Jak bómba mózg zagotowała. cz.2

Jak plan, to plan… Zresztą i tak nie śpię. Po trzeciej się już kręciłem, leżakując. A teraz o 4:45 popijam kawę i skrobię na klawiaturze. A że nie walczę ze snem lub o sen, to mogę sobie tak działać. A skoro ciało stwierdziło, że w tym momencie wystarczy, to czas na działanie… Jakiekolwiek działanie.
Lubię dźwięki nocy, takie gdy pęd świata człowieczego na chwilę zamiera. Te wszystkie szumy, popiskiwania, odgłosy. Bez dominujących warkotów samochodów. Wsłuchuję się w to niesamowite bogactwo muzyki. I za to też lubię obecną pracę, bo daje mi takie możliwości. Mogę obserwować i poczuć jak zmienia się rytm dnia.
W stoczni wychodziłem na zewnętrzną burtę suchego doku.  Obowiązkowe siusiu, papieros. Oddzielony od huku wysoką burtą, patrzyłem i słuchałem nocnej portowej Gdyni choć przez kilka minut.
Ze szpitala wyszedłem w poniedziałek, a dziś już środa. Powoli zaczynam wracać do równowagi. Bómby zbyt dobrze mi przypominają amfetaminowe białe szaleństwo. Oj zbyt dobrze… Ten Solu Medrol to straszny zajzajer, wypalił mnie. Sponiewierał… Być może, gdybym wiedział co mnie czeka, nie zgodziłbym się. Ze strachu… I chociaż jeszcze nie wszystko przerobiłem i pewnie różne w najbliższych dniach numery bandziorskie mnie zaskoczą, to jednak cieszę się. I dumny z siebie jestem, że jednak nazbierałem narzędzi i doświadczeń których potrafię użyć, by nie odpłynąć w szaleństwo.
Dzwony kościelne dzwonią. Mietek 6 rano wybija. Głodny jestem… No to przerwa techniczna. Zresztą i tak w jełopce słówek brakuje. Przyjdą, dobrze. To się napisze. Nie przyjdą? Płakać nie będę…
No dobra. Zacząłem ten wpis 12 września, a dziś już jest sobota 22. Tak to już jest z tym moim skrobaniem. Zaczynam, przerywam, czasem któryś tam szkic dokończę. Bywa tak że brak mi czasu, często chęci i sił. A dziś robotniczy dzień. Mam tu być i do jutra rana nie opuszczać obiektu. Kawa na dzień dobry wyżłopana. Klucze dla dyżurnych pracowników na blacie wyłożone leżą. Jednym okiem na monitorki lukam co chwil kilka. I smaruję na lapku.
Podejrzałem  plan który sobie wcześniej ułożyłem i wychodzi mi na to, że teraz powinien być pojebany Kamikadze. No i w tym czasie sytuacja się z lekka zmieniła. Doszedł jeszcze jeden mądrołek do kolekcji. Może jednak od początku.
W poniedziałek, gdy wyszedłem ze szpitala, nie mogłem sobie miejsca znaleźć. Roznosiło mnie jak po fecie. W nocy wiedziałem, że nie zasnę. Byłem na to przygotowany. Amfetaminowa przeszłość wróciła. Leżeć nie mogłem, czytać też. Oglądanie filmów mnie nie interesowało. Ogólnie na niczym dłużej nie mogłem skupić uwagi. Gdybym miał jeszcze Stalkera, to do mutantów bym może postrzelał. A tak nic. Gitara na tylni fotel autka i wycieczka. Gdy tak sobie jechałem przez nocne, uśpione miasto, w pewnym momencie zorientowałem się, że prędkość podbija w okolice setki.
– Prrrr… Koniu szalony. Nie pędzimy, spokojnie jedziemy.
Hamulec i już przepisowo, tak jak w mądrej książce pisze.  Odwiedziłem nocny park. I przed północą pojechałem E30 w kierunku Międzyrzeca. Już teraz się kontrolowałem, nie przekraczałem 90 w niezabudowanym. No i to mi dupsko uratowało. Koło Wysokiego, kątem oka zobaczyłem jak do skrzyżowania dojeżdża nieoznakowany rowerzysta. Prawa noga sama mi wskoczyła na hamulec. A ten baran nawet nie zwalniając, przemknął przez drogę krajową, niczym bombowiec w ostatniej samobójczej misji. Brakowało dosłownie pici włos. Normalnie w takich warunkach bym jechał 110-120. I było by o jednego durnia mniej na świecie.
W czwartek 13 miałem dzień robotniczy. Mogłem co prawda pociągnąć dłużej zwolnienie, ale mi się nie chciało. I tak miałem długi urlop, bo ostatni raz byłem 7 sierpnia. Dzień się robi coraz krótszy, jadę więc teraz już w nocy. Jechałem sobie bardzo spokojnie po poniedziałkowych doświadczeniach DK 19. A i tak w połowie drogi pomiędzy Kockiem a Borkami, wariatuncio się trafił. O tej porze trochę już chłopaków-ciężarowców z towarem pomyka. I akurat taki jeden wielki z naprzeciwka jechał, dając mi po ślipiach nieźle światełkami. Typa na poboczu z mojej strony, zobaczyłem w ostatnim momencie, właściwie już go mijając. Stał prawie kopytkami na asfalcie i ręką sobie machał. Kurwa… A zatoczka przystankowa była góra 200 metrów dalej. Zimny pot mnie oblał i miałem nawet chęć zawrócić. No ryło mu obić…
Teraz to już zupełnie się nie śpieszę. Wyjeżdżam 15 minut wcześniej, dając sobie większy zapas czasu. No i dumam by inną drogą trochę pojeździć. Jutro sprawdzę.
No i napisało się. A teraz czas na śniadanie. Już na nie zarobiłem. 
DOBREgo. 

Jak BÓMBA mózg zagotowała.

Dziś już prawie… Oj, wróć… Oczywiście wczoraj… Gdy już cieszyłem się jak dziecko, mało nie zalewając posadzki łzami radości, że to koniec wczasów. I w tym przypływie uniesienia,  do pielęgniarek pobiegłem, żeby mi wenflon wyjeły, to się okazało, że… Normalnie za niewinność jeszcze jedna bómba mnie czeka. Cholera, a przecież taki grzeczny byłem. W kiblu nie paliłem i jak wzorowy pacjent zawsze mówiłem, że z oddziału idę. 
No nic, chciał nie chciał, przyjąłem tą siódmą B. na muskulaturę. Wyśpiewałem sobie różne pokrzepiające mantry typu, nie ma że bolito nic że żal dupę ściska i takie tam inne harcerskie przyśpiewki. Wyskoczyłem na ostatnią szlugę z paczki, co to miała być na wyjście tryumfalnie wysmoczona. Siusiu i dałem się do bómby podłączyć.
A dalej to już tak szybko poleciało. Wypis, karty, zwolnienie. Przebierka. I pognałem dalej. I kurza twarz, takiego pędu dostałem, że ni ptaka zatrzymać się nie mogę. A to cholerne szmuliwo, dodatnio-ujemnie mózg mi gotuje. Zasnąć nie mogę. Choć po południu, już prawie odpływałem w krainę snu. To niestety gdzieś się tylko na granicy zawiesiłem. A po kilku dosłownie minutach, oczy blyk i już było po zabiegu. Oj mocno mi to patologiczną przeszłością wonieje. Oj wonieje…
Jednak żeby te wonienia chociaż z lekka wyczmuchać. Ha… Nauczyłem się nowego gwarowego słowa o które spytał na facebuku pewien Profesor… I tu ukłon Panie Profesorze, bardzo się cieszę, że miałem szansę na wykłady do Pana kilka razy przyjść…W każdym razie, żeby przewietrzyć, to trzeba techniczną przerwę zrobić. A że mi się temat rozwija. Konspekt punktowy w głowie umocowany. To tylko jeszcze, żeby nie zapomnieć zapiszę. I może się ze trzy godziny senne złapać uda.
A w dalszej części ma być:
– Dzień dzisiejszy, czyli 11 września.
– Szalony a dokładnie popierdolony Kamikadze.
– Patologiczne wonienia.
– Ogólne marudzenia, narzekania, postękiwania i takie tam sru… tu… tu… tu… kłębek drutu.
Ojej… Plan taki, że jak zawiechę złapię, to do świąt się z nim nie wyrobię…
Udało się. Ze cztery godziny snu złapałem. I od 6:30 na kopytkach już stoję. Kawa na blacie, to i mogę parę słów wklepać.
No to może zgodnie z konspektem, od 11 września zacznę. Jak plan, to plan. Ostatecznie jest jeszcze gumka.
11 września 2001 roku, robiliśmy na Białce. Każdy coś tam swoje dłubał. Jakieś gipsy, gładzie, glazury, malowania… A radio-bajaderka jakieś tam dźwięki wydawała. Coś tam czasem mamrotali, o wieżowcu co się w Nowym Jorku zawalił, ale nikt zupełnie na to uwagi nie zwracał. Zwykły budowlany dzień. Każdy zajęty swoją robotą i myślami.
Na fajrant, Janek który nas rozwoził, wspomniał, że dwa wieżowce się zawaliły. A ja na to:
– Tylko dwa? E… to im jeszcze trochę zostało.
Miałem już fajrant i głodny, tylko o obiedzie dumałem. Dopiero w chałupce z telewizorni się dowiedziałem.
Z serii czarnego humoru.
Kto jest największym arcymistrzem szachowym w historii?
– Osama Bin-Laden, bo za jednym zamachem dwie wieże strącił.
Miejsce akcji Warszawa, centrum. Siedzi dwóch Gości na ławeczce wyluzowanych. I nagle widzą jak w Pałac Kultury trafia szybowiec. 
– Ty patrz… Jaki kraj, taki terroryzm.
No ale tak to już może niech zostanie.
Wrzesień odfajkowany. Kawa prawie wypita. Czas na śniadanie. A że temat mi się coś tak bardzo fajnie rozwija… To oczywiście muszę trzymać patologiczne standardy i z całego towaresu nie wypsztykać się od razu. Coś na później musi zostać. I dlatego poleci w częściach. Może poczytność wzrośnie i dostanę jakiegoś literackiego jobla. I moja skromna renta zostanie wsparta dodatkową kasiutą. 
DOBREgo
C.d.n. 

BÓMBA niedzielna…

Jest niedziela, godzina 9:45. A ja leżę na koju, ze smyczą przyczepioną do stojaka. BÓMBA wisi mi nad głową i kropla po kropli spływa do żyły. Mam stojak na kółkach, to już normalnie Ameryka, no bo cholernie szybko coś mnie na sikanie gania…
To już 6 BÓMBA, no to jutro według wszystkich znaków na niebie i ziemi tuptam do chałupki. I bardzo dobrze, bo chociaż nie jest tu tak źle, to zmęczyłem się już tymi wczasami. Czas znów w życie się zanurzyć. Tym bardziej, że trochę tematów mi się do ogarnięcia zebrało.
Pobyt w szpitalu sprowadza mi się do ciągłego czekania. Bómby sprawiły, że mam cholernie rozregulowany sen. Śpię 2,3 godziny i się budzę. Zasypiam na godzinę i oczy mi się otwierają. Na sen nie czekam, mam do tego luźny stosunek. A prochów nasennych nie łykam wcale. Zaparłem się, że w ten sposób nie będę się wspomagał. A tu w szpitalu muszę czekać do rana, żeby na fajurę wyskoczyć. W łazience nie jaram, wychodzę z budynku. I tak czekałem od 4 do 5 rano. Później to już czekanie na śniadanie.
micha to już dla mnie taki trochę rytuał. Zawsze miałem jakieś odpały i odloty, zresztą kumpel kiedyś powiedział:
– Przepaliłeś się zielskiem i tak Ci już zostało.
No po prostu mam takiego bzika, że mi żarło szpitalne smakuje. Oczywiście tylko wtedy gdy na szpitalnych wczasach jestem. Zjadam wszystko z apetytem, no bo też porcje takie, że nie ma co zostawiać. Po śniadaniu znów czekam. Na wizytację lekarską, no bo doktorów trochę obserwować trzeba, żeby jakiej miny nie podłożyli. Następnie czekam na BÓMBĘ, aż mi podepną . Później czekam kiedy się skończy, żeby spokojnie pójść na siusianie i fajurkę. I przystępuję do kolejnego okresu czekania, czekania na obiad.
A teraz przerwa techniczna. Piszę jedną  ręką, bo gdy lewą próbuję, to źle kroplówka spływa. No to się trochę zmęczyłem. Zresztą trochę mnie się śpieszy… Na siusianie się śpieszy. I by już ten etap czekania odfajkować i zacząć kolejny… Może ta niedziela w ten sposób szybciej minie…
No dobra, po tej długiej przerwie technicznej… Czas na uczciwą robotę, czyli słów skrobanie.
Już dawno po obiedzie. Trzy godziny temu był, to już w zasadzie o nim zapomniałem. A po obiedzie bułeczki z kawą. Mniam… A do kolacji została już tylko godzina, no może godzina i 15 minutów. To prawie że już.
Na oddziale wylądowałem około 18 we wtorek. Tak szybko jeszcze z SORu nie zaliczyłem. Pielęgniarka zaprowadziła mnie na pustą sale:
– Może Pan sobie wybrać łóżko.
Jak można, to można… Wybrałem oczywiście strategicznie pod oknem. To i wentylacja lepsza. I nikt mi nie łazi. Dopiero następnego dnia zczaiłem się, że wybrałem łóżko manualne. Koledzy to mają takie ekstrawagandzkie, z silniczkiem i na pilota. Później dokwaterowali Aleksandra, czyli Saszkę z Białorusi. W środę na środkowe łóżko trafił Mariusz. I tak sobie tu się wczasujemy. Mariusz jest prawie całkiem unieruchomiony, nie może mówić. Młody chłopak. Przejebane.
Saszkę przywalił udar. Trochę gadamy. Mój rosyjski mocno rdzewawy. Zawsze było mi łatwiej zrozumieć czy przeczytać niż mówić. Ale jakoś słowa sobie powoli przypominam.
I tak mija dzień za dniem. Na czekaniu… A teraz czekam głównie na wypis. I do chałupy. No choć na wczasach całkiem fajnie…To starczy tych wrażeń i atrakcji.
No i za minut niedługo kilka kolacja. A jełopkę mam jakąś dziś przymuloną. Słowa trudniej się jakoś układają. To może czas zakończyć tą nierówną walkę.
DOBREGo

 

Wpadła BÓMBA do…

Oj chyba dawno, albo jeszcze dawniej nic nie pisałem w kategorii Wypadło na Mnie. Nawet nie jestem pewien w tym momencie tak do końca, czy miałem w ten sposób sprzedawać jakieś miasteniczne kawałki. A że nie chce mi się tego teraz sprawdzać (Z lekka dygam, że zdań misterny szyk z jełopki mi uleci z wrześniowym wiatrem. Poleci do jakiejś Etiopii, a mnie zostanie tylko siedzieć i płakać), to stukam dalej w klawiaturę. Szczegół techniczny, później się skoryguje. I gumka babalumka w ruch…
We wtorek tuptałem sobie wyluzowany na krótkim dystansie. Serio krótkim, bo może kilometr, no może kilometr i pół. Jak to mówił Kumpel Czarek średni luzik. I tak sobie tuptałem, a z każdym metrem coś (jakiś OBCY?) mnie w nogi właziło. Tak jakbym biegł w wodzie zanurzony po szyję.
– O ho – podumałem sobie – coś chyba dzisiaj to ja już kariery nie zrobię.
No i tak się dowlokłem na przystanek. Wyprztykałem się z kasiuty na wakacyjne włóczęgi, w autkowym zbiorniku rezerwa się świeci, a wypłata dopiero 10. Więc chciał nie chciał, została komunikacja miejska. Autobus i do chałupki. A w chałupce czarnowidztwo coraz większe, wizyta na SOR  chyba nieunikniona. 
No nie powiem, mam już trochę doświadczenia. Zjadłem więc najpierw obiad, a dopiero później zacząłem się pakować. A ruchy to już miałem jak ta mucha w smole, ups… a może w miodzie. Na dodatek oddech coraz cięższy i na krtani jakby ktoś obręcz założył i zaciskał. Głos też siadał. No więc w torbę najważniejsze rzeczy: butelkę wody, dwie czekolady, portfel z resztą kasiuty co mi została, karty leczenia szpitalnego. I rzeczy drugiej kolejności: ręcznik, mydło, pasta, szczoteczka, miękkie tenisówki czyli kroksy, zmiana bielizny. I w drogę…
Oj zmęczyłem się i paluchy osłabły. Coś też powieka leci w dół. I chociaż całkiem mi się fajnie pisze, to czas na przerwę techniczną. No to zapis. I c.d.n. 
