Wszystkie wpisy, których autorem jest pinderklak

Niedzielny Kogiel – Mogiel.

Spryciula ze mnie. Nie miałem pomysłu na tytuł, więc chwyciłem się wczorajszego. Oczywiście po drobnej korekcie. No bo w końcu kto mnie zabroni. Rano skończyłem pracę. Po powrocie do chałupki nagotowałem gar kluchów. To znaczy coś w rodzaju spaghetti, ale tak po mojemu. Pół godziny i miałem śniadanie dla dwóch. Dla Starszego Pokemuna i dla mnie. Młodszy z Dziadziami jeszcze nad Bałtykiem się wakacjuje. Zjadłem i spać. Robocza noc ciężka była. Wykładziny prali do 3 rano. Chyba… Bo gdy spojrzałem o tej godzinie, z poziomego punktu obserwacyjnego na monitory, to już spali na kanapach w holu.

Około południa pobudka. I takie zwykłe poranne czynności. Papieros, siusiu, chwila medytacji i skupienia. Przetarcie zaspanych oczu jednym mokrym palcem. Jednym, no bo w końcu niedziela. Na dodatek od dzisiaj jestem na urlopie. Chociaż tak naprawdę urlop to się zaczął 3 sierpnia o godzinie 14. Cała ta reszta to nadgodziny. Na węgiel będzie. Tak, tak… Nie jestem eko… Węglem palę. Wiadomo przecież, że Patologia. I wszystko w temacie.

Rozruchowa kawa poranna, a właściwie południowa. Obiad, oczywiście kluchy, po to przecież cały gar nagotowałem, żeby później w kuchni czasu nie tracić. Ze Starszym Syniem się chwilę podroczyłem. No co… ja też muszę coś z życia mieć. Młody już mnie z rana przyatakował, czy gdzieś wieczorem będę jechał samochodem. Jak nie to czy On może pojechać? Cwaniura, już przylukał, że pod korek zatankowałem. A ja z rana zakręcony jak baranie rogi. Tak wieczorem możesz. A gdy po południu chciał kluczyki, to oczywiście… Obiecałem, że wieczorem możesz. A u mnie słowo cenniejsze i tak dalej. Wyjdę jeszcze na kłamczucha albo innego polityka… Oczywiście, że się zgodziłem. Pozrzędzić jednak musiałem, takie tam Starego Nietoperza zagrywki.

Muszę stwierdzić, że niedziele bez handlu mają swoje dobre strony. Właśnie zjadłem czekoladę, która mi nie smakowała. Czekała na swoją kolej już kilka tygodni. A po rewizji różnych zakamarków i tajemnych skrytek, okazało się, że tylko ona została. Chciał, nie chciał, kawałek po kawałku, wygrałem tę nierówną walkę. I dzisiaj była już całkiem niezła.

Jestem w chałupie sam. Młodszy w czwartek dopiero wraca. Starszy auto wziął i znikł. To z głośników może głośno ryczeć. No niby taki dobry Tatuś ze mnie i dbam o słuch dzieci, nie niszcząc ich jeszcze całkiem młodych uszu, hukiem rockowym. Jednak gdy w łapy chwycę bass – gitarę, to szybko zapominam o bezstresowym wychowaniu. I szarpię struny, aż miło. No w końcu demokracja jest. A ja szczególnie lubię ją w wersji z odrobiną tyranii. Pokemuny, koty, pies to lud a ja to ten Tyranus. Ktoś musi być przecież na górze tej piramidy. Oczywiście, jak zwykle wypadło na mnie. No cóż, z pokorą dźwigam więc ten garb.

W momencie gdy tylko słońce zaszło za Kirkutem, to ostatni z domowników wywinął za okno bambosze. Paskuda, ta Tasmańska Diablica, w dzień się wyspała. Miauknęła dwa razy, że lud chleba żąda. Michę dostała i hyc przez okno na nocną po dzielnicy włóczęgę.

Zmiana płyty w kompie. Była „Greta Van Fleet” a teraz „Audioslave”. A właśnie, w związku z kompem. Korzystam ze sprzętu Pokemunika. I tak go nie ma, a zresztą od jakiegoś czasu ma zajawkę na książek czytanie. Co oczywiście popieram. Młody nawet co kilka dni do bibliotek zasuwa. Sprytnie zapisałem Go do dwóch, w innych dzielnicach miasta. Jeździ rowerykiem lub autobusem. Jako uczeń szkoły podstawowej, decyzją Rady Miasta, ma darmowe przejazdy. Czyta więc komp rdzewieje. A ja jak mam fazę, to w wolnej chwili siadam, by do mutantów i innej swołoczy postrzelać. W „Metro Exodus” postapokaliptyczną Rosję pociągiem przejechałem. W „Stalkerze” w ZONIE do mutantów strzelałem. A dzisiaj luknełem na bloga. I kopara mnie jebła o biurko. Do tej pory starego lapka używałem. A coraz częściej podejrzewam, że niestety on też ma Miastenię. Szybko się męczy. I zadyszki dostaje. Na nim blog wyglądał tak całkiem nawet. No nic mnie nie raziło, bo nie widziałem. A dzisiaj, gdy na duży monitor… To szczena o biurko. I edycja.

A na koniec, jeszcze o ręcznym pisaniu, co to wczoraj już trochę brzdąkałem. O tym co jak wykres EKG wychodzi… W pracy, gdy Książkę Służb wypełniałem, to ręka całkiem współpracy odmawiała. I choć staram się przeważnie pisać wyraźnie, to tego tematu nie mogłem w żaden sposób przeskoczyć. Ręka normalnie w PTAKA sobie leciała.

To już całkiem na koniec. DOBREJ NOCY. Wszystkiego DOBREGO.

P.S. O Plaga, to znaczy lud, do chałupy wróciła. I na podłodze w pozycji poziomej zaległa. Pewnie przy niedzieli, na dzielnicy spokój. Ptaki i myszy wekend odsypiają. W końcu jutro nowy dzień i tydzień. A ja mam urlop. Może z Młodym uda się jakąś letnią włóczęgę zaliczyć.

Kogiel – Mogiel ?

Piszę sobie po rocznej przerwie. I nic nie kiwam. Ostatni mój wpis był z dnia 30 grudnia 2018 roku. Ha… Czyli w ubiegłym roku. Zresztą lato też już się kończy. I znów po porze ciepłej, przyjdzie pora palenia w piecach. A jeszcze muszę piec wyremontować, a właściwie rozebrać i złożyć od nowa. Zrzędzę więc żyję.

Przez te parę miesięcy, w tym cudeńku, co w nim tak bazgrolę, zaszły jakieś dziwne zmiany. Nie bardzo mogę się połapać o co chodzi. W pracy jestem i nie bardzo mi się chce ten edytor rozgryzać. Zaraz zresztą będę walczył z czekoladą. Mam misję do wykonania. Kawałek po kawałku, wroga zlikwidować. Drugiego dzisiaj. Pierwszą tabliczkę załatwiłem po śniadaniu.

Wczoraj miałem komisję niepełnosprawności. Uznali, że przez następnych 5 lat będę umiarkowanie niepełnosprawny. I karta parkingowa mnie się należy. Tu muszę się przyznać, przez ostatnie dni brakowało mi jej. Kondycyjnie od czerwcowych upałów jest lipa. Kochana Miastenia (tzn. Plaga, ale głośno tego nie powiem, bo cholera usłyszy i się odegra.) daje mi nieźle w kość, a raczej w mięśnie. W lipcu miałem z Syniem pojeździć trochę po kraju. Zamiast tego przesiedziałem w chałupce, nie mając czasem nawet sił żeby obiad jakiś dla Pokemunów ugotować. I tak lipcowy urlop poszedł się pieprzyć. Na zwolnienie nie chciałem iść. W pracy mam umowę do końca sierpnia. Firmę co prawda, traktuję tak jak ona mnie. Jestem tylko zasobem ludzkim, więc mam na nią wyjebane. Zależy mi tylko na obiekcie, bo dobry jest.

O i nie wiadomo kiedy znikła czekolada. Hm, cukierków nie mam żadnych. W lodówce tylko dwa serki waniliowe i pół kilo szynki. W szafce słoik fasolki. A to dopiero 12 godzin minęło i jeszcze pół dniówki przede mną. Głód mnie normalnie grozi. Dobrze, że chociaż fajek mam zapas i do rana starczy. I kawy prawie całą puchę… No to nie jest jeszcze tak źle.

W budynku mi się kręcą. Z firmy sprzątającej wykładziny piorą. Coś mam czucie, że późno w nocy dopiero skończą. Na dodatek z Rudą, nową koordynatorką od sprzątania, miałem zgrzyta. Nie pierwszy już zresztą raz. Gdyby tylko ze mną, to rozumiem, coś ze mną nie tak. Jednak z resztą kolegów też ma jakieś konflikty. A my tu przynajmniej do końca lutego będziemy. A cytując z Poradnika Młodego Rolnika: Kto sieje wiatr, ten zbiera burze. Zaś Księga Piromana Amatora głosi: Kto mieczem wojuje, tego napalm z nieba dopadnie. I my też możemy życzliwie podejść, pomagając na ile to możliwie. Lub głupa palić i regulaminowo traktować. A przecież Minister Zdrowia ostrzega – wybór należy do Ciebie.

I to już chyba będzie koniec tych bazgrołów na dziś. Jak na pierwszy raz po tak długiej przerwie, to i tak starczy. Paluchy mi zresztą osłabły. We właściwe klawisze nie trafiam i kasować muszę. Chociaż i tak dobrze, że analogowo, długopisem nie piszę. Od kilku tygodni takie próby coś dziwnie wykres EKG przypominają. Zresztą, po czekoladzie zostało tylko wspomnienie, a przydało by się zjeść jakiś poobiadek. A że wyboru wielkiego nie mam, będzie więc fasolka. 1 sierpnia w pracy łapnełem takie podwójne widzenie, jakiego jeszcze nie miałem. No i czytać od tego momentu nie bardzo mogę. To do fasolki dorzucę chyba jeszcze wieczór filmowy. Starszy Pokemun kilka dni temu, o podwójne widzenie mnie wypytywał. I na koniec stwierdził: to fascynujące. Może i tak, ale mnie się w jełopce pierdzieliło. I ciężko samochodem do chałupki na fajrant wracało. Dobrze, że to 6 rano była i ruch na ulicach jeszcze nie wielki.


… To wszystko przecież dla mego „dobra”…

Właściwie to już w tym mijającym 2018 roku miałem nic nie pisać. Taki był sprytny plan. No ale plany są w końcu po to, żeby je zmieniać. A motywatorem okazał się post Koleżanki na fejsbuku, o nowych pomysłach Ministerstwa Edukacji Narodowej na uszczęśliwienie Szkolników i ich rodziców.
Z głośników sączy się stary, zwapniały rock. Ostatnio zresztą zauważyłem, że youtube coś mocno mnie inwigiluje. I jakoś tak mi podsuwa dyskretnie, trafiające w me gusta płytki. Jak na przykład to:

No dobra, wracam do tematu. Generalnie chodzi o to, żeby Szkolniki chodziły do szkoły również w soboty.

DRODZY RODZICE, NIE PLANUJCIE WEEKENDÓW WASZYM DZIECIOM, MEN ZROBI TO ZA WAS.Ministerstwo, na swoich stronach,…

Opublikowany przez Ogólnopolskie Porozumienie Rad Rodziców Środa, 26 grudnia 2018

I w tym momencie, przez jełopkę przemknęły mi różne błyski. Spróbuję więc je może jakoś w punktach, zgrabnie nabazgrać.
Punkt 1 – Złośliwe zadowolenie.
Jestem tak stary, że edukację podstawową zaliczyłem w latach 80-tych ubiegłego wieku. A na dodatek uczyłem się języka rosyjskiego. I oczywiście chodziłem do szkoły również w soboty. W telewizorni były tylko (a może aż) dwa programy. I żeby obejrzeć  taki hicior jak „Czterej Pancerni i Pies”, musiałem z kolegami urywać się z lekcji na świetlicę. Usłyszałem kiedyś, że moja szkoła była budowana dla 600 uczniów, a nas było ponad 2000. Po prostu lata wyżu demograficznego. A skąd ta złośliwość? No bo przecież, skoro ja miałem przegwizdane, to niech młodym też trochę wiatr w oczy zawieje.
 Punkt 2 – Ojcowska złość.
I w tym momencie popatrzyłem na korzystającego z świątecznego wolnego, mojego już prawie 12-to letniego, radosnego Pokemunika. I  rura mnie zmiękła. No nie… Miałby Synio w soboty do budy chodzić? Pomysł całkiem do bani.
Punkt 3 – Przemyślenia filozoficzno-historyczno-jakieś tam.
Na przestrzeni dziejów, różne filozofy knuły, jak tu człowieka uszczęśliwić. Choćby nawet tego szczęścia nie chciał. I tworzyli różne teorie i ideologie. Gdy zaś próbowano te mądrości wprowadzać w praktyce, to powstawały komunizmy i inne -izmy. A te doświadczenia i eksperymenty na społeczeństwach, kończyły się tak, jak kończyły. 
Punkt 4 – A może by zastosować takie rozwiązanie?
Podobno szkoły mogą być zmuszone do tego, żeby gnać w soboty Szkolników do ławek. Co jest jednak dosyć dziwne, bo jako społeczeństwo, niestety starzejemy się coraz bardziej. I żadne, nawet najbardziej optymistyczne prognozy, wyżu demograficznego nie zapowiadają. Skoro jednak mądre z ministerstwa tak twierdzą, to może tak być. Przecież podobno oni wiedzą co mówią… Może więc my rodzice, nie oburzajmy się i nie złośćmy. I zgódźmy się na to, ale pod jednym warunkiem, że w soboty będą się odbywały zajęcia nieobowiązkowe.
Oj, chyba mnie poniosło… Toż to całkiem utopijny pomysł. No bo tak mi się wydaje, że lekcje nieobowiązkowe, to religia i etyka. Etyka to fikcja, ale lekcje religii tylko w soboty? Ups… Chyba prawdę Kumpel o mnie mówił, że Wywrotowiec jestem.
No dobra, już prawie Sylwester. Więc Wszystkiego DOBREGO w Nowym Roku. A ten 2019 ze względu między innymi na wybory, zapowiada się bardzo ciekawie.

Jak bómba mózg zagotowała. cz.2

Jak plan, to plan… Zresztą i tak nie śpię. Po trzeciej się już kręciłem, leżakując. A teraz o 4:45 popijam kawę i skrobię na klawiaturze. A że nie walczę ze snem lub o sen, to mogę sobie tak działać. A skoro ciało stwierdziło, że w tym momencie wystarczy, to czas na działanie… Jakiekolwiek działanie.
Lubię dźwięki nocy, takie gdy pęd świata człowieczego na chwilę zamiera. Te wszystkie szumy, popiskiwania, odgłosy. Bez dominujących warkotów samochodów. Wsłuchuję się w to niesamowite bogactwo muzyki. I za to też lubię obecną pracę, bo daje mi takie możliwości. Mogę obserwować i poczuć jak zmienia się rytm dnia.
W stoczni wychodziłem na zewnętrzną burtę suchego doku.  Obowiązkowe siusiu, papieros. Oddzielony od huku wysoką burtą, patrzyłem i słuchałem nocnej portowej Gdyni choć przez kilka minut.
Ze szpitala wyszedłem w poniedziałek, a dziś już środa. Powoli zaczynam wracać do równowagi. Bómby zbyt dobrze mi przypominają amfetaminowe białe szaleństwo. Oj zbyt dobrze… Ten Solu Medrol to straszny zajzajer, wypalił mnie. Sponiewierał… Być może, gdybym wiedział co mnie czeka, nie zgodziłbym się. Ze strachu… I chociaż jeszcze nie wszystko przerobiłem i pewnie różne w najbliższych dniach numery bandziorskie mnie zaskoczą, to jednak cieszę się. I dumny z siebie jestem, że jednak nazbierałem narzędzi i doświadczeń których potrafię użyć, by nie odpłynąć w szaleństwo.
Dzwony kościelne dzwonią. Mietek 6 rano wybija. Głodny jestem… No to przerwa techniczna. Zresztą i tak w jełopce słówek brakuje. Przyjdą, dobrze. To się napisze. Nie przyjdą? Płakać nie będę…
No dobra. Zacząłem ten wpis 12 września, a dziś już jest sobota 22. Tak to już jest z tym moim skrobaniem. Zaczynam, przerywam, czasem któryś tam szkic dokończę. Bywa tak że brak mi czasu, często chęci i sił. A dziś robotniczy dzień. Mam tu być i do jutra rana nie opuszczać obiektu. Kawa na dzień dobry wyżłopana. Klucze dla dyżurnych pracowników na blacie wyłożone leżą. Jednym okiem na monitorki lukam co chwil kilka. I smaruję na lapku.
Podejrzałem  plan który sobie wcześniej ułożyłem i wychodzi mi na to, że teraz powinien być pojebany Kamikadze. No i w tym czasie sytuacja się z lekka zmieniła. Doszedł jeszcze jeden mądrołek do kolekcji. Może jednak od początku.
W poniedziałek, gdy wyszedłem ze szpitala, nie mogłem sobie miejsca znaleźć. Roznosiło mnie jak po fecie. W nocy wiedziałem, że nie zasnę. Byłem na to przygotowany. Amfetaminowa przeszłość wróciła. Leżeć nie mogłem, czytać też. Oglądanie filmów mnie nie interesowało. Ogólnie na niczym dłużej nie mogłem skupić uwagi. Gdybym miał jeszcze Stalkera, to do mutantów bym może postrzelał. A tak nic. Gitara na tylni fotel autka i wycieczka. Gdy tak sobie jechałem przez nocne, uśpione miasto, w pewnym momencie zorientowałem się, że prędkość podbija w okolice setki.
– Prrrr… Koniu szalony. Nie pędzimy, spokojnie jedziemy.
Hamulec i już przepisowo, tak jak w mądrej książce pisze.  Odwiedziłem nocny park. I przed północą pojechałem E30 w kierunku Międzyrzeca. Już teraz się kontrolowałem, nie przekraczałem 90 w niezabudowanym. No i to mi dupsko uratowało. Koło Wysokiego, kątem oka zobaczyłem jak do skrzyżowania dojeżdża nieoznakowany rowerzysta. Prawa noga sama mi wskoczyła na hamulec. A ten baran nawet nie zwalniając, przemknął przez drogę krajową, niczym bombowiec w ostatniej samobójczej misji. Brakowało dosłownie pici włos. Normalnie w takich warunkach bym jechał 110-120. I było by o jednego durnia mniej na świecie.
W czwartek 13 miałem dzień robotniczy. Mogłem co prawda pociągnąć dłużej zwolnienie, ale mi się nie chciało. I tak miałem długi urlop, bo ostatni raz byłem 7 sierpnia. Dzień się robi coraz krótszy, jadę więc teraz już w nocy. Jechałem sobie bardzo spokojnie po poniedziałkowych doświadczeniach DK 19. A i tak w połowie drogi pomiędzy Kockiem a Borkami, wariatuncio się trafił. O tej porze trochę już chłopaków-ciężarowców z towarem pomyka. I akurat taki jeden wielki z naprzeciwka jechał, dając mi po ślipiach nieźle światełkami. Typa na poboczu z mojej strony, zobaczyłem w ostatnim momencie, właściwie już go mijając. Stał prawie kopytkami na asfalcie i ręką sobie machał. Kurwa… A zatoczka przystankowa była góra 200 metrów dalej. Zimny pot mnie oblał i miałem nawet chęć zawrócić. No ryło mu obić…
Teraz to już zupełnie się nie śpieszę. Wyjeżdżam 15 minut wcześniej, dając sobie większy zapas czasu. No i dumam by inną drogą trochę pojeździć. Jutro sprawdzę.
No i napisało się. A teraz czas na śniadanie. Już na nie zarobiłem. 
DOBREgo. 

Jak BÓMBA mózg zagotowała.

Dziś już prawie… Oj, wróć… Oczywiście wczoraj… Gdy już cieszyłem się jak dziecko, mało nie zalewając posadzki łzami radości, że to koniec wczasów. I w tym przypływie uniesienia,  do pielęgniarek pobiegłem, żeby mi wenflon wyjeły, to się okazało, że… Normalnie za niewinność jeszcze jedna bómba mnie czeka. Cholera, a przecież taki grzeczny byłem. W kiblu nie paliłem i jak wzorowy pacjent zawsze mówiłem, że z oddziału idę. 
No nic, chciał nie chciał, przyjąłem tą siódmą B. na muskulaturę. Wyśpiewałem sobie różne pokrzepiające mantry typu, nie ma że bolito nic że żal dupę ściska i takie tam inne harcerskie przyśpiewki. Wyskoczyłem na ostatnią szlugę z paczki, co to miała być na wyjście tryumfalnie wysmoczona. Siusiu i dałem się do bómby podłączyć.
A dalej to już tak szybko poleciało. Wypis, karty, zwolnienie. Przebierka. I pognałem dalej. I kurza twarz, takiego pędu dostałem, że ni ptaka zatrzymać się nie mogę. A to cholerne szmuliwo, dodatnio-ujemnie mózg mi gotuje. Zasnąć nie mogę. Choć po południu, już prawie odpływałem w krainę snu. To niestety gdzieś się tylko na granicy zawiesiłem. A po kilku dosłownie minutach, oczy blyk i już było po zabiegu. Oj mocno mi to patologiczną przeszłością wonieje. Oj wonieje…
Jednak żeby te wonienia chociaż z lekka wyczmuchać. Ha… Nauczyłem się nowego gwarowego słowa o które spytał na facebuku pewien Profesor… I tu ukłon Panie Profesorze, bardzo się cieszę, że miałem szansę na wykłady do Pana kilka razy przyjść…W każdym razie, żeby przewietrzyć, to trzeba techniczną przerwę zrobić. A że mi się temat rozwija. Konspekt punktowy w głowie umocowany. To tylko jeszcze, żeby nie zapomnieć zapiszę. I może się ze trzy godziny senne złapać uda.
A w dalszej części ma być:
– Dzień dzisiejszy, czyli 11 września.
– Szalony a dokładnie popierdolony Kamikadze.
– Patologiczne wonienia.
– Ogólne marudzenia, narzekania, postękiwania i takie tam sru… tu… tu… tu… kłębek drutu.
Ojej… Plan taki, że jak zawiechę złapię, to do świąt się z nim nie wyrobię…
Udało się. Ze cztery godziny snu złapałem. I od 6:30 na kopytkach już stoję. Kawa na blacie, to i mogę parę słów wklepać.
No to może zgodnie z konspektem, od 11 września zacznę. Jak plan, to plan. Ostatecznie jest jeszcze gumka.
11 września 2001 roku, robiliśmy na Białce. Każdy coś tam swoje dłubał. Jakieś gipsy, gładzie, glazury, malowania… A radio-bajaderka jakieś tam dźwięki wydawała. Coś tam czasem mamrotali, o wieżowcu co się w Nowym Jorku zawalił, ale nikt zupełnie na to uwagi nie zwracał. Zwykły budowlany dzień. Każdy zajęty swoją robotą i myślami.
Na fajrant, Janek który nas rozwoził, wspomniał, że dwa wieżowce się zawaliły. A ja na to:
– Tylko dwa? E… to im jeszcze trochę zostało.
Miałem już fajrant i głodny, tylko o obiedzie dumałem. Dopiero w chałupce z telewizorni się dowiedziałem.
Z serii czarnego humoru.
Kto jest największym arcymistrzem szachowym w historii?
– Osama Bin-Laden, bo za jednym zamachem dwie wieże strącił.
Miejsce akcji Warszawa, centrum. Siedzi dwóch Gości na ławeczce wyluzowanych. I nagle widzą jak w Pałac Kultury trafia szybowiec. 
– Ty patrz… Jaki kraj, taki terroryzm.
No ale tak to już może niech zostanie.
Wrzesień odfajkowany. Kawa prawie wypita. Czas na śniadanie. A że temat mi się coś tak bardzo fajnie rozwija… To oczywiście muszę trzymać patologiczne standardy i z całego towaresu nie wypsztykać się od razu. Coś na później musi zostać. I dlatego poleci w częściach. Może poczytność wzrośnie i dostanę jakiegoś literackiego jobla. I moja skromna renta zostanie wsparta dodatkową kasiutą. 
DOBREgo
C.d.n. 

BÓMBA niedzielna…

Jest niedziela, godzina 9:45. A ja leżę na koju, ze smyczą przyczepioną do stojaka. BÓMBA wisi mi nad głową i kropla po kropli spływa do żyły. Mam stojak na kółkach, to już normalnie Ameryka, no bo cholernie szybko coś mnie na sikanie gania…
To już 6 BÓMBA, no to jutro według wszystkich znaków na niebie i ziemi tuptam do chałupki. I bardzo dobrze, bo chociaż nie jest tu tak źle, to zmęczyłem się już tymi wczasami. Czas znów w życie się zanurzyć. Tym bardziej, że trochę tematów mi się do ogarnięcia zebrało.
Pobyt w szpitalu sprowadza mi się do ciągłego czekania. Bómby sprawiły, że mam cholernie rozregulowany sen. Śpię 2,3 godziny i się budzę. Zasypiam na godzinę i oczy mi się otwierają. Na sen nie czekam, mam do tego luźny stosunek. A prochów nasennych nie łykam wcale. Zaparłem się, że w ten sposób nie będę się wspomagał. A tu w szpitalu muszę czekać do rana, żeby na fajurę wyskoczyć. W łazience nie jaram, wychodzę z budynku. I tak czekałem od 4 do 5 rano. Później to już czekanie na śniadanie.
micha to już dla mnie taki trochę rytuał. Zawsze miałem jakieś odpały i odloty, zresztą kumpel kiedyś powiedział:
– Przepaliłeś się zielskiem i tak Ci już zostało.
No po prostu mam takiego bzika, że mi żarło szpitalne smakuje. Oczywiście tylko wtedy gdy na szpitalnych wczasach jestem. Zjadam wszystko z apetytem, no bo też porcje takie, że nie ma co zostawiać. Po śniadaniu znów czekam. Na wizytację lekarską, no bo doktorów trochę obserwować trzeba, żeby jakiej miny nie podłożyli. Następnie czekam na BÓMBĘ, aż mi podepną . Później czekam kiedy się skończy, żeby spokojnie pójść na siusianie i fajurkę. I przystępuję do kolejnego okresu czekania, czekania na obiad.
A teraz przerwa techniczna. Piszę jedną  ręką, bo gdy lewą próbuję, to źle kroplówka spływa. No to się trochę zmęczyłem. Zresztą trochę mnie się śpieszy… Na siusianie się śpieszy. I by już ten etap czekania odfajkować i zacząć kolejny… Może ta niedziela w ten sposób szybciej minie…
No dobra, po tej długiej przerwie technicznej… Czas na uczciwą robotę, czyli słów skrobanie.
Już dawno po obiedzie. Trzy godziny temu był, to już w zasadzie o nim zapomniałem. A po obiedzie bułeczki z kawą. Mniam… A do kolacji została już tylko godzina, no może godzina i 15 minutów. To prawie że już.
Na oddziale wylądowałem około 18 we wtorek. Tak szybko jeszcze z SORu nie zaliczyłem. Pielęgniarka zaprowadziła mnie na pustą sale:
– Może Pan sobie wybrać łóżko.
Jak można, to można… Wybrałem oczywiście strategicznie pod oknem. To i wentylacja lepsza. I nikt mi nie łazi. Dopiero następnego dnia zczaiłem się, że wybrałem łóżko manualne. Koledzy to mają takie ekstrawagandzkie, z silniczkiem i na pilota. Później dokwaterowali Aleksandra, czyli Saszkę z Białorusi. W środę na środkowe łóżko trafił Mariusz. I tak sobie tu się wczasujemy. Mariusz jest prawie całkiem unieruchomiony, nie może mówić. Młody chłopak. Przejebane.
Saszkę przywalił udar. Trochę gadamy. Mój rosyjski mocno rdzewawy. Zawsze było mi łatwiej zrozumieć czy przeczytać niż mówić. Ale jakoś słowa sobie powoli przypominam.
I tak mija dzień za dniem. Na czekaniu… A teraz czekam głównie na wypis. I do chałupy. No choć na wczasach całkiem fajnie…To starczy tych wrażeń i atrakcji.
No i za minut niedługo kilka kolacja. A jełopkę mam jakąś dziś przymuloną. Słowa trudniej się jakoś układają. To może czas zakończyć tą nierówną walkę.
DOBREGo

 

