Wpadła BÓMBA do…

Oj chyba dawno, albo jeszcze dawniej nic nie pisałem w kategorii Wypadło na Mnie. Nawet nie jestem pewien w tym momencie tak do końca, czy miałem w ten sposób sprzedawać jakieś miasteniczne kawałki. A że nie chce mi się tego teraz sprawdzać (Z lekka dygam, że zdań misterny szyk z jełopki mi uleci z wrześniowym wiatrem. Poleci do jakiejś Etiopii, a mnie zostanie tylko siedzieć i płakać), to stukam dalej w klawiaturę. Szczegół techniczny, później się skoryguje. I gumka babalumka w ruch…
We wtorek tuptałem sobie wyluzowany na krótkim dystansie. Serio krótkim, bo może kilometr, no może kilometr i pół. Jak to mówił Kumpel Czarek średni luzik. I tak sobie tuptałem, a z każdym metrem coś (jakiś OBCY?) mnie w nogi właziło. Tak jakbym biegł w wodzie zanurzony po szyję.
– O ho – podumałem sobie – coś chyba dzisiaj to ja już kariery nie zrobię.
No i tak się dowlokłem na przystanek. Wyprztykałem się z kasiuty na wakacyjne włóczęgi, w autkowym zbiorniku rezerwa się świeci, a wypłata dopiero 10. Więc chciał nie chciał, została komunikacja miejska. Autobus i do chałupki. A w chałupce czarnowidztwo coraz większe, wizyta na SOR  chyba nieunikniona. 
No nie powiem, mam już trochę doświadczenia. Zjadłem więc najpierw obiad, a dopiero później zacząłem się pakować. A ruchy to już miałem jak ta mucha w smole, ups… a może w miodzie. Na dodatek oddech coraz cięższy i na krtani jakby ktoś obręcz założył i zaciskał. Głos też siadał. No więc w torbę najważniejsze rzeczy: butelkę wody, dwie czekolady, portfel z resztą kasiuty co mi została, karty leczenia szpitalnego. I rzeczy drugiej kolejności: ręcznik, mydło, pasta, szczoteczka, miękkie tenisówki czyli kroksy, zmiana bielizny. I w drogę…
Oj zmęczyłem się i paluchy osłabły. Coś też powieka leci w dół. I chociaż całkiem mi się fajnie pisze, to czas na przerwę techniczną. No to zapis. I c.d.n. 
Po przerwie sprawdziłem, ta kategoria to faktycznie miasteniczne marudzenie. Niech się więc pisze dalej…
Po południu, gdzieś tak po 16 godzinie, Tatuśko zawiózł mnie na SOR. Przyzwyczajony doświadczeniami już do lubelskiej Małpiarni na Jaczewskiego, spodziewałem się tłumów ludzi o tej godzinie. A tu szok, na  SORze w Białej Podlaskiej nie było w poczekalni nikogo. Nie powiem, niezłe zdziwko mnie jebło. 
Wybitnie dostojnym (czytaj: szczególnie wolnym, czyli trochę szybszym od leżenia) krokiem, doszedłem do blatu rejestracyjnego. I w myśl zasady, po co knuć jak metoda wytrenowana sprawdza się najlepiej, z trudem wychrypiałem:
– Źle się czuję. Miastenia Gravis.
Chwila konsternacji. Rejestratorki spojrzały na mnie zaskoczone…
I w tym miejscu muszę się przyznać, że nastąpiła kolejna przerwa techniczna w pisaniu. Miałem słuchawony na uszach i plumkała w nich fajna muzyczka, taki lajtowy rock, trochę progresywny. No i wyrwało mnie z tenisówków, których zresztą i tak na nogach nie miałem, bo na salę wjechała o 17 kolacja. A posiłki na oddziale to dla mnie rzecz święta. Jest to zresztą jedno z moich ulubionych zajęć szpitalnych. Czekam na posiłek, jem i znów czekam na następny. Tak więc nastąpiła przerwa…
Ciąg dalszy nastąpił. Tylko na jakim wątku skończyłem? A już wiem…
– Czy leczył się Pan u nas?
– Nie.
I w tym momencie widzę, że coś cholernie nie gra. Babki jakoś się mocno zakręciły i nie bardzo wiedzą jak zareagować.
– Ale w jakim celu Pan do nas przyszedł?
– Źle się czuję- wychrypiałem z trudem, już coraz bardziej poddenerwowany, ledwo stojąc na miękkich nogach. I bryk dupką na fotel, bo sił zabrakło. Chwila konsternacji i całą sytuację uratował starszy doktor, który akurat wszedł.
– Doktorze mamy tu Pana z Miastenią, co robić?
– Ma Pan jakąś dokumentację medyczną?
– Tak. – Podałem teczkę i padłem znów na fotel bez sił. Gościu spojrzał na mnie i …
– Rejestruj. – A sam dopiero zaczął przeglądać moje papiery.
– Pytałam Pana o dokumentację medyczną. – Zaświergoliła do mnie oburzona Rejestratorka.
– Nie. Spytała Pani czy się u Was leczyłem. – Odpowiedziałem swym nieźle starganym głosem.
I już po tej ostatecznej wymianie uprzejmości i ustaleniu przebiegu wydarzeń, nastąpił moment rejestracji i wydruku papierologii niezbędnej by przystąpić do kolejnego etapu.
Miałem cholerne szczęście, bo po udzieleniu niezbędnych informacji i złożeniu podpisów. Czyli gdzieś po 5 minutach znalazłem się na sali i już miałem mierzone ciśnienie. A ciśnienie to miałem normalnie ekstrawaganckie – 216/115. Na dodatek był również już neurolog z oddziału. Nie musiałem więc długo w tej segregatorowni czekać. Doktor wywiad ze mną zrobił, trochę pobadał i…
– Chce Pan zostać na oddziałe?
– Chyba nie mam wyjścia? Tak.
No ale co było dalej, to już może napiszę w innej części. Szczerze, to zmęczyłem się. No ale na koniec przydałoby się kilka słów wyjaśnień co do tytułu. Na oddziale po pobraniu moczu i krwi, dostałem na noc kroplówkę. Steryd – SoluMedrol. Na swój prywatny użytek, nazwałem to Bómbka lub gramatycznie poprawnie Bombka. No bo w moim przypadku, całkiem niezły dopalacz. Taka BOMBA, choć trochę się obawiam, żeby mi dupy nie urwało.