Taki zwykły dzień – niedziela.

Miało być o czym innym. Już od kilku dni sobie w jełopce układałem. A wyszło oczywiście jak zwykle. Pewnie tak już musi być. No to jadę z tym koksem…
I znów mnie z rana przywitał Kolega z naprzeciwka. I zadowolony, w ten lekko mroźny niedzielny poranek, przez ulicę zawołał:
– Dzień Dobry. Jak się masz z rana.

– A dziękuję, może być… Ale, ale… Niedługo będziemy się musieli pożegnać.
– A co się zadziało?
– Przenieść mnie mają na inny obiekt. Prądy będę ochraniał, żeby je żadne Gnomy w wiaderkach nie wynosiły.
Nareszcie zmiana mnie czeka. Robiłem już w tej firmie na nieczynnej stacji benzynowej. Ponad rok jestem już tu, na Okulistyce. W międzyczasie była też trochę Dermatologia i Prokuratura. Już wiec pora na zmianę miejsca pracy. Niech się coś nowego zadzieje. Zresztą, zawsze się męczyłem, gdy za długo robiłem na jednej budowie.
Właśnie dyżur skończył Doktor Aladyn. Pod względem kultury osobistej – level mistrzowski. Po moich rocznych obserwacjach, bardzo wielu lekarzy bym wysłał na nauki kultury do Niego. Czasem gdy mam spięcia na parkingu z dziwnymi ludzikami, pada obrażone:
– Ale ja jestem lekarzem…
A mi się aż ciśnie na jęzor by przywalić:
– Po zachowaniu, od razu widać.
Wiem, czepiam się. W końcu muszę trochę słowami ten wpis wypełnić. Nie wszyscy są tacy. Jest też wielu takich jak Doktor Aladyn czy Doktor od dzieciów, do której od lat Synia prowadzam.
Dobra, wystarczy tego marudzenia. Czas na obchód terenu iść. Na wypłatę zarobić. No i dla zdrowotności, powietrzem świeżym dychnąć. A i od zbyt długiego siedzenia na krecidupcu, odciski na dupce mogą się zrobić.
Na zewnątrz dziś tak całkiem fajnie. Lekki mróz sprawia, że jest rzeźko. W sam raz, by dostojnym, obserwacyjnym krokiem, przez 10 minut po obiekcie spacerować. I fruuu do ciepłej kanciapy. A niedługo godzina śniadaniowa wybije. Co prawda, małe co nie co w chałupce zjadłem. To jednak tak bardziej, żeby leków na pusty żołądek nie łykać.
To dziwne. Lewa łapa mnie swędzi. Mówią, że to na kasiutę. No ale wypłatę w piątek miałem i raczej mi z konta ubywa, niż przybywa. Hm, podejrzana sprawa.
Znów zarosłem… No dosłownie to sumując, w sumie to wyglądam jak sumiasty Sum. No image zmieniam i wąsisków nie golę. Z czupiradłem jednak to do fryzjerów już muszę się wybrać. 
Ciężki był ten tydzień. To już moja od poniedziałku, piąta służba. I niestety coraz bardziej zaczynam to odczuwać. Kochana Miastenia zaczyna o sobie przypominać:
– Pamiętaj Gościu o Mnie…  
Młodszy Pokemunik, przez tydzień urzędował u Babci na gościnnych występach, a Starszy Pokemun zamiast mnie w piecach palił. Także nie było tak całkiem źle. Jutro jeszcze tylko nocka i może parę wolnych dni będzie. Przyda się, bo muszę się trochę ogarnąć. Szkolnikom ferie się już też kończą.
Dla tego między innymi, ta robótka w prądach mi podpasowała. Tam mam robić w systemie 24 godzinnym. A to oznacza 7 służb w miesiącu, reszta wolne. Normalnie Ameryka, tylko bez dolarów. Teraz gdy wracam z nocki, to mam dzień w plecy. Łażę po chałupie jak zombi. I jeszcze trochę, a zacznę gadać jak w jednym ze starych horrorów:
– Mózgi… mózgi…
Mam też o jeden obciążnik mniej. Agnieszka zgodziła się zdjąć mi z pleców administrowanie jedną z grup fejsbukowych. Uff, dzięki Agniesiu, to już był dla mnie przez ostatnie miesiące cholerny garb.
Bim bam, bim bom. I śniadaniowa godzina wybiła. Jest co prawda 9:45 na zegarze. Na moim wewnętrznym jednak już 12:12. Bo podobnie jak Obelix, o 12:12 zawsze jestem głodny.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *