Remanent…

Remanent to pojęcie związane z praktyką handlową. Jest to czynność mająca na celu najpierw zbadanie faktycznej ilości towarów posiadanych przez przedsiębiorstwo, a następnie uzgodnienie tego stanu z ilością wynikającą z odpowiednich dokumentów takich jak faktury, PZ-ki, raporty kasowe, oraz ze stanami w komputerowym programie handlowo-magazynowym…
…Pojęcie remanent jest często zamiennie stosowane z pojęciem inwentaryzacja lub spis z natury
To oczywiście wikipedia. Dalej już nie wklejałem, bo przecież to nie o to chodzi. Chodzi o to, że miały być Schody do Nieba, a wyszło jak zwykle… Czyli kolejny nowy wpis…
Jest rano, tzn. 6 (słownie: szósta) rano. A ja mam urlop. I jak na złość jest sobota, imieniny KOTA. Więc te dranie, łapciuchy i pokemuny, zrobiły mi pobudkę o 5(słownie: piątej). No tak ONE nie śpią, więc i ty człowieku masz nie spać…  Jak ja nie lubię tych kotów. A Plagi świetnie to wiedzą, bo łażą za mną jak cienie…

Tylko proszę, nie dajcie się zwieść ich niewinnym minom. To są… pi…pi…pi… Uf, już dobrze. Czarny to Batman. Tak go Domik nazwał. A mi się też spodobało to imię. I faktycznie w nocy to się z niego robi niebezpieczny zawodnik. Cisza, nic nie widać… i nagle z mroku wyłania się… BATMAN…
Ten drugi, to oczywiście Nicpoń. Imię mówi wszystko. A dzielnie im pomaga w znęcaniu się i doprowadzaniu mnie do szaleństwa Masza.

I ta Banda Trojga, dzień w dzień, rano, urządza sobie bójki, gonitwy, berka. Robią przy tym tyle hałasu, co stado Paputów lub pijanych Metalowców w glanach, podczas koncertu DiscoPolo gdzieś na wichurze
Jak ja nie lubię tych kotów. Tak mówił w Dołdze Robert (Tak chyba miał na imię, nie jestem pewien, a to był 1997 rok. Nigdy później się nie spotkaliśmy, ale takie były uroki dołżańskiego życia. Jesteś – wyjeżdżasz i nie ma cię.). Przynosił ze stołówki dla Szajby wędlinę. Robił dla Niej zabawki. Cieszył się jak dziecko. I cały czas pod nosem brzdąkał: Jak ja nie lubię kotów, tych skurwysynów…
Już za oknem jasno i koty robią się spokojniejsze. Niedługo pójdą spać. One już misję wykonały. Skutecznie poderwały mnie na nogi. Jak ja nie …, wiem, wiem, powtarzam się…
Jak remanent, to remanent… Więc hop do wora… W tym tygodniu poprowadziłem dwa blaszane rumaki w ich ostatnią drogę… Na złom… Co ciekawe, zajechały same, o własnych siłach, na swoich nogach tzn. kołach. Una mi nie żal. Musiałem szybko coś kupić na dojazdy do pracy. A nie miałem za dużo kasiuty. Ale Cytrynka… Buuu… Tej to mi żal.
Citroen C-15 poobijany, pordzewiały, styrany życiem. Taki niepozorny, ale Cholernik jeszcze silny. Pomagał mi w ostatnich latach działalności remontowej. Jeździłem nim gdy rozpoznano Miastenię i później gdy choroba się rozwijała. Latem 2015 dzielnie woził Synia i mnie po Polsce. W grudniu 2016 zaliczył od tyłu kraksę i stanął koło chałupy. A ja nie bardzo chciałem się Go pozbyć. Może miałem nadzieję, że jeszcze wrócę do remontów?
W środę włożyłem akumulator, podpompowałem paliwko, kluczyk w stacyjkę. Rozruch… A Autko za pierwszym razem bruuum odpaliło. Tak jakby chciał mi pokazać:
– Patrz, Ja jeszcze dam radę. Jeszcze silny jestem…
Wczoraj ruszyliśmy w ostatnią drogę. Zgrzytał, stukał, trzeszczał i chrobotał. Podczas jazdy coś się w przednim lewym kole zerwało. Ale dzielnie dojechał aż na wagę…

Kilka tygodni temu zarejestrowałem się na studia. Na Archiwistykę, studia dzienne – licencjackie. Przyznam się, że miałem do tego miłosne podejście – pierdoliłem to. Za bardzo mi na tym nie zależało.
W czwartek wieczorem, zadzwonił do mnie pewien Profesorek:
– Panie Danielu, jutro jest ostatni dzień na dostarczenie dokumentów. Inaczej nie zostanie Pan przyjęty na studia…
No i Gościu wbił mi w jełopę ćwieka… Dumałem nad tym cały wieczór. A rano puściłem przelewem opłatę rekrutacyjną. Odprowadziłem Cytrynkę w jej ostatnią drogę i pognałem na UMCS złożyć papiery…
No i znów jestem STUDENT… I chociaż dalej mam do tego miłosny stosunek i tak bardzo mi na tym nie zależy. Na liście moich priorytetów, praca jest znacznie wyżej. To jednak spróbuję. Przecież tak naprawdę nie mam nic do stracenia. A i tak ostatecznie, wszystko w praniu wyjdzie…
Jak ja nie lubię tych kotów…  Śpią  Psikuśniki. No ale dzięki nim powstał ten dzisiejszy wpis. A  i ja zarobiłem na śniadanie…

Włosy.

I znów upłynęło trochę czasu i kilka (naście) dni od ostatniego wpisu. Mógłbym oczywiście kilka kopów sobie za to sprzedać: No ale z Ciebie leniwa patologia, nawet już kilkunastu zdań nie chce Ci się nagryzmolić… Mógłbym, ale po co? Przecież nic na siłę, najwyżej przyjdzie walec i wyrówna. No i też nie miałem jakiegoś tematu w głowie. Jeden co prawda krąży od jakiegoś czasu, gdzieś w zakamarkach mrocznej świadomości. Jednak to dopiero zarodek i lepiej niech dojrzewa.

Płyta z której pochodzi ten hicior, została wydana w 1992 roku. W tym czasie to było tak trochę o mnie. Po prostu miałem już na jełopce, całkiem niezłe czupiradło. I mogłem sobie śpiewać: …A Ty noś, noś , noś długie włosy jak my… I jak to piszę, to micha mi się tak sama jakoś cieszy…
W rodzinnej chałupce, strzyżenie Baranów… Tfu, tfu, tzn. mnie i Braci, należało do Ojczulka. Przez wiele lat trzaskał nam czupryny tradycyjnie, czyli nożyce i grzebień. Może dlatego niezbyt często się za to brał. A gdy już wreszcie, wiele takich zwykłych obecnie rzeczy, stało się dostępnych, to kupił Tatuśko maszynkę do włosów Philipsa. Tylko że ja już wtedy miałem hery do połowy pleców. I na podśmiechujki Kumpli:
– Nawalisz się, zgaśniesz i My Ci wtedy włosy zetniemy. No i co zrobisz?
Odpowiadałem twardo:
– Próbujcie, będziecie jaja z asfaltu zbierać…
Oni nie spróbowali, a ja nie musiałem udowadniać, że ze mnie taki groźny Rabadżu…
Wracając do strzyżenia… To Ojczulek ciął mi włosy mniej więcej raz w roku. I dlatego z lekka się odróżniałem od obowiązującego modelowego wzorca socjalistycznego podstawowego szkolnika. Dlatego pewnie miałem akcję z Matematyczką, która zapowiedziała, że nie wpuści mnie na lekcje dopóki nie będą krótkie. Babka nie była taka zła jako nauczyciel, miała jednak swoje fazy. I w tym temacie się zaparła. Ja też byłem przekorny. Na szczęście miałem mądrą wychowawczynię. Gdy jej opowiedziałem całą tę akcję, stwierdziła krótko:
– Mi długie włosy nie przeszkadzają, aby były tylko czyste i zadbane.
Powiedziałem to Matematyczce i co dziwne odpuściła. Być może sama się kapneła, że przegieła i potrzebowała jakiegoś pretekstu by się z tego twarzowo wycofać. A ja zapamiętałem słowa wychowawczyni i zawsze starałem się mieć czyste włosy.
A później był już 1990 rok. Nie było już Polski Ludowej, a za to nastała RP demokratyczna. A ja rozpocząłem edukację w Zasadniczej Szkole Gastronomicznej. I poznałem Tomka i Mariusza, dwóch Pióraczy. Chyba tak z zazdrości też postanowiłem się zapuścić. No a jak już się zapuszczać, to z przytupem, więc zapuszczałem się przez całą zawodówkę. 

