Jak BÓMBA mózg zagotowała.

Dziś już prawie… Oj, wróć… Oczywiście wczoraj… Gdy już cieszyłem się jak dziecko, mało nie zalewając posadzki łzami radości, że to koniec wczasów. I w tym przypływie uniesienia,  do pielęgniarek pobiegłem, żeby mi wenflon wyjeły, to się okazało, że… Normalnie za niewinność jeszcze jedna bómba mnie czeka. Cholera, a przecież taki grzeczny byłem. W kiblu nie paliłem i jak wzorowy pacjent zawsze mówiłem, że z oddziału idę. 
No nic, chciał nie chciał, przyjąłem tą siódmą B. na muskulaturę. Wyśpiewałem sobie różne pokrzepiające mantry typu, nie ma że bolito nic że żal dupę ściska i takie tam inne harcerskie przyśpiewki. Wyskoczyłem na ostatnią szlugę z paczki, co to miała być na wyjście tryumfalnie wysmoczona. Siusiu i dałem się do bómby podłączyć.
A dalej to już tak szybko poleciało. Wypis, karty, zwolnienie. Przebierka. I pognałem dalej. I kurza twarz, takiego pędu dostałem, że ni ptaka zatrzymać się nie mogę. A to cholerne szmuliwo, dodatnio-ujemnie mózg mi gotuje. Zasnąć nie mogę. Choć po południu, już prawie odpływałem w krainę snu. To niestety gdzieś się tylko na granicy zawiesiłem. A po kilku dosłownie minutach, oczy blyk i już było po zabiegu. Oj mocno mi to patologiczną przeszłością wonieje. Oj wonieje…
Jednak żeby te wonienia chociaż z lekka wyczmuchać. Ha… Nauczyłem się nowego gwarowego słowa o które spytał na facebuku pewien Profesor… I tu ukłon Panie Profesorze, bardzo się cieszę, że miałem szansę na wykłady do Pana kilka razy przyjść…W każdym razie, żeby przewietrzyć, to trzeba techniczną przerwę zrobić. A że mi się temat rozwija. Konspekt punktowy w głowie umocowany. To tylko jeszcze, żeby nie zapomnieć zapiszę. I może się ze trzy godziny senne złapać uda.
A w dalszej części ma być:
– Dzień dzisiejszy, czyli 11 września.
– Szalony a dokładnie popierdolony Kamikadze.
– Patologiczne wonienia.
– Ogólne marudzenia, narzekania, postękiwania i takie tam sru… tu… tu… tu… kłębek drutu.
Ojej… Plan taki, że jak zawiechę złapię, to do świąt się z nim nie wyrobię…
Udało się. Ze cztery godziny snu złapałem. I od 6:30 na kopytkach już stoję. Kawa na blacie, to i mogę parę słów wklepać.
No to może zgodnie z konspektem, od 11 września zacznę. Jak plan, to plan. Ostatecznie jest jeszcze gumka.
11 września 2001 roku, robiliśmy na Białce. Każdy coś tam swoje dłubał. Jakieś gipsy, gładzie, glazury, malowania… A radio-bajaderka jakieś tam dźwięki wydawała. Coś tam czasem mamrotali, o wieżowcu co się w Nowym Jorku zawalił, ale nikt zupełnie na to uwagi nie zwracał. Zwykły budowlany dzień. Każdy zajęty swoją robotą i myślami.
Na fajrant, Janek który nas rozwoził, wspomniał, że dwa wieżowce się zawaliły. A ja na to:
– Tylko dwa? E… to im jeszcze trochę zostało.
Miałem już fajrant i głodny, tylko o obiedzie dumałem. Dopiero w chałupce z telewizorni się dowiedziałem.
Z serii czarnego humoru.
Kto jest największym arcymistrzem szachowym w historii?
– Osama Bin-Laden, bo za jednym zamachem dwie wieże strącił.
Miejsce akcji Warszawa, centrum. Siedzi dwóch Gości na ławeczce wyluzowanych. I nagle widzą jak w Pałac Kultury trafia szybowiec. 
– Ty patrz… Jaki kraj, taki terroryzm.
No ale tak to już może niech zostanie.
Wrzesień odfajkowany. Kawa prawie wypita. Czas na śniadanie. A że temat mi się coś tak bardzo fajnie rozwija… To oczywiście muszę trzymać patologiczne standardy i z całego towaresu nie wypsztykać się od razu. Coś na później musi zostać. I dlatego poleci w częściach. Może poczytność wzrośnie i dostanę jakiegoś literackiego jobla. I moja skromna renta zostanie wsparta dodatkową kasiutą. 
DOBREgo
C.d.n.