Po przerwie sprawdziłem, ta kategoria to faktycznie miasteniczne marudzenie. Niech się więc pisze dalej…
Po południu, gdzieś tak po 16 godzinie, Tatuśko zawiózł mnie na SOR. Przyzwyczajony doświadczeniami już do lubelskiej Małpiarni na Jaczewskiego, spodziewałem się tłumów ludzi o tej godzinie. A tu szok, na  SORze w Białej Podlaskiej nie było w poczekalni nikogo. Nie powiem, niezłe zdziwko mnie jebło. 
Wybitnie dostojnym (czytaj: szczególnie wolnym, czyli trochę szybszym od leżenia) krokiem, doszedłem do blatu rejestracyjnego. I w myśl zasady, po co knuć jak metoda wytrenowana sprawdza się najlepiej, z trudem wychrypiałem:
– Źle się czuję. Miastenia Gravis.
Chwila konsternacji. Rejestratorki spojrzały na mnie zaskoczone…
I w tym miejscu muszę się przyznać, że nastąpiła kolejna przerwa techniczna w pisaniu. Miałem słuchawony na uszach i plumkała w nich fajna muzyczka, taki lajtowy rock, trochę progresywny. No i wyrwało mnie z tenisówków, których zresztą i tak na nogach nie miałem, bo na salę wjechała o 17 kolacja. A posiłki na oddziale to dla mnie rzecz święta. Jest to zresztą jedno z moich ulubionych zajęć szpitalnych. Czekam na posiłek, jem i znów czekam na następny. Tak więc nastąpiła przerwa…
Ciąg dalszy nastąpił. Tylko na jakim wątku skończyłem? A już wiem…
– Czy leczył się Pan u nas?
– Nie.
I w tym momencie widzę, że coś cholernie nie gra. Babki jakoś się mocno zakręciły i nie bardzo wiedzą jak zareagować.
– Ale w jakim celu Pan do nas przyszedł?
– Źle się czuję- wychrypiałem z trudem, już coraz bardziej poddenerwowany, ledwo stojąc na miękkich nogach. I bryk dupką na fotel, bo sił zabrakło. Chwila konsternacji i całą sytuację uratował starszy doktor, który akurat wszedł.
– Doktorze mamy tu Pana z Miastenią, co robić?
– Ma Pan jakąś dokumentację medyczną?
– Tak. – Podałem teczkę i padłem znów na fotel bez sił. Gościu spojrzał na mnie i …
– Rejestruj. – A sam dopiero zaczął przeglądać moje papiery.
– Pytałam Pana o dokumentację medyczną. – Zaświergoliła do mnie oburzona Rejestratorka.
– Nie. Spytała Pani czy się u Was leczyłem. – Odpowiedziałem swym nieźle starganym głosem.
I już po tej ostatecznej wymianie uprzejmości i ustaleniu przebiegu wydarzeń, nastąpił moment rejestracji i wydruku papierologii niezbędnej by przystąpić do kolejnego etapu.
Miałem cholerne szczęście, bo po udzieleniu niezbędnych informacji i złożeniu podpisów. Czyli gdzieś po 5 minutach znalazłem się na sali i już miałem mierzone ciśnienie. A ciśnienie to miałem normalnie ekstrawaganckie – 216/115. Na dodatek był również już neurolog z oddziału. Nie musiałem więc długo w tej segregatorowni czekać. Doktor wywiad ze mną zrobił, trochę pobadał i…
– Chce Pan zostać na oddziałe?
– Chyba nie mam wyjścia? Tak.
No ale co było dalej, to już może napiszę w innej części. Szczerze, to zmęczyłem się. No ale na koniec przydałoby się kilka słów wyjaśnień co do tytułu. Na oddziale po pobraniu moczu i krwi, dostałem na noc kroplówkę. Steryd – SoluMedrol. Na swój prywatny użytek, nazwałem to Bómbka lub gramatycznie poprawnie Bombka. No bo w moim przypadku, całkiem niezły dopalacz. Taka BOMBA, choć trochę się obawiam, żeby mi dupy nie urwało.