I już kwiecień…

No i nareszcie wiosna całą gębą, a nawet paszczą. Na ścianie chałupy którą obecnie pilnuję, wyświetlacz termometrowy pokazuje 25 stopni. I dobrze, niech się wiośni. Zresztą zapas opałowy przewidziany na porę palenia w piecach 2017/2018 mi się kończy.
Chociaż z drugiej strony, moja kochana Miastenia, nie lubi gdy jest ciepło. Plaga zaczyna mi w ostatnich dniach coraz bardziej dokuczać. Słabiutki się zrobiłem, że ho ho… Głos też siadł, więc na razie występy jakieś wokalne na festiwalu w Opolu, czy innym Sopocie, muszę sobie odpuścić. I trochę jakby powietrza brakowało.  No, ale to, to już na jeszcze chwilowy brak liści na drzewach zwalam.
Dziś niedziela, pracownicza niedziela. Siedzę i patrzę w monitorki. Na obserwacyjnym pilnuję, żeby jakiś Łapciuch z wiaderkiem fazy nie nabrał. Prądy drogie, to i kilka wiaderek w komórce może się przydać.
Na obiad dziś miałem, pracowniczy garnuch fasolki, podgrzany w mikrofali. Mój garnuszek wygląda tak: 
 
Nie jest to Ameryka, ale zawsze to jednak na ciepło.  I trochę kichy wypełniło.
Dziś, podczas telefonicznej pogaduchy, przypomniał mi się sprytny plan z przed kilku lat. Miałem kiedyś błyska, żeby w ogródku pole golfowe zrobić. Czapkę w kratkę miałem, worek piłeczek golfowych też. I nawet drewnianego kija udało mi się, po taniości kupić. Zdążyłem słoik, co miał robić za dołek, w trawie zakopać… No i w tym momencie życiorys jakoś tak dziwnie mi zawirował, że dałem wsteczny.
Hm, ale może by tak do tego planu wrócić? W pewnym szmatlandzie, widziałem niedawno w stercie różnych graciorów, kije do golfa. Takie ekstrawaganckie, metalowe, o różnych kształtach i  numerkach. Chyba po wypłacie podbiję tam i jak jeszcze będą, to ze dwa kupię. No bo przecież, jak mądrość ludowa głosi: Dobry kijaszek w gospodarstwie, nie tylko do rozrywki może się przydać. Ale również, na szeroko rozumianym polu edukacyjnym, pedagogicznym, czy obronnym.
I tu mnie błysły w jełopce wspomnienia z przeszłości. W ośrodku w którym kiedyś zimowałem, kucharzyła taka Babka z metra cięta. No dobra, przegiełem, ale więcej niż 160 centymetrów wzrostu to nie miała. Ciotka na Nią wołałem. W chałupce na Ciotkę czekało 10-ro (uwaga słownie: dziesięcioro) dzieciaków i jeden mąż. Kiedyś na kuchni, przy herbaciurze pytam Ją:
– Ciotka, a jak Ty sobie z taką bandą radzisz?
– A widzisz Syniu (no bo Ona na mnie Synio wołała), mam pod piecem skrzyneczkę. W skrzyneczce zawsze są drewienka. Jak mnie wkurwią, to ja za drewienko. I wszystkie spierdalają.
– A Stary?
– A Stary to pierwszy ucieka.
Stary, czyli mąż Ciotki, to było chłopisko z tych takich dużych. Ze dwa metry wzrostu i w barach szeroki. Ciotka opowiadała, że w kawalerskich czasach sam jeden wiejską zabawę rozganiał.
Coraz bardziej mi się ten golfowy pomysł podoba. Będę musiał Pokemuny zwerbować. I wspólnymi siłami, czyli oni tyrają, a ja nadzór techniczny, tej wiosny go zrealizujemy. Mam już nawet regulamin:
1. Stary przeważnie wygrywa.
2. Gdy Stary będzie za często przegrywał, patrz punkt pierwszy.
A w celu przestrzegania tego prostego regulaminu, walor edukacyjno-pedagogiczny golfowego kijaszka jest niezaprzeczalny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *