2-u tonowy Eko…

W tym sezonie, a właściwie w porze palenia w piecach postanowiłem być Eko. Zamówiłem więc 2 tony brykietu torfowego. Już kiedyś nim paliłem i wiedziałem czego się spodziewać. Paliwko całkiem fajne, uformowane w zgrabne cegiełki. Pali się nieźle, niestety jest mniej kaloryczne niż węgiel. Za to prawie dymu nie ma i popiół taki zupełnie inny, bardziej ziemisty. Podobno można go używać trochę jako nawozu.
A z tym dymem, to poważna sprawa. Miałem już kontrole straży miejskiej, zaalarmowanej wydobywającym się z komina, czarnym krematoryjnym dymem. Strażniki zawsze do mnie trafili w momencie, gdy piece aż czerwone w środku były od żaru. Ja radośnie otwierałem drzwiczki, a Oni pełni zapału fotografowali w celach dowodowych.
– Rozumie Pan,  my wiemy, że różne są rodzaje węgla. Jedne bardziej dymią, inne mniej. Ale mieliśmy zgłoszenie i musimy skontrolować.
No tak, rozumiem ich. Taka praca. A z drugiej strony wiem, że jak sypnę węgla, to zanim się przepali, to przeważnie wali czarnym dymem. Żeby uniknąć takich zbyt częstych wizyt, zaczełem kombinować. Starałem się palić w późniejszych godzinach popołudniowych, gdy zciemniało się już. W grudniu czy styczniu, nie ma problemu. No ale w kolejnych miesiącach dzień robi się coraz dłuższy. A weź tu nie grzej  i czekaj do zmroku, jak w chałupie pizga.
W tym roku jest jeszcze gorzej. Po kilku latach spokoju, koło mojej chałupy znów pojawiły się codzienne korki. A wiadomo, kierowcy w korku już i tak są wkurwieni. Łatwo mogą sięgać po telefon. A ja nie mam czasu na częste kontrole i ciągłe pokazywanie, że węglem palę a nie plastikami. A propos palenia plastikami. Co dwa tygodnie zabierają je spod furtki. I płacę za to ustawowo. Miałbym jeszcze więc takim gównem palić i zaklejać piece?
W środę przed 9 rano miałem transport brykietu. Dwa wory, po tonie towaru w każdym. Starszy Szkudnik, tfu tfu…  Znów mnie się przejęzyczyło, miało być oczywiście Szkolnik. No więc Starszy gnał do szkółki, zdążył mi pomóc zdjąć siatkę ogrodzeniową. Młodszy zaś miał na 11, to go zwerbowałem do pomocy.

No i tak my wrzucali we dwóch około godziny. Musiałem w końcu Pokemunowi dać wolne, żeby z lekka odpoczął, umył się i pognał do szkoły. Machneliśmy jeszcze tylko pamiątkowego selfika i zostałem z robotą sam.

Z cyklu powroty do przeszłości: Moja kochana szkoła podstawowa nr.6 miała własną kotłownię węglową. I jesienią na placu koło bunkra węglowego leżało kilkanaście ton opału. Jakoś tak się zgadaliśmy z kumplami klasowymi, że nie chce nam się na lekcjach siedzieć. Nie wiem dlaczego, ale w delegację do kierownika administracyjnego musiałem iść ja. Spisek jaki uknuli, czy co?
– Panie Kierowniku… Nie masz Pan jakiejś roboty?
– Mam. Trzeba węgiel do bunkra wrzucać.
I w to nam graj. Kiprowaliśmy ten węgiel w czynie społecznym, oczywiście w trakcie lekcji (ale nie dłużej) przez kilka dni. Chłopakom tak się ta akcja spodobała, że ochotniczo wzieliśmy się za liście…
Niestety, ta ameryka szybko się skończyła. Dyrekcja szkoły wydała decyzję: Uczniowie klasy „c” mają całkowity zakaz wykonywania prac społecznych na rzecz szkoły. Chyba, że po zajęciach lekcyjnych. Na tak brutalne zmiany godzin pracy nikt z nas nie chciał się zgodzić. I tak piękna młodzieżowa inicjatywa poszła w pi… No w Himalaje szybowcem poleciała…