Włosy.

I znów upłynęło trochę czasu i kilka (naście) dni od ostatniego wpisu. Mógłbym oczywiście kilka kopów sobie za to sprzedać: No ale z Ciebie leniwa patologia, nawet już kilkunastu zdań nie chce Ci się nagryzmolić… Mógłbym, ale po co? Przecież nic na siłę, najwyżej przyjdzie walec i wyrówna. No i też nie miałem jakiegoś tematu w głowie. Jeden co prawda krąży od jakiegoś czasu, gdzieś w zakamarkach mrocznej świadomości. Jednak to dopiero zarodek i lepiej niech dojrzewa.

Płyta z której pochodzi ten hicior, została wydana w 1992 roku. W tym czasie to było tak trochę o mnie. Po prostu miałem już na jełopce, całkiem niezłe czupiradło. I mogłem sobie śpiewać: …A Ty noś, noś , noś długie włosy jak my… I jak to piszę, to micha mi się tak sama jakoś cieszy…
W rodzinnej chałupce, strzyżenie Baranów… Tfu, tfu, tzn. mnie i Braci, należało do Ojczulka. Przez wiele lat trzaskał nam czupryny tradycyjnie, czyli nożyce i grzebień. Może dlatego niezbyt często się za to brał. A gdy już wreszcie, wiele takich zwykłych obecnie rzeczy, stało się dostępnych, to kupił Tatuśko maszynkę do włosów Philipsa. Tylko że ja już wtedy miałem hery do połowy pleców. I na podśmiechujki Kumpli:
– Nawalisz się, zgaśniesz i My Ci wtedy włosy zetniemy. No i co zrobisz?
Odpowiadałem twardo:
– Próbujcie, będziecie jaja z asfaltu zbierać…
Oni nie spróbowali, a ja nie musiałem udowadniać, że ze mnie taki groźny Rabadżu…
Wracając do strzyżenia… To Ojczulek ciął mi włosy mniej więcej raz w roku. I dlatego z lekka się odróżniałem od obowiązującego modelowego wzorca socjalistycznego podstawowego szkolnika. Dlatego pewnie miałem akcję z Matematyczką, która zapowiedziała, że nie wpuści mnie na lekcje dopóki nie będą krótkie. Babka nie była taka zła jako nauczyciel, miała jednak swoje fazy. I w tym temacie się zaparła. Ja też byłem przekorny. Na szczęście miałem mądrą wychowawczynię. Gdy jej opowiedziałem całą tę akcję, stwierdziła krótko:
– Mi długie włosy nie przeszkadzają, aby były tylko czyste i zadbane.
Powiedziałem to Matematyczce i co dziwne odpuściła. Być może sama się kapneła, że przegieła i potrzebowała jakiegoś pretekstu by się z tego twarzowo wycofać. A ja zapamiętałem słowa wychowawczyni i zawsze starałem się mieć czyste włosy.
A później był już 1990 rok. Nie było już Polski Ludowej, a za to nastała RP demokratyczna. A ja rozpocząłem edukację w Zasadniczej Szkole Gastronomicznej. I poznałem Tomka i Mariusza, dwóch Pióraczy. Chyba tak z zazdrości też postanowiłem się zapuścić. No a jak już się zapuszczać, to z przytupem, więc zapuszczałem się przez całą zawodówkę. 

To Bal Karnawałowy w zawodówce… Rok 1993… Kilka miesięcy później było już po zabiegu. Koniec zawodówki. A dalej to już technikum.

Nie, nie… Nie byłem Metalowcem, Hipisem czy jakimś tam innym Cypisem. Nie wiązałem się z żadną sektą, religią czy wyznaniem. I choć zdarzało się, że jakaś koleżanka na ulicy wykrzykiwała na mój widok:
– O Jezu, jak dawno Cię nie widziałam.
To ja po prostu lubiłem mieć długie włosy. I tylko czasem, już tak na odczepnego, zmęczony pytaniami o orientację polityczno-filozoficzną, waliłem z bekhenda:
– Satanistyczny Pacyfista.
Oczywiście chwila konsternacji, ciszy i zdziwienia. I normalnie, prawie że słyszałem ruch myśli w głowach:
– Kurwa… Co ten Jełopa znowu wymyślił???
Jak miałem dobry humor, tzn. tego dnia nie wstałem dupą do góry, to nawet uruchamiałem bajerę. I opowiadałem jakąś pseudo filozoficzną bajkę, próbując udowodnić, że pomimo braku w tym sensu, to jednak ma to sens.
W technikum nastąpił taki moment, że pióropusz poszedł do wycięcia. Już tak naprawdę nie wiem co było przyczyną. A może powodów zebrało się kilka? Może nie chciałem być łączony z Kwiatowymi Dzieciami albo Metalowymi Złomiarzami Choć tak naprawdę, to się chyba po prostu zmęczyłem. 
Po skończeniu technikum ponownie nastąpił okres zapuszczania się. Niestety również zapuszczania się patologicznego…

To już zima 1997/98. I na dodatek prawie że 20 lat wstecz. Kurza twarz, doszło mi od tamtych czasów już pół życiorysu.

W 1998 nożyce znów poszły w ruch. A później już była stocznia i Warszawa. W 2000 roku wskoczyłem w tematy remontowo-wykończeniowe. I już nie było miejsca na długie włosy. To jednak często robota w brudzie, kurzu i pyle. I nieraz się zdarzało, że umyć mogłem się tylko w jakimś wiaderku po farbie…
Ostatnia próba zapuszczenia się jest dosyć świeża. Nasilanie się Miastenii wymusiło na mnie rezygnację z robót remontowych. Musiałem szukać innych patentów na dalsze funkcjonowanie. Otworzyła się jednak dzięki temu przestrzeń na zapuszczanie się.
Nawet wąsiska zapuściłem jak jakiś Szeryf.
Ostatecznie dałem sobie na luz. Życiorys odcisnął swoje piętno i czupryna już się nieźle przerzedziła. Poszedłem do fryzjera, w końcu niech fachowiec się tym zajmuje.
No dobra, a teraz przydało by się garść wyjaśnień, skąd pomysł na taki wpis.
20 sierpnia tego roku, czyli dwa tygodnie temu, spotkało się nas kilkanaście osób, uczniów Zasadniczej Szkoły Gastronomicznej. Spotkanie bogate w emocje, pełne wzruszeń. Część z nas się nie widziała od 1993 roku, czyli już pykło 24 lata…
I te dziewczyny z którymi się od skończenia szkoły nie spotkałem, pytały mnie gdzie się podziały włosy. A przecież to całkiem fajny temat na wpis.
A teraz już koniec tych gryzmołów… Jestem w pracy i wybiła godzina 15. Czas na obiad…
P.S. Będąc w pracy, niestety nie mam dostępu do fotograficznego archiwum. Dlatego ten wpis postaram się uzupełnić o kolejne zdjęcia.
P.S.2. A teraz DOBREGO, bo jestem głodny…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

5 komentarzy do “Włosy.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *