Na zesłaniu… Mina jak SZPAK…

Wczoraj rano wróciłem do chałupki z nocki. Bryk na kojo by łapnąć trochę zasłużonego snu. Tylko przysnąłem, a tu o 9 rano telefon bzzz… bzzz… I z głośniczka popłyneło:

Taki sobie dzwonek ustawiłem. Całkiem bystro mnie na nogi podrywa.
– Tak, słucham…
Oczywiście, wychrypiałem to ciężkim, zmęczonym, miastenicznym głosem.
– Dzień dobry Panie Danielu… 
Takim radosnym tonem walneło mi w ucho z głośniczka.
– Dzień dobry… 
I chociaż grzecznie odpowiedziałem, to i tak wiem, że barwa mego głosu była taka że ho ho. Co najmniej  tak lodowata jak temperatury w ostatnich dniach.
– Ooo… Pan po nocy…
I czuję jak Zocha, co po moim byłym Szefie obiekty przejęła głupa pali.
– Tak po nocy.
I tu lód mojego głosu przekroczył już co najmniej minus 20.
– No bo ma Pan mało godzin wypracowanych. No i żeby to trochę nadgonić, to jutro weźmie Pan służbę na takiej budowie. Od 17 do 7 rano.
– No dobrze. Gdzie to ma być?
– No ja jeszcze sama nie wiem. Wyślę później adres smsem.
No to powrót na kojo. Niestety wybiłem się z błogiej krainy snów. Na dodatek Pokemunik przed lekcjami bajkę na TV oglądał. Zasnąłem dopiero jak do szkoły poszedł, a było już około 11.  O drugiej pobudka, no bo na tą budzenie sam już ustawiłem. Za telefonik i dzwonię do Zochy:
– No dobra, trochę się przespałem. Teraz możemy rozmawiać.
– Przepraszam, że Pana obudziłam rano. Dopiero jak zadzwoniłam, to zobaczyłam w grafiku, że miał Pan noc.
Dalej świruje, ale przynajmniej tym razem przeprosiła.
– Co to za obiekt? Jakie warunki? Jak mam się przygotować?
– Nie wiem. Sama czekam na telefon. Spotkajmy się jutro o 16:20 pod Areną, dalej Pana zawieziemy.
Wieczorem sms: Panie Danielu jutro umawiamy się na godz 14.20, musimy być wcześniej. 
Pełen czarnego widzenia, spakowałem się dziś do roboty. Portki bojówki wersja zimówka, ocieplane. Do torby wrzuciłem dodatkową bluzę. Kawa, herbata, więcej kanapek. Czekolady trzy, no bo coś z życia trzeba mieć. Lapek. I tylko szklankę zapomniałem. Dobrze że cukier w słoiku noszę, to mam awaryjnie z czego pić.
No i ma się te czucie. Na miejscu kontener przy torach. Wody nie ma. Toy Toy gdzieś tam, daleko. Co jakiś czas buda skacze, bo pociąg pomyka. A na wejściu jeszcze kierownik budowy powiedział:
– W tym momencie prądów nie ma, generator nie działa.
Nie ma prądu. Nie ma gorącej herbaciury i kawuchy. Na zewnątrz pizga mrozem, a grzania w budzie też nie ma, bo grzejnik elektryczny. Załamka normalnie. Na szczęście kierownik, normalny Gościu, zamówił wymianę generatorka. Przywieźli, podłączyli i powoli się w budzie ociepla. No i kawę wypiłem. Pierwszą kolację gorącą herbatą popiłem. No i nawet pamiątkowego selfika, przed zachodem słońca sieknełem.
No i tego mam pilnować. Tej machiny za plecami, budy i generatora. A w budzie, to znaczy w kontenerze jak to na budowie. Trolownia. Kombinezony, gumiaki, kaski i błoto na podłodze. Na szczęście to tylko jednorazowy numer. W sobotę staję na nowym obiekcie. A tam nie ma takiej opcji, żeby prądów zabrakło. No bo w końcu prądy będę pilnował.
I taki drobny suplement do wpisu ostatniego. Już jest spoksik.