Wpadła BÓMBA do…

Oj chyba dawno, albo jeszcze dawniej nic nie pisałem w kategorii Wypadło na Mnie. Nawet nie jestem pewien w tym momencie tak do końca, czy miałem w ten sposób sprzedawać jakieś miasteniczne kawałki. A że nie chce mi się tego teraz sprawdzać (Z lekka dygam, że zdań misterny szyk z jełopki mi uleci z wrześniowym wiatrem. Poleci do jakiejś Etiopii, a mnie zostanie tylko siedzieć i płakać), to stukam dalej w klawiaturę. Szczegół techniczny, później się skoryguje. I gumka babalumka w ruch…
We wtorek tuptałem sobie wyluzowany na krótkim dystansie. Serio krótkim, bo może kilometr, no może kilometr i pół. Jak to mówił Kumpel Czarek średni luzik. I tak sobie tuptałem, a z każdym metrem coś (jakiś OBCY?) mnie w nogi właziło. Tak jakbym biegł w wodzie zanurzony po szyję.
– O ho – podumałem sobie – coś chyba dzisiaj to ja już kariery nie zrobię.
No i tak się dowlokłem na przystanek. Wyprztykałem się z kasiuty na wakacyjne włóczęgi, w autkowym zbiorniku rezerwa się świeci, a wypłata dopiero 10. Więc chciał nie chciał, została komunikacja miejska. Autobus i do chałupki. A w chałupce czarnowidztwo coraz większe, wizyta na SOR  chyba nieunikniona. 
No nie powiem, mam już trochę doświadczenia. Zjadłem więc najpierw obiad, a dopiero później zacząłem się pakować. A ruchy to już miałem jak ta mucha w smole, ups… a może w miodzie. Na dodatek oddech coraz cięższy i na krtani jakby ktoś obręcz założył i zaciskał. Głos też siadał. No więc w torbę najważniejsze rzeczy: butelkę wody, dwie czekolady, portfel z resztą kasiuty co mi została, karty leczenia szpitalnego. I rzeczy drugiej kolejności: ręcznik, mydło, pasta, szczoteczka, miękkie tenisówki czyli kroksy, zmiana bielizny. I w drogę…
Oj zmęczyłem się i paluchy osłabły. Coś też powieka leci w dół. I chociaż całkiem mi się fajnie pisze, to czas na przerwę techniczną. No to zapis. I c.d.n. 
Po przerwie sprawdziłem, ta kategoria to faktycznie miasteniczne marudzenie. Niech się więc pisze dalej…
Po południu, gdzieś tak po 16 godzinie, Tatuśko zawiózł mnie na SOR. Przyzwyczajony doświadczeniami już do lubelskiej Małpiarni na Jaczewskiego, spodziewałem się tłumów ludzi o tej godzinie. A tu szok, na  SORze w Białej Podlaskiej nie było w poczekalni nikogo. Nie powiem, niezłe zdziwko mnie jebło. 
Wybitnie dostojnym (czytaj: szczególnie wolnym, czyli trochę szybszym od leżenia) krokiem, doszedłem do blatu rejestracyjnego. I w myśl zasady, po co knuć jak metoda wytrenowana sprawdza się najlepiej, z trudem wychrypiałem:
– Źle się czuję. Miastenia Gravis.
Chwila konsternacji. Rejestratorki spojrzały na mnie zaskoczone…
I w tym miejscu muszę się przyznać, że nastąpiła kolejna przerwa techniczna w pisaniu. Miałem słuchawony na uszach i plumkała w nich fajna muzyczka, taki lajtowy rock, trochę progresywny. No i wyrwało mnie z tenisówków, których zresztą i tak na nogach nie miałem, bo na salę wjechała o 17 kolacja. A posiłki na oddziale to dla mnie rzecz święta. Jest to zresztą jedno z moich ulubionych zajęć szpitalnych. Czekam na posiłek, jem i znów czekam na następny. Tak więc nastąpiła przerwa…
Ciąg dalszy nastąpił. Tylko na jakim wątku skończyłem? A już wiem…
– Czy leczył się Pan u nas?
– Nie.
I w tym momencie widzę, że coś cholernie nie gra. Babki jakoś się mocno zakręciły i nie bardzo wiedzą jak zareagować.
– Ale w jakim celu Pan do nas przyszedł?
– Źle się czuję- wychrypiałem z trudem, już coraz bardziej poddenerwowany, ledwo stojąc na miękkich nogach. I bryk dupką na fotel, bo sił zabrakło. Chwila konsternacji i całą sytuację uratował starszy doktor, który akurat wszedł.
– Doktorze mamy tu Pana z Miastenią, co robić?
– Ma Pan jakąś dokumentację medyczną?
– Tak. – Podałem teczkę i padłem znów na fotel bez sił. Gościu spojrzał na mnie i …
– Rejestruj. – A sam dopiero zaczął przeglądać moje papiery.
– Pytałam Pana o dokumentację medyczną. – Zaświergoliła do mnie oburzona Rejestratorka.
– Nie. Spytała Pani czy się u Was leczyłem. – Odpowiedziałem swym nieźle starganym głosem.
I już po tej ostatecznej wymianie uprzejmości i ustaleniu przebiegu wydarzeń, nastąpił moment rejestracji i wydruku papierologii niezbędnej by przystąpić do kolejnego etapu.
Miałem cholerne szczęście, bo po udzieleniu niezbędnych informacji i złożeniu podpisów. Czyli gdzieś po 5 minutach znalazłem się na sali i już miałem mierzone ciśnienie. A ciśnienie to miałem normalnie ekstrawaganckie – 216/115. Na dodatek był również już neurolog z oddziału. Nie musiałem więc długo w tej segregatorowni czekać. Doktor wywiad ze mną zrobił, trochę pobadał i…
– Chce Pan zostać na oddziałe?
– Chyba nie mam wyjścia? Tak.
No ale co było dalej, to już może napiszę w innej części. Szczerze, to zmęczyłem się. No ale na koniec przydałoby się kilka słów wyjaśnień co do tytułu. Na oddziale po pobraniu moczu i krwi, dostałem na noc kroplówkę. Steryd – SoluMedrol. Na swój prywatny użytek, nazwałem to Bómbka lub gramatycznie poprawnie Bombka. No bo w moim przypadku, całkiem niezły dopalacz. Taka BOMBA, choć trochę się obawiam, żeby mi dupy nie urwało.
   

Czy jeszcze jestemPatologią???

Oj dawno już tu nie zaglądałem. Dawno. Taki rok… 2018. No dobra, przyznam się. Złapałem bardzo dużego niechcieja do tego mojego bazgrolenia. Złapałem i już, a teraz to ciężko tak zacząć od nowa.
Ciężko pracowałem w tym miesiącu. Oj tak ciężko, że już od 8 sierpnia mam wolne. Trochę urlop, trochę odpowiednio ułożony robotniczy grafik i pa bam… Do końca miesiąca wakacje. A jak się nie zadzieje żaden psikus losowy… tfu,tfu przez lewe ramię…, to do pracy wrócę w połowie września. Tak, w tym roku wybieram urlop jak się da, a jak się nie da, to też wybieram. Zespryciłem się po doświadczeniach z ubiegłego roku, gdy wygonili mnie na urlop w listopadzie. Zimno, mokro, ponuro, kasiuty brak.
O nie, w tym roku wakacje pełną gębą. Pod koniec czerwca włóczyłem się z Syniem po Podlasiu, Warmii i Mazurach. Bez jakiegoś wyraźnego planu, ot tak przed siebie, to tu, to tam. Spanie w samochodzie, pierogi z Biedronki, moczenie dupek w bajorach…

Oj chochlik fotograficzny, jakaś tajemna Plaga mi w fotkach zamieszała. No oczywiście w jeziorach (patrz niżej).

Lasy, pola, jeziora, bunkry, zamki, rycerze… Miałem nawet taki plan, by prowadzić dziennik włóczęgi, lecz w Michałowie dałem Syniowi lapka, by Świat według Ludwiczka pooglądał. No i prądy się w rezerwowym akumulatorze skończyły. Może to i dobrze. 
Teraz Pokemunik dupkę w Bałtyku moczy. Jak co roku, pojechał z Babcią. A ja mam autko pod korek zatankowane, no i kilka złotówek z wypłaty jeszcze się w portfelu błąka. Nie, nie boję się samotnej włóczęgi. Przerabiałem ten temat kilka razy w życiorysie. Po prostu z Syniem weselej. No ale jeszcze pod koniec sierpnia, do Wielkopolski na kilka dni podbijemy. 25 sierpnia to oficjalnie, pod krawatem. A później luzik i przed siebie.
No dobra, kołuję i knuję, bzdety piszę, a tu tytuł nietknięty czeka. Niestety zaczyna się nudna część, dlatego Minister Zdrowia zaleca zmianę kanału TV.
Błysk na bloga, a właściwie jego nazwę, powstał pod wpływem zawirowań społeczno-politycznych towarzyszących 500+. A szczególnie negatywnych komentarzy padających na forach internetowych. Wydumałem sobie, że to będzie taka trochę szydera. No po prostu średni luzik
A teraz to mam mocnego myślowego dylemata, czy dalej jestemPatologią jest aktualne. No bo nie dość, że pracuję. Co prawda za najniższą krajową, ale pracuję. To jeszcze bardzo ważna instytucja ZUS, w swej niezgłębionej mądrości, przyznał mi rentę z tytułu częściowej niezdolności do pracy w lipcu. Aż na cały rok… No to moje dochody tak gwałtownie i zawrotnie do góry poszybowały, że wypadłem z kryterium dochodowego 500+. I zapewne niedługo przyjdzie decyzja, że dla młodszego Synia, który od grudnia ubiegłego roku jest dzieckiem pierwszym, 500+ nie przysługuje. No cóż bywa i tak. Wcześniej sobie radziłem, lepiej czy gorzej, ale radziłem. To i teraz poradzę. 
Nazwa fajna, ale zagwostka jest. No bo, co prawda mam w życiorysie okresy patologiczne. Palenie papierosów w małoletnich latach. Zabawy w berka na budowie kościoła i plebani (O to dopiero patologia, za to mi pewnie klepną co najmniej 100 lat czyśca za każdy rok tej zabawy. Na szczęście było tylko 4 lata tej gonitwy.) Odloty alkoholowo-narkotykowe. A przecież to wszystko przy patologii 500+ wydaje się takie małe. Już miałem nawet plan, żeby koszulkę sobie sieknąć z hasłem: jestemPatologią, biorę 500+. Ech i kolejny sprytny plan poszedł się pierd…, no gwizdać się poszedł. Jejku, teraz to mi już nawet poklnąć nie będzie wypadało. 
W ostatnich tygodniach zauważyłem coraz więcej opinii, że jestem również Warchołem, nieczułym na dobro Polski, bo braniem 500+ doprowadzam kraj do ruiny. A Rogaty tak mi fajnie klepał za uszami:
– Jesteś normalnie AS.
Cóż, trzeba chyba iść na spacer. Może jakiego dużego głaza spotkam.

To chociaż może go kopnę…

A na drodze siedział rudy Wiewiór… A może Wiewióra???

W niedzielę o 7 rano wracałem z pracy do chałupki. Jej, co to za przyjemność w taką nie handlową niedzielę jechać przez miasto. Samochodów prawie na ulicach nie było. Nikt się nie śpieszył i nie było też czuć tej nerwówy dnia codziennego.
I taki wyluzowany, wjechałem w ulicę Floriańską, skąd do chałupki mam pewnie tak z 8 solidnych rzutów kamieniem… I zatrzymałem autko w miejscu, tak z pięć metrów od rudego wiewióra. A może wiewióry?
Siedziała ta Plaga wyluzowana na środku uliczki. Popatrzyła na mnie lekceważąco. Na mnie lub moje autko, bo mam najbrzydszy podobno samochód świata. A złośliwcy to nawet taki dowcip wymyślili, że garaże są na noc zamykane dlatego, żeby nikt Multipli nie podrzucił. A przecież to Autko jest po prostu tak brzydkie, że aż piękne. No więc, spojrzało to rude coś lekceważąco, dupalem się odwróciło i gryzie coś na środku ulicy. A ja grzecznie czekałem, bo lepiej miejscowej fauny nie prowokować. Oglądałem przecież z Syniem Pingwiny z Madagaskaru, a tam zwierzaki różne bandziorskie numery odstawiały. To ostrożny się zrobiłem, a i po co mam inną drogą do domu wracać.
W końcu zlitowało się to rude. I z łapkami w kieszeniach, pogwizdując (chyba), wlazło na drzewo. Uff… Mogłem wrócić do domu.
W poniedziałek podbiłem do dziekanatu. No bo oczywiście w nadzwyczajnie ważnej instytucji, mieli zastrzeżenia do uczelnianego zaświadczenia. Pani w dziekanacie pokombinowała i napisała takie zaświadczenie, że się już chyba nie będą mieli czego czepić. Chyba?
Pod ważnym urzędem trafiłem na wolną niebieską kopertę, więc szczęśliwy, pognałem dostojnym krokiem do automatu. Wypadł mi numer 121. A na dole dopisek: Liczba oczekujących osób: 37. I koparka mi opadła aż na wysokość pępka.
No nic, trudno. Siadłem grzecznie na krzesełku i czekam. Co prawda powieki zaczeły mi opadać i z lekka odpływałem. Jakoś tak od kilku tygodni, mniej więcej o tej porze łamie mnie na godzinę, dwie drzemki. Aż w końcu głos z głośnika wywołał mój numerek. Podchodzę do wyznaczonego stanowiska, a tam siedzi Pani u której pod koniec kwietnia składałem dokumentację.
– O dzień dobry. Znowu trafiłem do Pani. Fajnie.
Babka wysłuchała jakiego to ja mam do załatwienia interesa i chwyciła za słuchawkę.
– Małgosiu, mam tu bardzo miłego Pana (ha, wiedziałem, że wąsy dają mi urok partyzanta z Rzacholeckiego Lasu)… 
– Studiował Pan na Uniwersytecie Warszawskim?
– Nie, na UMCS-ie.
… I w tym momencie dostałem słuchawkę w łapę. I dalej my sobie pogadali, jak miły petent z urzędnikiem. Okazało się, że jest nas dwóch o tym samym nazwisku, tylko imiona i uczelnie inne. W każdym razie dowiedziałem się, że moje papiery są już w orzecznictwie.

Selfik pod ważną istytucją. Sieknięty pod koniec kwietnia.

We wtorek dostałem list, że mam wyznaczone spotkanie z orzecznikiem na 28 maja.
Dziś oczywiście jestem w pracy. Wszyscy już sobie poszli, cisza spokój, więc sobie piszę. Rano zejdę ze zmiany i mam całe 13 dni wolnego.

 I jeszcze jedno:
I tu mi się przypomniało, że w warsztatach Gastronomika, też były takie różne hasła BHP poprzyklejane na ścianach. Jedno było szczególnie wymowne:
– Po wyjściu z toalety, umyj ręce.
Marek dopisał czarnym markerem i nogi.
I to tyle na dziś. DOBREGO. 

Tytułu brak…

Jak w tytule, tytułu brak. A później, jeżeli coś wymyślę, to gumka w łapkę i się dopisze.
Już od jakiegoś czasu ciężko mi się pisze. A właściwie to nie pisze. Tak to bywa i już. Nawet jeden szkolnikowy Kumpel, co to w latach młodości był niezłym Wywrotowcem, a  obecnie jest poważny, że ho ho… Powiedział mi, że smęty piszę.  Coś w tym jednak jest…
Jest sobota, jestem w pracy do rana jutro. Cisza, spokojnie (na razie,  tfu… tfu… bo przecież może być jak w mądrości ludowej: spokojnie jak na wojnie, a tu nagle jak pierdolnie). Śniadanie zjedzone, miasteniczny dopalacz łyknięty (To dziwne jak życiorys potrafi psikusy płatać. Kiedyś wciągałem dragi, bo nie umiałem lub nie chciałem realnie żyć. A dziś leki łykam, żeby móc pożyć). I zaraz drugą kawę zdziałam. I dumam co by tu napisać. No bo małymi kroczkami mam zamiar wrócić do blogowania.
Dziś muzycznie lub muzykalnie. A na tapetę idzie Dezerter.
W 89′ z jakiegoś wyjazdu, starszy Brat przywiózł płytę z nazwą Dezerter. Na okładce czerwony sztandar z trzema głowami. Jak tylko mogłem, tzn. gdy Brat wychodził z chałupki, to wrzucałem płytkę na adapter i słuchałem. Gdyby mnie dorwał wtedy na ruszaniu jego płyty, była by ostra draka. A później z kumplem Pietką, który również słuchał tą płytkę, czasem śpiewaliśmy sobie na papierosowej szkolnej przerwie.
Od wydania tej płyty mineło już prawie 30 lat. W tym czasie moje muzyczne zainteresowania też podążały w różnych kierunkach, zaczepiając o inne style i gatunki. To jednak ta płyta znajduje się na mojej prywatnej liście dzieł muzycznych, do których chętnie, co jakiś czas wracam.  
No dobra, a teraz coś czego za małolata nie rozumiałem. A dopiero poprzez doświadczenia życiorysowe załapałem.

Drugą dezerterową płytą, do której często wracam, jest wydana w 92′ Blasfemia. Gdy tylko pojawiła się w sklepach, to od razu kupiłem wydanie na kasecie. I gdy muzyka popłynęła z głośników, to wyrwało mnie z tenisówków. A nawet teraz, po latach, gdy ją słucham, to ciary jadą mi po grzbiecie.
Teraz atakowany z każdej strony, przez różne media rządowe i opozycyjne (A w pracy, w zwykły pracujący dzień, skazany jestem na brzęczącą nad głową betoniarkę, w której obowiązkowo ma być włączone TVP Info. Dlatego po powrocie do chałupki, dla zachowania równowagi, przeglądam Gazetę Wyborczą.), często wracam do tego utworu.

Cholerni jasnowidze… A może czarnowidze???
Tak się teraz zastanawiam, co jest takiego w tej płycie, że od tylu lat jest jedną z moich najulubieńszych. Może to, że chociaż dosyć ciężka, jest melodyjna. I to, że teksty też się tak jakoś wplatają w mój życiorys. No bo przecież jeden z jego rozdziałów był taki:

A w momentach, gdy życie zaczynało mi ciążyć to:

W 93 roku, chyba w kwietniu, byłem razem z serdecznym Przyjacielem Marcinem na koncercie Dezertera. Grali w Domu Socjalnym Biawena. Ludziów przyszło mało, może dlatego, że kilka dni później miał grać Kult w amfiteatrze. Pomimo tego, chłopaki fajnie zagrali.
W tym też roku, moja dalsza droga z Dezerterem rozeszła się. Ja uderzyłem w kierunku bluesa. A i  zespół po odejściu basisty  Pawła Piotrowskiego, zmienił się muzycznie.
Uff… Mocno wymęczony, ale jest. No i od czegoś trzeba powrót zacząć. No i zarobiłem na drugie śniadanie. Minęła też jakaś część pracowniczej doby. Wieczorem zjem obiad, a rano kolację. I cztery dni wolnego. Znów na 24 godziny pracownicze. I 13 dni wolnego… Czyli, jak mówił na budowie MajsterAmeryka, tylko bez dolarów…
I w końcu nie wymyśliłem tytułu, więc już zostanie tak jak jest.