Kogiel – Mogiel ?

Piszę sobie po rocznej przerwie. I nic nie kiwam. Ostatni mój wpis był z dnia 30 grudnia 2018 roku. Ha… Czyli w ubiegłym roku. Zresztą lato też już się kończy. I znów po porze ciepłej, przyjdzie pora palenia w piecach. A jeszcze muszę piec wyremontować, a właściwie rozebrać i złożyć od nowa. Zrzędzę więc żyję.

Przez te parę miesięcy, w tym cudeńku, co w nim tak bazgrolę, zaszły jakieś dziwne zmiany. Nie bardzo mogę się połapać o co chodzi. W pracy jestem i nie bardzo mi się chce ten edytor rozgryzać. Zaraz zresztą będę walczył z czekoladą. Mam misję do wykonania. Kawałek po kawałku, wroga zlikwidować. Drugiego dzisiaj. Pierwszą tabliczkę załatwiłem po śniadaniu.

Wczoraj miałem komisję niepełnosprawności. Uznali, że przez następnych 5 lat będę umiarkowanie niepełnosprawny. I karta parkingowa mnie się należy. Tu muszę się przyznać, przez ostatnie dni brakowało mi jej. Kondycyjnie od czerwcowych upałów jest lipa. Kochana Miastenia (tzn. Plaga, ale głośno tego nie powiem, bo cholera usłyszy i się odegra.) daje mi nieźle w kość, a raczej w mięśnie. W lipcu miałem z Syniem pojeździć trochę po kraju. Zamiast tego przesiedziałem w chałupce, nie mając czasem nawet sił żeby obiad jakiś dla Pokemunów ugotować. I tak lipcowy urlop poszedł się pieprzyć. Na zwolnienie nie chciałem iść. W pracy mam umowę do końca sierpnia. Firmę co prawda, traktuję tak jak ona mnie. Jestem tylko zasobem ludzkim, więc mam na nią wyjebane. Zależy mi tylko na obiekcie, bo dobry jest.

O i nie wiadomo kiedy znikła czekolada. Hm, cukierków nie mam żadnych. W lodówce tylko dwa serki waniliowe i pół kilo szynki. W szafce słoik fasolki. A to dopiero 12 godzin minęło i jeszcze pół dniówki przede mną. Głód mnie normalnie grozi. Dobrze, że chociaż fajek mam zapas i do rana starczy. I kawy prawie całą puchę… No to nie jest jeszcze tak źle.

W budynku mi się kręcą. Z firmy sprzątającej wykładziny piorą. Coś mam czucie, że późno w nocy dopiero skończą. Na dodatek z Rudą, nową koordynatorką od sprzątania, miałem zgrzyta. Nie pierwszy już zresztą raz. Gdyby tylko ze mną, to rozumiem, coś ze mną nie tak. Jednak z resztą kolegów też ma jakieś konflikty. A my tu przynajmniej do końca lutego będziemy. A cytując z Poradnika Młodego Rolnika: Kto sieje wiatr, ten zbiera burze. Zaś Księga Piromana Amatora głosi: Kto mieczem wojuje, tego napalm z nieba dopadnie. I my też możemy życzliwie podejść, pomagając na ile to możliwie. Lub głupa palić i regulaminowo traktować. A przecież Minister Zdrowia ostrzega – wybór należy do Ciebie.

I to już chyba będzie koniec tych bazgrołów na dziś. Jak na pierwszy raz po tak długiej przerwie, to i tak starczy. Paluchy mi zresztą osłabły. We właściwe klawisze nie trafiam i kasować muszę. Chociaż i tak dobrze, że analogowo, długopisem nie piszę. Od kilku tygodni takie próby coś dziwnie wykres EKG przypominają. Zresztą, po czekoladzie zostało tylko wspomnienie, a przydało by się zjeść jakiś poobiadek. A że wyboru wielkiego nie mam, będzie więc fasolka. 1 sierpnia w pracy łapnełem takie podwójne widzenie, jakiego jeszcze nie miałem. No i czytać od tego momentu nie bardzo mogę. To do fasolki dorzucę chyba jeszcze wieczór filmowy. Starszy Pokemun kilka dni temu, o podwójne widzenie mnie wypytywał. I na koniec stwierdził: to fascynujące. Może i tak, ale mnie się w jełopce pierdzieliło. I ciężko samochodem do chałupki na fajrant wracało. Dobrze, że to 6 rano była i ruch na ulicach jeszcze nie wielki.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *