BÓMBA niedzielna…

Jest niedziela, godzina 9:45. A ja leżę na koju, ze smyczą przyczepioną do stojaka. BÓMBA wisi mi nad głową i kropla po kropli spływa do żyły. Mam stojak na kółkach, to już normalnie Ameryka, no bo cholernie szybko coś mnie na sikanie gania…
To już 6 BÓMBA, no to jutro według wszystkich znaków na niebie i ziemi tuptam do chałupki. I bardzo dobrze, bo chociaż nie jest tu tak źle, to zmęczyłem się już tymi wczasami. Czas znów w życie się zanurzyć. Tym bardziej, że trochę tematów mi się do ogarnięcia zebrało.
Pobyt w szpitalu sprowadza mi się do ciągłego czekania. Bómby sprawiły, że mam cholernie rozregulowany sen. Śpię 2,3 godziny i się budzę. Zasypiam na godzinę i oczy mi się otwierają. Na sen nie czekam, mam do tego luźny stosunek. A prochów nasennych nie łykam wcale. Zaparłem się, że w ten sposób nie będę się wspomagał. A tu w szpitalu muszę czekać do rana, żeby na fajurę wyskoczyć. W łazience nie jaram, wychodzę z budynku. I tak czekałem od 4 do 5 rano. Później to już czekanie na śniadanie.
micha to już dla mnie taki trochę rytuał. Zawsze miałem jakieś odpały i odloty, zresztą kumpel kiedyś powiedział:
– Przepaliłeś się zielskiem i tak Ci już zostało.
No po prostu mam takiego bzika, że mi żarło szpitalne smakuje. Oczywiście tylko wtedy gdy na szpitalnych wczasach jestem. Zjadam wszystko z apetytem, no bo też porcje takie, że nie ma co zostawiać. Po śniadaniu znów czekam. Na wizytację lekarską, no bo doktorów trochę obserwować trzeba, żeby jakiej miny nie podłożyli. Następnie czekam na BÓMBĘ, aż mi podepną . Później czekam kiedy się skończy, żeby spokojnie pójść na siusianie i fajurkę. I przystępuję do kolejnego okresu czekania, czekania na obiad.
A teraz przerwa techniczna. Piszę jedną  ręką, bo gdy lewą próbuję, to źle kroplówka spływa. No to się trochę zmęczyłem. Zresztą trochę mnie się śpieszy… Na siusianie się śpieszy. I by już ten etap czekania odfajkować i zacząć kolejny… Może ta niedziela w ten sposób szybciej minie…
No dobra, po tej długiej przerwie technicznej… Czas na uczciwą robotę, czyli słów skrobanie.
Już dawno po obiedzie. Trzy godziny temu był, to już w zasadzie o nim zapomniałem. A po obiedzie bułeczki z kawą. Mniam… A do kolacji została już tylko godzina, no może godzina i 15 minutów. To prawie że już.
Na oddziale wylądowałem około 18 we wtorek. Tak szybko jeszcze z SORu nie zaliczyłem. Pielęgniarka zaprowadziła mnie na pustą sale:
– Może Pan sobie wybrać łóżko.
Jak można, to można… Wybrałem oczywiście strategicznie pod oknem. To i wentylacja lepsza. I nikt mi nie łazi. Dopiero następnego dnia zczaiłem się, że wybrałem łóżko manualne. Koledzy to mają takie ekstrawagandzkie, z silniczkiem i na pilota. Później dokwaterowali Aleksandra, czyli Saszkę z Białorusi. W środę na środkowe łóżko trafił Mariusz. I tak sobie tu się wczasujemy. Mariusz jest prawie całkiem unieruchomiony, nie może mówić. Młody chłopak. Przejebane.
Saszkę przywalił udar. Trochę gadamy. Mój rosyjski mocno rdzewawy. Zawsze było mi łatwiej zrozumieć czy przeczytać niż mówić. Ale jakoś słowa sobie powoli przypominam.
I tak mija dzień za dniem. Na czekaniu… A teraz czekam głównie na wypis. I do chałupy. No choć na wczasach całkiem fajnie…To starczy tych wrażeń i atrakcji.
No i za minut niedługo kilka kolacja. A jełopkę mam jakąś dziś przymuloną. Słowa trudniej się jakoś układają. To może czas zakończyć tą nierówną walkę.
DOBREGo

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *