… A Miastenia się nie bała, prądy zajebała…

To był szybki tydzień. Oj szybki… A ja już niestety, Szybkim Lopezem nigdy nie będę… Buuu… Buuu… Buuu…
W niedzielę rano wtoczyłem się do chałupy… Z pracy się wtoczyłem, po 24-ech godzinach na obiekcie. Poranne kilka godzin snu i później zaciemniałem niejasny obraz dnia. A  wieczorem do koja, spać. W poniedziałek rano pobudka…
Kumpel mnie poprosił, żebym z nim pojechał. W Łodzi miał podpisać umowę pracy, a w Warszawie odebrać służbowy samochód. I potrzebował kierowcy na drugi… Gdy rano wyjeżdżaliśmy z Lublina, w planie była wycieczka na pół dnia. I nawet ja, choć jestem urodzonym czarnowidzem, nie przewidziałem, że się skończy we wtorek.  
Do Łodzi dojechaliśmy z poślizgiem czasowym. A tam ta różnica pomiędzy scenariuszem kolegi a rzeczywistością, zaczęła narastać. Na autostradzie nagle zaświecił się czerwony znaczek akumulatorka. Oho… Już podejrzewałem co się szykuje. Nie będę się rozpisywał ze szczegółami co było dalej. W każdym razie, z Warszawy wyjechaliśmy dwoma samochodami już wieczorem. Udało się dojechać do Józefowa k. Warszawy i tam ostatecznie prądów zabrakło. Autko zostało u mechanika, a my wpakowaliśmy się na kolacyjne parówki w Otwocku do Wacka…  Cały harmonogram czasowy poszedł w piz… no do tego… do lasu. W chałupie byłem dopiero we wtorek.
Jeszcze kilka słów o Wacku… Wacek to mocno pozytywnie zakręcony Gość, normalnie As. Przy nim zakręcone baranie rogi, wydają się całkiem proste…
Wraz z wchodzeniem na wyższe levele (a mam już 42-gi), coraz częściej dostrzegam pożyteczną lekcję z takich akcji. I śmiechem – żartem, ale z pokorą mi głowa się schyla, no bo to Bozia karty rozdaje…
We wtorek na pierwsze zajęcia o 8:00 nie zdążyłem. To znaczy – ruchy miałem te same, ale trzy razy wolniejsze. Spadek napięcia mięśniowego czy jakoś tak… Średni luzik, po co się stresić. Dotarłem na następne…

Dokąd tak ciągle biegnę… Nie wie nikt

W środę szkółka, w czwartek praca. W piątek LSM czyli Lubelskie Spotkanie Miasteniczne. A wieczorem mała studencka integracja…
A w sobotę wstałem rano, planów normalnie jak na trzy dni co najmniej… W kranie zimna woda… Brrr… Tknięty czarnowidztwem, lukam na bojler. Kontrolka się nie świeci. Oho… to zły znak. Próbówka, latarka… O kurwa… Plus i minus…

Cóż, byłem w podobnej sytuacji. Doktor powiedział, że mogę mieć stwardnienie zanikowe boczne. Poszukiwania w internecie informacji i wynik: 2 lata życia. I czekanie na badania prądowe przez dwa miesiące. Kasy na prywatne badania nie miałem, bo coraz mniej robiłem… I czekanie, co będzie: plus i minus
Z drugiej strony, ten numer Kalibra mógłby być hymnem elektryków. To przecież też plus i minus… No i ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem…
Z bojlerem wygrałem, nie takie numery bandziorskie się w życiorysie wywijało. I tu z pamięci mi wyłazi listopad 1998 roku. Miejsce akcji: pływający dok w stoczni marynarki wojennej na Oksywiu. Każdy z nas miał na długim kablu oprawkę z żarówką. Inaczej w tych pierdykanych zbiornikach dennych nie dało się robić. Następował jednak taki moment, że kabel okazywał się już za krótki. Wyłaziłem z tankowca na dok i tuptałem do skrzynki elektrycznej za kablem. A tam oczywiście już kilka innych podłączonych na mojej. Noc, lekki mróź, tak około -10. Kablówki podłączone na okrętkę, na bolcach. Jedyne wyjście, to rwać. Bach i odłączone wszystkie. No to rękawiczki zdejm i kręć gościu każdą po kolei, lewy bolec – prawy bolec. I to wszystko pod napięciem. A w jełopce myśli szalone… Jak się zetknie plus i minus, to dopiero brekdensa zatańczę…
Wyskoczyłem jeszcze do Teściów, po fotel… Ale gdy go nieśliśmy z Młodym, to już czułem, że słabnę… No i zaraz później… Miastenia się nie bała i prądy mnie zajebała… padłem na kojo bez sił i energii.

 

 

Jeden komentarz do “… A Miastenia się nie bała, prądy zajebała…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *