Praca domowa.

Gdy dziś wróciłem o wczesnej, wieczornej porze do chałupki, czekała miła niespodzianka. Synio dostał 6 (słownie: szóstkę) z przyrody. Za wiatromierz, który wygląda tak:

Najważniejsze roboty wykonał Młody, czyli wiercił, skręcał i zaniósł do szkoły. Na mnie niestety spadły te wszystkie nudne i amatorskie zlecenia, jak opracowanie myśli technicznej, zebranie materiałów, no i klejenie na gorąco. Na szczęście, kilka dni temu zaliczyłem wirtualne szkolenie BHP i jakoś poradziłem sobie z tym klejowaniem.
Właściwie to nawiedziła mą jełopkę też taka dziwna myśl, że przez ostatnie trzy lata,  to chyba więcej prac domowych wykonałem z Syniem, niż samodzielnie w czasach własnej edukacji. A przecież zaliczyłem 8 klas podstawówki, 3 klasy zawodówki i 2,5 roku technikum. To były naprawdę dobre szkoły, prawie nigdy nie miałem zadanych prac domowych. Chociaż to trochę dziwne, bo reszcie klasy zadawali.Hm???
Jak wspominać, to wspominać… Przeniosło mnie z lekka do III klasy zawodówki, miejsce akcji: warsztaty szkolne. Trzeci rok praktyk w mej grupie prowadziła nasza Wychowawczyni. Babka co jakiś czas łapała dziwną fazę. Kazała mi siedzieć w pokoju instruktażowym, przy stole nad książkami do technologii żywienia, bo twierdziła:
– W domu to i tak się nie będziesz uczył.
Było nas w grupie 4 chłopaków i każdy miał luźne podejście do nauki. A karnie do książek tylko ja trafiałem, co oczywiście powodowało chęć urwania się. I gdy tylko mogłem, to dyskretnie mykałem na przykład do cukierni. Za którymś razem Marek się ze mną zamienił. Zasłonił twarz książką. Po pięciu minutach się kapneła. Pewnie przez tą książkę, bo ja nawet nie udawałem, że czytam.  Za którymś razem, gdy zerwałem się z przymusowego lekturowania, Wychowawczyni przybiegła do cukierni z wielką drewnianą łychą i próbowała zdzielić mnie nią w dupala. Ona zamach, a ja myk i unik. O w unikach to ja miałem lewel mistrzowski. Więc Ona zamach a ja unik i w śmiech. No i tak skakaliśmy w tej cukierni. Zamach, unik, śmiech. Aż w końcu ręce Jej opadły i zaczęła się śmiać. Co dziwne, po tej akcji już więcej nie siedziałem karnie w instruktażowym. 
Z prac domowych, to w sobotę walczyłem z prądami. Wzorując się na patencie Mistrza Sapkowskiego:
Niebieski kabelek skręcałem z niebieskim, brązowy z brązowym a żółty z żółtym. 
Gdy po podłączeniu w tablicy, na miękkich nogach, pykałem bezpiecznik, miałem tylko jedną myśl… Pieprznie??? A tu nie… a tu nie… Normalnie zadziałało za pierwszym razem.
I tak sobie wydumałem, że jednak takie działania elektryczne, to fajna sprawa.  Normalnie może człowiek na robocie zabłysnąć. No i przecież mama mówiła:
– Idź Syniu na elektryka. Ludziom światło będziesz niósł.
Od kilku tygodni mam takie dziwnie czarnowidzkie i spiskowe podejrzenia. Gdy spałem, chyba jakaś Plaga musiała grzebać  w moim oprogramowaniu systemowym. A skąd takie wnioski? A stąd, że nawet staram się do zajęć przygotować. Hm… Trzeba będzie chyba w necie, jakiegoś antywirusa na to poszukać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *