Jesienne smuty… blee…

Śniadanie już zjedzone, dzisiaj był śledź. A tak mnie coś naszło. No bo w zasadzie śledzie to tylko jem na wigilię. Kawy dwie wypite i już dwie godziny w pracy jestem. Papierosów kilka sztuk zrobiłem, do południa starczy. A później manufakturę otworzę. Może jak się w produkcję wkręcę, to pół kartonu zdziałam. Tylko co w środę będę wieczorem w pracy robił? A do „Szpaka”, tym się będę później martwił. A dziś to aby zaliczyć kolejną dniówkę. To już piąta doba w tym miesiącu. Jeszcze tylko w środę i wolne aż do 17 grudnia. Listopad… oj nie lubię, nie lubię.

W kolana mi zimno i kręci je cholernie. I od razu przypomina mi się inny listopad, w 1998 roku. Mniej więcej o godzinie 8:30 rano, stałem na przystanku koło dworca głównego w Gdańsku i czekałem na autobus, by dojechać na kwaterę na Górkach Zachodnich. Oj zimno było… Śnieg, mróz. Nocna 12-godzinna zmiana w stoczni Marynarki Wojennej na Oksywiu. W pyle i huku. Kolana to mi rozmarzały dopiero przed zaśnięciem. A może tak mi się tylko wydawało?

W drugiej połowie sierpnia udało mi się choć na parę dni wyskoczyć na letnią włóczęgę z Syniem. Co prawda planowo miało być w lipcu. Niestety, po czerwcowych upałach, Miastenia tak mnie sponiewierała, że urlop lipcowy przesiedziałem w chałupce. Młody z Babcią i Dziadziem 15 sierpnia wrócili z nad morza, a i ja pod koniec miesiąca na obiekcie musiałem być. Czasu mało, więc wyprawa niedaleko, na Roztocze. Całkowity luz, rano kilka godzin tuptania po szlakach, a od południa gdzieś nad wodą. Hm… A może by tak trochę o tym napisać? Taki cykl, „Podróże małe i duże”, czy jakoś tak. Pomysł zaczyna mi się podobać.

Siedzieliśmy z Syniem nad zalewem w Cieszanowie, a mnie w głowie przemknął szybki błysk. Jedziemy do Przemyśla? Minuta osiem… I w drogę. A w Przemyślu spotkanie z tym Panem:

To dziwne, ale poprzedni raz z Józefem Szwejkiem na pogaduchy spotkałem się w 2015 roku. I to też był rok wyborów parlamentarnych. Pogadali my jak kolega z kolegą. I … Na tematy polityczno-religijne dalej wolę milczeć.

To już 6 rok mija jak rozpoznano u mnie Miastenię. I widzę jak coraz większy obszar dnia codziennego zajmuje choroba. Mam niby dużo czasu wolnego, bo średnio pracuję tylko 7 dni w miesiącu. Doświadczenie i narzędzia mam, mógłbym niby jakiegoś drobnego remontu się podjąć. Grosiwa do budżetu domowego dorzucić. Ale… Coraz wyraźniej widzę, że ten etap życiorysu już nie wróci. Do sklepu chodzę teraz z małą siatką i do wózka biorę tylko tyle co do niej się zmieści. Na większe zakupy idzie ze mną któryś z Synów. Bierze siaty, a ja jak As ręce w kieszeniach. Wstydziłem się wcześniej tego, oj wstydziłem. Tej bezsilności, że nie mogę, nie daję rady. A teraz coraz bardziej z tym jestem pogodzony. Że ze 150 planów i pomysłów, zrobię tylko tyle na ile choroba pozwoli. I zaczynam się cieszyć, gdy chociaż kilka uda się zdziałać.

Autoportret na plaży w Cieszanowie.

Ten autoportret przypomniał mi akcję na budowie w Kobylanach w 2005 r. Powstawało tam wtedy kolejowe fito-sanitarne przejście graniczne. Budowa duża, więc firm podwykonawczych też się sporo kręciło. Do zrobienia elewacji przyjechali chłopaki z Pisza na Mazurach. Mieli ze sobą wszystko co niezbędne. Łóżka polowe, kuchenkę, gary, lodówkę, telewizor a nawet drzwi które w pierwszej kolejności wstawili. Normalnie profesjonalna ekipa budowlanych nomadów. Szefował im Waldek, chłopisko może nie wysokie, ale szerokie, o trzy cyfrowej wadze. To było w sobotę, po południu. Tynkarze co tynki gipsowe robili, tego dnia akurat działali w łazienkach cementowo-wapienne. Agregat ten sam, materiał inny. Co jakiś czas w wężu robił się korek i go wyrywało. Huk jak przy wystrzale.

Waldek wykąpany, ogolony, w cywilnych ciuchach wybierał się na wioskę do jedynego sklepu z zadaszoną wiatą, ławkami i stołami, by się odstresować wśród tubylców po tygodniu orki na rusztowaniach. Zatrzymał się jeszcze pomiędzy agregatem a ścianą, by chwilę z tynkarzami pobajerzyć. Nagle pizdziarach, wyrwało węża, a cały towares trafił Waldka. Gość był cały upierdzielony glajchą od czubka głowy do butów. Waldek w ciężkim szoku, dobrą minutę ruszyć się nie mógł. I tylko oczy błyszczały spod tynkarskiej maski. A gdy się wreszcie ruszył, to zobaczyliśmy na ścianie pięknie wyrysowany zaprawą Waldkowy kontur. Normalnie jak w kreskówkach.

I tyle. Trzeba roboczy obiad zjeść. Wybór niewielki. W magazynie nr.5 zostały tylko gołąbki w słoiku. Wszystkiego DOBREGO.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *