„Operacja Żelazko”

Wstałem z koja przed 6. Cisza w chałupie, Pokemuny jeszcze spały. W kuchni tylko po nocnej libacji, ostatnie myszy się po szafkach ganiały. Może bym się jeszcze nie zrywał, gdyby nie stan „silnego przymusu porannego rytuału medytacyjnego”. A po naszemu, na klopa mnie pogoniło. A jak już wstałem, no to kawa, rakotwor i przegląd wiadomości. Za oknem słońce wschodziło, różne wróble i inne dzięcioły ćwierkały. Prawie że… wiosna.

Plaga razem ze mną dupkę poderwała i daj jej pić w ulubionej filiżance – umywalce. Do michy żarcia nasyp i pogłaskaj. A teraz śpi zadowolona i tylko ogonem oczy przykrywa.

Czasem, gdy mam w głowie gonitwę spiskowych myśli i teorii, to podejrzewam, że Paskuda zawarła z myszami „tajny pakt o nieagresji”. Ona udaje, że je łapie, a one udają, że się boją. Walnąłem nawet kiedyś mowę motywująco – uspołeczniającą:

– Plago, weź ty się wreszcie za robotę. 2 lata już dawno skończyłaś, na michę pora zarobić. A Ty co? Tylko śpisz lub dupkę przy piecu grzejesz. Ciężko tyram, żeby na łyskas zarobić. I co z tego mam? Tylko myszy w nocy, po stole w adidasach zapieprzają.

… I tylko na mnie spojrzała. Zaspana. „Pozrzędzi sobie, pogada. Przejdzie mu i łyskasa nasypie.”

A o 7, Synia budzik przerwał ten błogi, dzisiejszy poranek. Widziałem, że po kuchni się kręci. Drzwi lodówki kłapały. No to śniadanie sobie robił. Ja staram się, o ile to możliwe (a tak naprawdę, o ile mi Miastenia pozwoli) w miarę codziennie coś na obiad ugotować. O resztę posiłków Młodzi muszą sami zadbać. Dwie łapki w końcu mają, gry zainstalować umieją to i michę sobie zdziałać mogą. A zresztą, jak człowiek głodny, to i szynka smakuje… W każdym razie, śniadanie je oczywiście przy kompie. Co tam, ważne, że je. Ale…

– Młody? A czy kanapkę do szkoły zrobiłeś?

– Nie. A po co, mam tylko 8 lekcji.

Wiedziałem. Normalnie wyczułem, że chce mnie jak gówniarza przerobić.

– Ty Facet nie świruj, tylko kanapkę działaj.

Czujnie się jednak po chałupie kręcę. Co jeszcze Mądrołek wyknuje…

– No co jest? Co Ci nie pasuje?

– Za gruba będzie. Nie dam rady pogryźć.

– To szerzej koparkę będziesz otwierał.

– Ale…

– Zrzędzić można, ale po cichu, pod nosem.

– Ale…

– Po… ci… chu…

Kanapka zrobiona, pakuje plecak. Książki, kajety… A kanapka na biurku zostaje. Już się ubrał i do drzwi. A kanapka dalej na biurku.

– Kanapka!!!

– Ojej, zapomniałem…

Jesienią 2019 roku jeszcze jako tako funkcjonowałem. Dom, praca, obiady, zakupy, lekcje z Młodym, zmywanie naczyń, palenie w piecach… I 150 różnych innych do ogarnięcia spraw dnia codziennego. I… Po prostu Miastenia mną pozamiatała. Od 4 grudnia jestem na zwolnieniu. A Chłopaki pomagają mi tak jak mogą i potrafią.

Zwolnienie i siedzenie (a też często leżenie) w chałupie wymusiło na mnie przyznanie się, że mam problem. I to duży albo raczej coraz wyższy problem… Czyli prasowanie ubrań.

Temat prania udało mi się opanować, pomimo początkowych wątpliwości i zagwozdek umysłowych. No bo programator pralki wygląda tak:

Kudłata Plaga w okresie hipisowskiej młodości.

