A na drodze siedział rudy Wiewiór… A może Wiewióra???

W niedzielę o 7 rano wracałem z pracy do chałupki. Jej, co to za przyjemność w taką nie handlową niedzielę jechać przez miasto. Samochodów prawie na ulicach nie było. Nikt się nie śpieszył i nie było też czuć tej nerwówy dnia codziennego.
I taki wyluzowany, wjechałem w ulicę Floriańską, skąd do chałupki mam pewnie tak z 8 solidnych rzutów kamieniem… I zatrzymałem autko w miejscu, tak z pięć metrów od rudego wiewióra. A może wiewióry?
Siedziała ta Plaga wyluzowana na środku uliczki. Popatrzyła na mnie lekceważąco. Na mnie lub moje autko, bo mam najbrzydszy podobno samochód świata. A złośliwcy to nawet taki dowcip wymyślili, że garaże są na noc zamykane dlatego, żeby nikt Multipli nie podrzucił. A przecież to Autko jest po prostu tak brzydkie, że aż piękne. No więc, spojrzało to rude coś lekceważąco, dupalem się odwróciło i gryzie coś na środku ulicy. A ja grzecznie czekałem, bo lepiej miejscowej fauny nie prowokować. Oglądałem przecież z Syniem Pingwiny z Madagaskaru, a tam zwierzaki różne bandziorskie numery odstawiały. To ostrożny się zrobiłem, a i po co mam inną drogą do domu wracać.
W końcu zlitowało się to rude. I z łapkami w kieszeniach, pogwizdując (chyba), wlazło na drzewo. Uff… Mogłem wrócić do domu.
W poniedziałek podbiłem do dziekanatu. No bo oczywiście w nadzwyczajnie ważnej instytucji, mieli zastrzeżenia do uczelnianego zaświadczenia. Pani w dziekanacie pokombinowała i napisała takie zaświadczenie, że się już chyba nie będą mieli czego czepić. Chyba?
Pod ważnym urzędem trafiłem na wolną niebieską kopertę, więc szczęśliwy, pognałem dostojnym krokiem do automatu. Wypadł mi numer 121. A na dole dopisek: Liczba oczekujących osób: 37. I koparka mi opadła aż na wysokość pępka.
No nic, trudno. Siadłem grzecznie na krzesełku i czekam. Co prawda powieki zaczeły mi opadać i z lekka odpływałem. Jakoś tak od kilku tygodni, mniej więcej o tej porze łamie mnie na godzinę, dwie drzemki. Aż w końcu głos z głośnika wywołał mój numerek. Podchodzę do wyznaczonego stanowiska, a tam siedzi Pani u której pod koniec kwietnia składałem dokumentację.
– O dzień dobry. Znowu trafiłem do Pani. Fajnie.
Babka wysłuchała jakiego to ja mam do załatwienia interesa i chwyciła za słuchawkę.
– Małgosiu, mam tu bardzo miłego Pana (ha, wiedziałem, że wąsy dają mi urok partyzanta z Rzacholeckiego Lasu)… 
– Studiował Pan na Uniwersytecie Warszawskim?
– Nie, na UMCS-ie.
… I w tym momencie dostałem słuchawkę w łapę. I dalej my sobie pogadali, jak miły petent z urzędnikiem. Okazało się, że jest nas dwóch o tym samym nazwisku, tylko imiona i uczelnie inne. W każdym razie dowiedziałem się, że moje papiery są już w orzecznictwie.

Selfik pod ważną istytucją. Sieknięty pod koniec kwietnia.

We wtorek dostałem list, że mam wyznaczone spotkanie z orzecznikiem na 28 maja.
Dziś oczywiście jestem w pracy. Wszyscy już sobie poszli, cisza spokój, więc sobie piszę. Rano zejdę ze zmiany i mam całe 13 dni wolnego.

 I jeszcze jedno:
I tu mi się przypomniało, że w warsztatach Gastronomika, też były takie różne hasła BHP poprzyklejane na ścianach. Jedno było szczególnie wymowne:
– Po wyjściu z toalety, umyj ręce.
Marek dopisał czarnym markerem i nogi.
I to tyle na dziś. DOBREGO. 

Tytułu brak…

Jak w tytule, tytułu brak. A później, jeżeli coś wymyślę, to gumka w łapkę i się dopisze.
Już od jakiegoś czasu ciężko mi się pisze. A właściwie to nie pisze. Tak to bywa i już. Nawet jeden szkolnikowy Kumpel, co to w latach młodości był niezłym Wywrotowcem, a  obecnie jest poważny, że ho ho… Powiedział mi, że smęty piszę.  Coś w tym jednak jest…
Jest sobota, jestem w pracy do rana jutro. Cisza, spokojnie (na razie,  tfu… tfu… bo przecież może być jak w mądrości ludowej: spokojnie jak na wojnie, a tu nagle jak pierdolnie). Śniadanie zjedzone, miasteniczny dopalacz łyknięty (To dziwne jak życiorys potrafi psikusy płatać. Kiedyś wciągałem dragi, bo nie umiałem lub nie chciałem realnie żyć. A dziś leki łykam, żeby móc pożyć). I zaraz drugą kawę zdziałam. I dumam co by tu napisać. No bo małymi kroczkami mam zamiar wrócić do blogowania.
Dziś muzycznie lub muzykalnie. A na tapetę idzie Dezerter.
W 89′ z jakiegoś wyjazdu, starszy Brat przywiózł płytę z nazwą Dezerter. Na okładce czerwony sztandar z trzema głowami. Jak tylko mogłem, tzn. gdy Brat wychodził z chałupki, to wrzucałem płytkę na adapter i słuchałem. Gdyby mnie dorwał wtedy na ruszaniu jego płyty, była by ostra draka. A później z kumplem Pietką, który również słuchał tą płytkę, czasem śpiewaliśmy sobie na papierosowej szkolnej przerwie.
Od wydania tej płyty mineło już prawie 30 lat. W tym czasie moje muzyczne zainteresowania też podążały w różnych kierunkach, zaczepiając o inne style i gatunki. To jednak ta płyta znajduje się na mojej prywatnej liście dzieł muzycznych, do których chętnie, co jakiś czas wracam.  
No dobra, a teraz coś czego za małolata nie rozumiałem. A dopiero poprzez doświadczenia życiorysowe załapałem.

Drugą dezerterową płytą, do której często wracam, jest wydana w 92′ Blasfemia. Gdy tylko pojawiła się w sklepach, to od razu kupiłem wydanie na kasecie. I gdy muzyka popłynęła z głośników, to wyrwało mnie z tenisówków. A nawet teraz, po latach, gdy ją słucham, to ciary jadą mi po grzbiecie.
Teraz atakowany z każdej strony, przez różne media rządowe i opozycyjne (A w pracy, w zwykły pracujący dzień, skazany jestem na brzęczącą nad głową betoniarkę, w której obowiązkowo ma być włączone TVP Info. Dlatego po powrocie do chałupki, dla zachowania równowagi, przeglądam Gazetę Wyborczą.), często wracam do tego utworu.

Cholerni jasnowidze… A może czarnowidze???
Tak się teraz zastanawiam, co jest takiego w tej płycie, że od tylu lat jest jedną z moich najulubieńszych. Może to, że chociaż dosyć ciężka, jest melodyjna. I to, że teksty też się tak jakoś wplatają w mój życiorys. No bo przecież jeden z jego rozdziałów był taki:

A w momentach, gdy życie zaczynało mi ciążyć to:

W 93 roku, chyba w kwietniu, byłem razem z serdecznym Przyjacielem Marcinem na koncercie Dezertera. Grali w Domu Socjalnym Biawena. Ludziów przyszło mało, może dlatego, że kilka dni później miał grać Kult w amfiteatrze. Pomimo tego, chłopaki fajnie zagrali.
W tym też roku, moja dalsza droga z Dezerterem rozeszła się. Ja uderzyłem w kierunku bluesa. A i  zespół po odejściu basisty  Pawła Piotrowskiego, zmienił się muzycznie.
Uff… Mocno wymęczony, ale jest. No i od czegoś trzeba powrót zacząć. No i zarobiłem na drugie śniadanie. Minęła też jakaś część pracowniczej doby. Wieczorem zjem obiad, a rano kolację. I cztery dni wolnego. Znów na 24 godziny pracownicze. I 13 dni wolnego… Czyli, jak mówił na budowie MajsterAmeryka, tylko bez dolarów…
I w końcu nie wymyśliłem tytułu, więc już zostanie tak jak jest.