nocki. Bryk na kojo by łapnąć trochę zasłużonego snu. Tylko przysnąłem, a tu o 9 rano telefon bzzz… bzzz… I z głośniczka popłyneło:

Taki sobie dzwonek ustawiłem. Całkiem bystro mnie na nogi podrywa.
– Tak, słucham…
Oczywiście, wychrypiałem to ciężkim, zmęczonym, miastenicznym głosem.
– Dzień dobry Panie Danielu… 
Takim radosnym tonem walneło mi w ucho z głośniczka.
– Dzień dobry… 
I chociaż grzecznie odpowiedziałem, to i tak wiem, że barwa mego głosu była taka że ho ho. Co najmniej  tak lodowata jak temperatury w ostatnich dniach.
– Ooo… Pan po nocy…
I czuję jak Zocha, co po moim byłym Szefie obiekty przejęła głupa pali.
– Tak po nocy.
I tu lód mojego głosu przekroczył już co najmniej minus 20.
– No bo ma Pan mało godzin wypracowanych. No i żeby to trochę nadgonić, to jutro weźmie Pan służbę na takiej budowie. Od 17 do 7 rano.
– No dobrze. Gdzie to ma być?
– No ja jeszcze sama nie wiem. Wyślę później adres smsem.
No to powrót na kojo. Niestety wybiłem się z błogiej krainy snów. Na dodatek Pokemunik przed lekcjami bajkę na TV oglądał. Zasnąłem dopiero jak do szkoły poszedł, a było już około 11.  O drugiej pobudka, no bo na tą budzenie sam już ustawiłem. Za telefonik i dzwonię do Zochy:
– No dobra, trochę się przespałem. Teraz możemy rozmawiać.
– Przepraszam, że Pana obudziłam rano. Dopiero jak zadzwoniłam, to zobaczyłam w grafiku, że miał Pan noc.
Dalej świruje, ale przynajmniej tym razem przeprosiła.
– Co to za obiekt? Jakie warunki? Jak mam się przygotować?
– Nie wiem. Sama czekam na telefon. Spotkajmy się jutro o 16:20 pod Areną, dalej Pana zawieziemy.
Wieczorem sms: Panie Danielu jutro umawiamy się na godz 14.20, musimy być wcześniej. 
Pełen czarnego widzenia, spakowałem się dziś do roboty. Portki bojówki wersja zimówka, ocieplane. Do torby wrzuciłem dodatkową bluzę. Kawa, herbata, więcej kanapek. Czekolady trzy, no bo coś z życia trzeba mieć. Lapek. I tylko szklankę zapomniałem. Dobrze że cukier w słoiku noszę, to mam awaryjnie z czego pić.
No i ma się te czucie. Na miejscu kontener przy torach. Wody nie ma. Toy Toy gdzieś tam, daleko. Co jakiś czas buda skacze, bo pociąg pomyka. A na wejściu jeszcze kierownik budowy powiedział:
– W tym momencie prądów nie ma, generator nie działa.
Nie ma prądu. Nie ma gorącej herbaciury i kawuchy. Na zewnątrz pizga mrozem, a grzania w budzie też nie ma, bo grzejnik elektryczny. Załamka normalnie. Na szczęście kierownik, normalny Gościu, zamówił wymianę generatorka. Przywieźli, podłączyli i powoli się w budzie ociepla. No i kawę wypiłem. Pierwszą kolację gorącą herbatą popiłem. No i nawet pamiątkowego selfika, przed zachodem słońca sieknełem.
No i tego mam pilnować. Tej machiny za plecami, budy i generatora. A w budzie, to znaczy w kontenerze jak to na budowie. Trolownia. Kombinezony, gumiaki, kaski i błoto na podłodze. Na szczęście to tylko jednorazowy numer. W sobotę staję na nowym obiekcie. A tam nie ma takiej opcji, żeby prądów zabrakło. No bo w końcu prądy będę pilnował.
I taki drobny suplement do wpisu ostatniego. Już jest spoksik.

Tak na smutno…

Tak na smutno… taki sobie roboczy tytuł wpisałem. Zawsze zaczynam pisać od tytułu, to mi jakoś tak ułatwia dalsze klepanie literek. Ostatecznie na koniec mogę przecież zmienić.

Dziś nocka pracownicza. I ten utwór zespołu Kino bardzo mi pasuje do nastroju. Termometr w telefonie mówi mi o dwucyfrowej minusowej temperaturze na zewnątrz. Na razie jest tylko 12 stopni. Już koniec lutego, a dopiero teraz takie kilka prawdziwie mroźnych, zimowych dni. No ale jak zimno, to zawsze mogę wrzucić sobie piosenkę o ognisku.

Rano pożegnam się z Kumplem z naprzeciwka, tym od Dzień Dobry. To już ostatnia moja zmiana na Okulistyce. Przynajmniej na razie. I choć co do nowego obiektu, przyszłość jest niejasna i mętna, niczym w szklanej kuli. To w grafiku marcowym, tu już mnie nie ma. Może to i dobrze. Zmęczony jestem tym miejscem.
Są takie momenty, gdy skręcony przez Miastenię, nie mam sił, energii i wszystko staje się takie beee… I wtedy tak łatwo do mej jełopki zakrada się patologiczny szaleństwa duch. I szepcze słodko łajdak:
– Ej Gościu. Nie masz sił? Sieknij kreskę… 
To już ponad 10 lat jak nie tykam amfetaminy. Dupsko uratował mi wtedy Synio. Choć malutki i nie wiedział co się dzieje, to wyczuwał, że coś jest nie tak. Patrzył na mnie, tatę-zombi… No patrzył tak, że coś we mnie pękło. Dotrwałem do rana. Kilka następnych dni też przeżyłem bez białego szmuliwa. I tak aż do dziś jestem grzeczny. I tylko w gorszych momentach odzywa się w głowie głos. Mówię sobie jednak:
– Łże bandzior, choć ładnie gada.
Paradoksalnie, choroba sprawiła, że mam więcej czasu. Nie muszę się śpieszyć i nigdzie biec. Zresztą jak tu biec, gdy z chodzeniem często są problemy. Mam też już kilka lat doświadczeń i zauważyłem, że jak się śpieszę i zaczynam pędzić, to zaraz zapala się czerwona kontrolka i system wysyła komunikat:
-Uwaga!!! Brak energii. Uwaga!!! Brak energii.

…Siedzę na ławce, patrzę na słońce
Chyba już dzisiaj nigdzie nie zdążę
Chyba już nigdy nie będzie lepiej
Nie będzie dobrze, więc się nie spieszę…

Często zmuszony jestem przymusowo leżakować. I pozytywem, w tym negatywie jest to, że mogę wykorzystać ten czas na czytanie. Oj nadrabiam te wszystkie lata, gdy nie miałem czasu… Gdy pędziłem…
I właściwie to tyle. Już po północy i w kalendarzu już poniedziałek. Do rana bliżej, niż dalej. Słowa też jakoś już mi ciężko do głowy przychodzą. Ostatnie tygodnie w mym życiorysie nie należały do lekkich, więc tytuł smutny zostanie. I… dość. Wyjdę, popatrzę na zmarznięty świat. No bo między innymi za to mi płacą. Kawę wyżłopię, czekoladą zagryzę. I aby do rana.
No i z Kumplem dzień dobry sobie powiemy…
 

Taki zwykły dzień – niedziela.

Miało być o czym innym. Już od kilku dni sobie w jełopce układałem. A wyszło oczywiście jak zwykle. Pewnie tak już musi być. No to jadę z tym koksem…
I znów mnie z rana przywitał Kolega z naprzeciwka. I zadowolony, w ten lekko mroźny niedzielny poranek, przez ulicę zawołał:
– Dzień Dobry. Jak się masz z rana.

– A dziękuję, może być… Ale, ale… Niedługo będziemy się musieli pożegnać.
– A co się zadziało?
– Przenieść mnie mają na inny obiekt. Prądy będę ochraniał, żeby je żadne Gnomy w wiaderkach nie wynosiły.
Nareszcie zmiana mnie czeka. Robiłem już w tej firmie na nieczynnej stacji benzynowej. Ponad rok jestem już tu, na Okulistyce. W międzyczasie była też trochę Dermatologia i Prokuratura. Już wiec pora na zmianę miejsca pracy. Niech się coś nowego zadzieje. Zresztą, zawsze się męczyłem, gdy za długo robiłem na jednej budowie.
Właśnie dyżur skończył Doktor Aladyn. Pod względem kultury osobistej – level mistrzowski. Po moich rocznych obserwacjach, bardzo wielu lekarzy bym wysłał na nauki kultury do Niego. Czasem gdy mam spięcia na parkingu z dziwnymi ludzikami, pada obrażone:
– Ale ja jestem lekarzem…
A mi się aż ciśnie na jęzor by przywalić:
– Po zachowaniu, od razu widać.
Wiem, czepiam się. W końcu muszę trochę słowami ten wpis wypełnić. Nie wszyscy są tacy. Jest też wielu takich jak Doktor Aladyn czy Doktor od dzieciów, do której od lat Synia prowadzam.
Dobra, wystarczy tego marudzenia. Czas na obchód terenu iść. Na wypłatę zarobić. No i dla zdrowotności, powietrzem świeżym dychnąć. A i od zbyt długiego siedzenia na krecidupcu, odciski na dupce mogą się zrobić.
Na zewnątrz dziś tak całkiem fajnie. Lekki mróz sprawia, że jest rzeźko. W sam raz, by dostojnym, obserwacyjnym krokiem, przez 10 minut po obiekcie spacerować. I fruuu do ciepłej kanciapy. A niedługo godzina śniadaniowa wybije. Co prawda, małe co nie co w chałupce zjadłem. To jednak tak bardziej, żeby leków na pusty żołądek nie łykać.
To dziwne. Lewa łapa mnie swędzi. Mówią, że to na kasiutę. No ale wypłatę w piątek miałem i raczej mi z konta ubywa, niż przybywa. Hm, podejrzana sprawa.
Znów zarosłem… No dosłownie to sumując, w sumie to wyglądam jak sumiasty Sum. No image zmieniam i wąsisków nie golę. Z czupiradłem jednak to do fryzjerów już muszę się wybrać. 
Ciężki był ten tydzień. To już moja od poniedziałku, piąta służba. I niestety coraz bardziej zaczynam to odczuwać. Kochana Miastenia zaczyna o sobie przypominać:
– Pamiętaj Gościu o Mnie…  
Młodszy Pokemunik, przez tydzień urzędował u Babci na gościnnych występach, a Starszy Pokemun zamiast mnie w piecach palił. Także nie było tak całkiem źle. Jutro jeszcze tylko nocka i może parę wolnych dni będzie. Przyda się, bo muszę się trochę ogarnąć. Szkolnikom ferie się już też kończą.
Dla tego między innymi, ta robótka w prądach mi podpasowała. Tam mam robić w systemie 24 godzinnym. A to oznacza 7 służb w miesiącu, reszta wolne. Normalnie Ameryka, tylko bez dolarów. Teraz gdy wracam z nocki, to mam dzień w plecy. Łażę po chałupie jak zombi. I jeszcze trochę, a zacznę gadać jak w jednym ze starych horrorów:
– Mózgi… mózgi…
Mam też o jeden obciążnik mniej. Agnieszka zgodziła się zdjąć mi z pleców administrowanie jedną z grup fejsbukowych. Uff, dzięki Agniesiu, to już był dla mnie przez ostatnie miesiące cholerny garb.
Bim bam, bim bom. I śniadaniowa godzina wybiła. Jest co prawda 9:45 na zegarze. Na moim wewnętrznym jednak już 12:12. Bo podobnie jak Obelix, o 12:12 zawsze jestem głodny.