Schody do Nieba.

Obiecałem, a nawet zagroziłem na facebuku, no to trzeba dotrzymać. Piszę więc…
„Schody do Nieba” a właściwie „Stairway to Heaven” zespołu Led Zeppelin słyszałem co prawda wcześniej, ale dopiero latem 1993 roku dałem się na to złapać. A była to sprężyna Kolegi Eskimosa.

Jakoś tak wyszło, że nasze drogi przecięły się pewnego dnia, gdzieś między blokami Serbinowa (ha ha… Koleś mieszkał w sąsiednim bloku). I tak od słowa do słowa:
– Zapalisz trawę?
– Hm… Czemu nie, mogę spróbować. 
I w tym momencie nie wiedziałem, że ten pierwszy raz skończy się dopiero po czterech miesiącach. Przerwa zresztą nie wynikała z mojej radosnej decyzji, a została wymuszona brakiem  dostępu do zielska. To jeszcze nie był okres masowego handlu.
Rok 1993 jednak w mym życiorysie, to takie trochę Schody do Nieba. Choć pod koniec drabina okazała się za krótka i spierdzieliłem się w dół.

No ale miałem dopiero 18 lat, długie włosy, skończoną zawodówkę i było lato.
Ech… Wypady do Woskrzenic. Potupajki na wichurze w Sidorkach, poranne powroty z Relaxu w Sławacinku. Ogniska koło chałupy Marcina… Czy też długi weeekend nad Białym…

– A Panowie to co grają???
– Bluesa…
Takie pytanie wypalił Rysio, gdy mijał mnie i Eskimosa. Mieliśmy gitary, więc odpowiedz była też na miejscu. I tak weszliśmy w temat. Rysio zaprosił nas do swojego sklepu muzycznego. To dzięki Niemu polubiłem Jethro Tull. 
Ruska gitara co mi troszkę rączki wykrzywiła, twarda plaga i jeszcze kilka epitetów bym znalazł. No ale E dur – G dur – A dur byłem w stanie zagrać. I zaczęła się moja fascynacja gitarą. Pomimo tego, że nie jestem muzykiem, to lubię czasem stare pudło wyciągnąć i zagrać choć kilka dźwięków, w cichą noc…
Nocny jesienny Park Radziwiłłów, park który w 1993 wyglądał zupełnie inaczej, niż obecnie.  I barakowóz na budowie szkoły muzycznej, w którym urzędował Stasio. Stasio był stróżem, czyli robię obecnie to samo co On, tylko mam w papierach strażnik-pracownik ochrony. Oj ile w tym 93′ w kanciapie Stasia pękło jabłuszek. I nie dziwiło nikogo, że obok siebie siedzieli Skinhead Adolf i Punk Jocek w papie z wielką przekreśloną swastyką na plecach (wyglądało to jak tarcza strzelecka). 

1993′ to też rok gdy herbata stygła, zapadał mrok…

Ta historia z Adolfem i Jockiem przypomniała mi akcję z przed kilku lat. Po pewnym spotkaniu, przy okazyjnie odwoziłem do domów trzech Kolegów. Jeden rodowity mieszkaniec robotniczej dzielnicy, o mocno bandziorskiej tradycji. Drugi kibic lubelskiego Motoru. A trzeci to Punk z czubkiem na głowie. Goście nie tylko się nie wytłukli, ale bardzo grzecznie ze sobą rozmawiali. Da się…
No dobra, żeby jakoś zakończyć ten 93 rok, to jeszcze Wołki Anno Domini 1993.

Przy okazji remontu, wymyśliłem, że Synio będzie miał wysoko kojo. No i tak zacząłem knuć. Łóżko zrobiłem, szafę wstawiłem i przyszedł czas na schody. I tu wpadka… Nic nie mogłem wymyślić, jakaś taka pustka w głowie. Kręciłem się wkoło tematu i kręciłem… I lipa… Aż w końcu:

Miały być schody do nieba, no bo przecież dobre kojo, w którym śnią się DOBRE sny – to prawie Niebo. Miały być schody… Wyszła bardziej grzędo-drabina do Nieba. 
No i muszę się przyznać, że ten wpis zacząłem już jakiś czas temu. Niestety nie bardzo mi szło to bazgrolenie. I dopiero ostatni tydzień, z lekka mnie natchnął… A to za sprawą tego, że znów jestem studentem uniwersytetu.
I wyszło jak zwykle. Miało być o grzędo-schodo-drabinie do nieba, a słowa popłynęły w kierunku wspomnieniowo-muzycznym.