Niedzielny Kogiel – Mogiel.

Spryciula ze mnie. Nie miałem pomysłu na tytuł, więc chwyciłem się wczorajszego. Oczywiście po drobnej korekcie. No bo w końcu kto mnie zabroni. Rano skończyłem pracę. Po powrocie do chałupki nagotowałem gar kluchów. To znaczy coś w rodzaju spaghetti, ale tak po mojemu. Pół godziny i miałem śniadanie dla dwóch. Dla Starszego Pokemuna i dla mnie. Młodszy z Dziadziami jeszcze nad Bałtykiem się wakacjuje. Zjadłem i spać. Robocza noc ciężka była. Wykładziny prali do 3 rano. Chyba… Bo gdy spojrzałem o tej godzinie, z poziomego punktu obserwacyjnego na monitory, to już spali na kanapach w holu.

Około południa pobudka. I takie zwykłe poranne czynności. Papieros, siusiu, chwila medytacji i skupienia. Przetarcie zaspanych oczu jednym mokrym palcem. Jednym, no bo w końcu niedziela. Na dodatek od dzisiaj jestem na urlopie. Chociaż tak naprawdę urlop to się zaczął 3 sierpnia o godzinie 14. Cała ta reszta to nadgodziny. Na węgiel będzie. Tak, tak… Nie jestem eko… Węglem palę. Wiadomo przecież, że Patologia. I wszystko w temacie.

Rozruchowa kawa poranna, a właściwie południowa. Obiad, oczywiście kluchy, po to przecież cały gar nagotowałem, żeby później w kuchni czasu nie tracić. Ze Starszym Syniem się chwilę podroczyłem. No co… ja też muszę coś z życia mieć. Młody już mnie z rana przyatakował, czy gdzieś wieczorem będę jechał samochodem. Jak nie to czy On może pojechać? Cwaniura, już przylukał, że pod korek zatankowałem. A ja z rana zakręcony jak baranie rogi. Tak wieczorem możesz. A gdy po południu chciał kluczyki, to oczywiście… Obiecałem, że wieczorem możesz. A u mnie słowo cenniejsze i tak dalej. Wyjdę jeszcze na kłamczucha albo innego polityka… Oczywiście, że się zgodziłem. Pozrzędzić jednak musiałem, takie tam Starego Nietoperza zagrywki.

Muszę stwierdzić, że niedziele bez handlu mają swoje dobre strony. Właśnie zjadłem czekoladę, która mi nie smakowała. Czekała na swoją kolej już kilka tygodni. A po rewizji różnych zakamarków i tajemnych skrytek, okazało się, że tylko ona została. Chciał, nie chciał, kawałek po kawałku, wygrałem tę nierówną walkę. I dzisiaj była już całkiem niezła.

Jestem w chałupie sam. Młodszy w czwartek dopiero wraca. Starszy auto wziął i znikł. To z głośników może głośno ryczeć. No niby taki dobry Tatuś ze mnie i dbam o słuch dzieci, nie niszcząc ich jeszcze całkiem młodych uszu, hukiem rockowym. Jednak gdy w łapy chwycę bass – gitarę, to szybko zapominam o bezstresowym wychowaniu. I szarpię struny, aż miło. No w końcu demokracja jest. A ja szczególnie lubię ją w wersji z odrobiną tyranii. Pokemuny, koty, pies to lud a ja to ten Tyranus. Ktoś musi być przecież na górze tej piramidy. Oczywiście, jak zwykle wypadło na mnie. No cóż, z pokorą dźwigam więc ten garb.

W momencie gdy tylko słońce zaszło za Kirkutem, to ostatni z domowników wywinął za okno bambosze. Paskuda, ta Tasmańska Diablica, w dzień się wyspała. Miauknęła dwa razy, że lud chleba żąda. Michę dostała i hyc przez okno na nocną po dzielnicy włóczęgę.

Zmiana płyty w kompie. Była „Greta Van Fleet” a teraz „Audioslave”. A właśnie, w związku z kompem. Korzystam ze sprzętu Pokemunika. I tak go nie ma, a zresztą od jakiegoś czasu ma zajawkę na książek czytanie. Co oczywiście popieram. Młody nawet co kilka dni do bibliotek zasuwa. Sprytnie zapisałem Go do dwóch, w innych dzielnicach miasta. Jeździ rowerykiem lub autobusem. Jako uczeń szkoły podstawowej, decyzją Rady Miasta, ma darmowe przejazdy. Czyta więc komp rdzewieje. A ja jak mam fazę, to w wolnej chwili siadam, by do mutantów i innej swołoczy postrzelać. W „Metro Exodus” postapokaliptyczną Rosję pociągiem przejechałem. W „Stalkerze” w ZONIE do mutantów strzelałem. A dzisiaj luknełem na bloga. I kopara mnie jebła o biurko. Do tej pory starego lapka używałem. A coraz częściej podejrzewam, że niestety on też ma Miastenię. Szybko się męczy. I zadyszki dostaje. Na nim blog wyglądał tak całkiem nawet. No nic mnie nie raziło, bo nie widziałem. A dzisiaj, gdy na duży monitor… To szczena o biurko. I edycja.

A na koniec, jeszcze o ręcznym pisaniu, co to wczoraj już trochę brzdąkałem. O tym co jak wykres EKG wychodzi… W pracy, gdy Książkę Służb wypełniałem, to ręka całkiem współpracy odmawiała. I choć staram się przeważnie pisać wyraźnie, to tego tematu nie mogłem w żaden sposób przeskoczyć. Ręka normalnie w PTAKA sobie leciała.

To już całkiem na koniec. DOBREJ NOCY. Wszystkiego DOBREGO.

P.S. O Plaga, to znaczy lud, do chałupy wróciła. I na podłodze w pozycji poziomej zaległa. Pewnie przy niedzieli, na dzielnicy spokój. Ptaki i myszy wekend odsypiają. W końcu jutro nowy dzień i tydzień. A ja mam urlop. Może z Młodym uda się jakąś letnią włóczęgę zaliczyć.

Kogiel – Mogiel ?

Piszę sobie po rocznej przerwie. I nic nie kiwam. Ostatni mój wpis był z dnia 30 grudnia 2018 roku. Ha… Czyli w ubiegłym roku. Zresztą lato też już się kończy. I znów po porze ciepłej, przyjdzie pora palenia w piecach. A jeszcze muszę piec wyremontować, a właściwie rozebrać i złożyć od nowa. Zrzędzę więc żyję.

Przez te parę miesięcy, w tym cudeńku, co w nim tak bazgrolę, zaszły jakieś dziwne zmiany. Nie bardzo mogę się połapać o co chodzi. W pracy jestem i nie bardzo mi się chce ten edytor rozgryzać. Zaraz zresztą będę walczył z czekoladą. Mam misję do wykonania. Kawałek po kawałku, wroga zlikwidować. Drugiego dzisiaj. Pierwszą tabliczkę załatwiłem po śniadaniu.

Wczoraj miałem komisję niepełnosprawności. Uznali, że przez następnych 5 lat będę umiarkowanie niepełnosprawny. I karta parkingowa mnie się należy. Tu muszę się przyznać, przez ostatnie dni brakowało mi jej. Kondycyjnie od czerwcowych upałów jest lipa. Kochana Miastenia (tzn. Plaga, ale głośno tego nie powiem, bo cholera usłyszy i się odegra.) daje mi nieźle w kość, a raczej w mięśnie. W lipcu miałem z Syniem pojeździć trochę po kraju. Zamiast tego przesiedziałem w chałupce, nie mając czasem nawet sił żeby obiad jakiś dla Pokemunów ugotować. I tak lipcowy urlop poszedł się pieprzyć. Na zwolnienie nie chciałem iść. W pracy mam umowę do końca sierpnia. Firmę co prawda, traktuję tak jak ona mnie. Jestem tylko zasobem ludzkim, więc mam na nią wyjebane. Zależy mi tylko na obiekcie, bo dobry jest.

O i nie wiadomo kiedy znikła czekolada. Hm, cukierków nie mam żadnych. W lodówce tylko dwa serki waniliowe i pół kilo szynki. W szafce słoik fasolki. A to dopiero 12 godzin minęło i jeszcze pół dniówki przede mną. Głód mnie normalnie grozi. Dobrze, że chociaż fajek mam zapas i do rana starczy. I kawy prawie całą puchę… No to nie jest jeszcze tak źle.

W budynku mi się kręcą. Z firmy sprzątającej wykładziny piorą. Coś mam czucie, że późno w nocy dopiero skończą. Na dodatek z Rudą, nową koordynatorką od sprzątania, miałem zgrzyta. Nie pierwszy już zresztą raz. Gdyby tylko ze mną, to rozumiem, coś ze mną nie tak. Jednak z resztą kolegów też ma jakieś konflikty. A my tu przynajmniej do końca lutego będziemy. A cytując z Poradnika Młodego Rolnika: Kto sieje wiatr, ten zbiera burze. Zaś Księga Piromana Amatora głosi: Kto mieczem wojuje, tego napalm z nieba dopadnie. I my też możemy życzliwie podejść, pomagając na ile to możliwie. Lub głupa palić i regulaminowo traktować. A przecież Minister Zdrowia ostrzega – wybór należy do Ciebie.

I to już chyba będzie koniec tych bazgrołów na dziś. Jak na pierwszy raz po tak długiej przerwie, to i tak starczy. Paluchy mi zresztą osłabły. We właściwe klawisze nie trafiam i kasować muszę. Chociaż i tak dobrze, że analogowo, długopisem nie piszę. Od kilku tygodni takie próby coś dziwnie wykres EKG przypominają. Zresztą, po czekoladzie zostało tylko wspomnienie, a przydało by się zjeść jakiś poobiadek. A że wyboru wielkiego nie mam, będzie więc fasolka. 1 sierpnia w pracy łapnełem takie podwójne widzenie, jakiego jeszcze nie miałem. No i czytać od tego momentu nie bardzo mogę. To do fasolki dorzucę chyba jeszcze wieczór filmowy. Starszy Pokemun kilka dni temu, o podwójne widzenie mnie wypytywał. I na koniec stwierdził: to fascynujące. Może i tak, ale mnie się w jełopce pierdzieliło. I ciężko samochodem do chałupki na fajrant wracało. Dobrze, że to 6 rano była i ruch na ulicach jeszcze nie wielki.