To Bal Karnawałowy w zawodówce… Rok 1993… Kilka miesięcy później było już po zabiegu. Koniec zawodówki. A dalej to już technikum.

Nie, nie… Nie byłem Metalowcem, Hipisem czy jakimś tam innym Cypisem. Nie wiązałem się z żadną sektą, religią czy wyznaniem. I choć zdarzało się, że jakaś koleżanka na ulicy wykrzykiwała na mój widok:
– O Jezu, jak dawno Cię nie widziałam.
To ja po prostu lubiłem mieć długie włosy. I tylko czasem, już tak na odczepnego, zmęczony pytaniami o orientację polityczno-filozoficzną, waliłem z bekhenda:
– Satanistyczny Pacyfista.
Oczywiście chwila konsternacji, ciszy i zdziwienia. I normalnie, prawie że słyszałem ruch myśli w głowach:
– Kurwa… Co ten Jełopa znowu wymyślił???
Jak miałem dobry humor, tzn. tego dnia nie wstałem dupą do góry, to nawet uruchamiałem bajerę. I opowiadałem jakąś pseudo filozoficzną bajkę, próbując udowodnić, że pomimo braku w tym sensu, to jednak ma to sens.
W technikum nastąpił taki moment, że pióropusz poszedł do wycięcia. Już tak naprawdę nie wiem co było przyczyną. A może powodów zebrało się kilka? Może nie chciałem być łączony z Kwiatowymi Dzieciami albo Metalowymi Złomiarzami Choć tak naprawdę, to się chyba po prostu zmęczyłem. 
Po skończeniu technikum ponownie nastąpił okres zapuszczania się. Niestety również zapuszczania się patologicznego…

To już zima 1997/98. I na dodatek prawie że 20 lat wstecz. Kurza twarz, doszło mi od tamtych czasów już pół życiorysu.

W 1998 nożyce znów poszły w ruch. A później już była stocznia i Warszawa. W 2000 roku wskoczyłem w tematy remontowo-wykończeniowe. I już nie było miejsca na długie włosy. To jednak często robota w brudzie, kurzu i pyle. I nieraz się zdarzało, że umyć mogłem się tylko w jakimś wiaderku po farbie…
Ostatnia próba zapuszczenia się jest dosyć świeża. Nasilanie się Miastenii wymusiło na mnie rezygnację z robót remontowych. Musiałem szukać innych patentów na dalsze funkcjonowanie. Otworzyła się jednak dzięki temu przestrzeń na zapuszczanie się.
Nawet wąsiska zapuściłem jak jakiś Szeryf.
Ostatecznie dałem sobie na luz. Życiorys odcisnął swoje piętno i czupryna już się nieźle przerzedziła. Poszedłem do fryzjera, w końcu niech fachowiec się tym zajmuje.
No dobra, a teraz przydało by się garść wyjaśnień, skąd pomysł na taki wpis.
20 sierpnia tego roku, czyli dwa tygodnie temu, spotkało się nas kilkanaście osób, uczniów Zasadniczej Szkoły Gastronomicznej. Spotkanie bogate w emocje, pełne wzruszeń. Część z nas się nie widziała od 1993 roku, czyli już pykło 24 lata…
I te dziewczyny z którymi się od skończenia szkoły nie spotkałem, pytały mnie gdzie się podziały włosy. A przecież to całkiem fajny temat na wpis.
A teraz już koniec tych gryzmołów… Jestem w pracy i wybiła godzina 15. Czas na obiad…
P.S. Będąc w pracy, niestety nie mam dostępu do fotograficznego archiwum. Dlatego ten wpis postaram się uzupełnić o kolejne zdjęcia.
P.S.2. A teraz DOBREGO, bo jestem głodny…