I w pierwszym momencie zgłupiałem. A po co tych różnych ustawień tyle? Jej… Przecież się w tym nigdy nie połapię. Normalnie, tylko siąść i płakać… W poszukiwaniu rozwiązania tego problemu, równego w złożoności i skali skomplikowania co najmniej teorii „elementarności kwadratu żabki”, czepiłem się ubraniowych metek. Bawełna, bawełna, bawełna… O i to bawełna. A na proszku jak byk napisane: prać 20-60 stopni. No to i tak robię. Ustawiam na bawełna, temperatura 40 stopni, wirowanie 1000 obrotów. Proszek sypię, płyn do płukania leję a pralka jak stara dobra betoniarka to wszystko miele.

Z płynem do płukania też miałem zgryz. Stałem w sklepie pomiędzy regałami i nie wiedziałem co wybrać. A na dodatek okularów do czytania zapomniałem. A z tyłu każdej butli, drobnym druczkiem informacje wypisane. Dobrze, że nie było nic o nano technologii i mikro włóknach, bo bym całkiem zwątpił. Wreszcie zrozpaczony, chwyciłem niebieską butlę z dużym napisem XXL i do jakiejś babki:

– Przepraszam. Czy to jest płyn do płukania tkanin?

Kobieta spojrzała na butlę, na mnie, na butlę i…

– Tak. To jest płyn do płukania tkanin.

– Uff… Dzięki.

No więc temat prania opanowałem. Prasowanie z braku czasu, sił i chęci, ogarniałem tylko na bieżąco, w miarę potrzeb. A sterta rosła i rosła…

I tak zrodziła się „Operacja Żelazko”.

Przygotowywałem się do niej starannie. Podchodziłem do sterty ubrań przez kilka dni, szacując siły przeciwnika. Łapałem odpowiednie nastawienie psychiczne. Obserwowałem też swoją kondycję, wyczekując na odpowiedni moment gdy Miastenia trochę ustąpi. Czekałem by jednym, skoncentrowanym i zdecydowanym uderzeniem, zadać przeciwnikowi silny, ostateczny cios.

Aż wreszcie ten dzień nadszedł. Zjadłem śniadanie, leki łyknąłem. Zdziałałem kawę i deskę do prasowania rozstawiłem. Plan działań prosty. W grupach po kilka sztuk, zmniejszać stan liczebny zgrupowania przeciwnika, aż do do ostatecznej jego likwidacji.

Początkowo operacja przebiegała pomyślnie. Jedna bluzka, druga, trzecia. Spodnie Młodego, bluza z kapturem Starszego Młodego, moja koszula. Pierwszą grupę przeciwnika spokojnie zlikwidowałem. Normalnie średni luzik. Pozycje obronne przeciwnika zostały przełamane.

Łyk kawy i atakuję drugą grupę. I znów dwie bluzki, spodnie, bluzka… Nic jeszcze nie zapowiadało nadciągającej katastrofy. Znowu bluzka, bluza i grupa druga zlikwidowana. Wstałem z krzesełka by pójść po następną partię i … Nogi jakieś się zrobiły takie miękkie, słabe. Co się stało? Przecież siedziałem, nogami nie prasowałem.

Grupa trzecia i coraz większe problemy. Z każdym ruchem coraz trudniej podnieść żelazko, które wbrew fizyce robiło się coraz cięższe. I ruchy te same a coraz wolniejsze. I kark coraz bardziej bolał zmęczony podtrzymywaniem opadającej głowy. To koniec.

„Operacja Żelazko” to taki trochę mój „o jeden most za daleko”. Głównego celu nie udało mi się wykonać. Nie zżelazkowałem wszystkich ubrań. Z drugiej jednak strony ilość nie uprasowanych ciuchów znacznie zmalała. W ciągu następnych tygodni łapałem czasem fazę na prasowanie. Tylko już na spokojnie, tyle ile dam radę. I nawet któregoś dnia nic nie było. A teraz znów się zbiera. Wczoraj pralkę-betoniarkę odpaliłem. Cóż, taka „syzyfowa praca”.

Dzisiaj nie zrobiłem nic. Do sklepu po zakupy nie poszedłem. Obiadu nie nagotowałem. W piecach nie napaliłem. Młody jak tylko ze szkoły wrócił, dostał szybką misję do wykonania. Na obiad drożdżówki kupić. Bywa i tak. Już coraz mniej się takimi akcjami katuję. Może już się coraz bardziej z tym godzę, że tyle zrobię co mi Miastenia pozwoli.

Dzisiaj nie zrobiłem nic. Czy jednak aby na pewno? Ten wpis się przecież sam nie napisał. I chociaż z przerwami na drzemkę i leżakowania, ale jest.