… KOTY w mojej głowie…

Dnia 26 czerwca rano, szybki powrót z pracy do chałupy. Czas mnie gonił, bo miałem zawieść Synia na plac zbiórkowy wyjazdu kolonijnego. Pomachałem łapą za ruszającym autokarem i se pod nosem zanuciłem: … wyjechał na wakacje, jeden z moich podopiecznych…Tra ta ta, ta ta ta…
Pod drzwiami chałupy czekała już na mnie Zośka. Kręciła się niespokojnie i miauczała… Tak się trochę domyśliłem, że to już. Przygotowałem więc szybko kącik porodówkowy i poszedłem spać. Gdy się obudziłem po godzinach trzech, to już było po zabiegu. Wtulone w Zośkę leżały małe, kocie szczurki.
Dalej nie bardzo wnikałem w te kocie tematy, no bo i po co… Aż do niedzieli…
W niedzielę, jeszcze w godzinach nocnych, wtoczyłem się do chałupy i zmęczony padłem. W tym czasie te małe Pokemuny, zorientowały się że jestem i zrobiły mi wjazd na kwaterę. I zanim się kapnełem, zrobiły mnie jak gówniarza. I zupełnie tego nie rozumiem, ale uznały, że jestem ich najlepsiejszym kolegą.
Jest ich sztuk sześć. I tylko na zdjęciu, gdy śpią, to tak niewinnie wyglądają. A tak naprawdę to rosną z nich małe… Ech, nawet już mi się bluzgać nie chce…
Gdy się kładę spać, to te koty kota dostają. Biegają, skaczą, drapią, tupią. Biją się i gonitwy urządzają. Robią wszystko, żebym sobie nie pospał.

Ta krówkowa  tzn. czarno-biała, to Zośka. Zdjęcie nie ostre, no bo te nicponie zajęte były bójką.

A gdy już rozbudzony, zaczynam się po chałupie kręcić, to te… Powsinogi… Bryk na kojo. Zaczynają ziewać i robią się jakieś takie miłe, grzeczne…

Co dziwne, pomimo tego że zasypiają w różnych, dziwnych miejscach…

…To gdy otwieram oczy, to co najmniej cztery śpią ze mną…
Od jakiegoś już czasu, a właściwie od nie pamiętam ilu już lat, mam cholernie czujny sen. Budzą mnie szmery, ruchy powietrza i takie tam różne inne. Starszy Pokemun to dopiero ma przez to przejebane. Bardzo często, Jego niecne próby i knowania, by mnie pozbawić po cichaczu, w tajnej nocnej akcji słodyczowych zapasów, kończą się niepowodzeniem. A nawet gorzej, bo pod wpływem 12 instynktu, otwieram oczy już w momencie, gdy Młody z łupem cichaczem się ewakuuje. I gromkim głosem ryczę:
– Sio stąd… Łapy precz od moich słodyczy…
No i teraz problem mam z dzikimi lokatorami. No bo chociaż szybko zasypiam po przebudzeniu i na bezsenność specjalnie nie cierpię… To jednak zaczynam odczuwać już zmęczenie. I grozi mi, że złapię w głowie kota. A to już jest niebezpieczne, bo takiego kota w głowie, to tylko Kotolog może wyleczyć…
 

Podróże kształcą… ???… Hm…

O jej… Wiedziałem że dawno nie zaglądałem już na bloga. No ale aż tak długiej przerwy, to się nie spodziewałem. Cały lipiec ani słówka nie skrobnełem na klawiaturze. Zdziwko jebło???  Pewnie że jebło…
Prawda jest jednak taka, że po prostu miałem dłuższy okres zawiechy. I tak po prostu, zwyczajnie i po człowiekowemu – nie chciało mi się. Męczyło mnie układanie w głowie, zdań misternych szyków. No i zaczęły się wakacje…
Boso ale w ostrogach Grzesiuka jest właśnie taki rozdział poświęcony kształceniu i nauce przez podróże. Czy o tym napiszę??? Ależ skąd, ale temat tak samo dobry jak każdy inny, bym mógł o niego zazębić opowieść…
W pierwszy wekend lipca zapakowałem się z Pokemunami i pojechaliśmy na piknik namiotowy do Gnojna nad Bugiem. Lubię tam jeździć z nimi. No i bardzo się cieszę, że Oni chcą jeszcze jechać z takim Nietoperzem jak ja. A przecież parce starszych Pokemunów stuka w tym roku 18 lat… Jej 18 lat… Buuu…. Cholera to już ponad pół mego życiorysu wstecz… Buuu…

Można trafić na obszar zapowietrzony.

Reszta lipca to niestety standard. Praca, odpoczynek, praca, odpoczynek. Miastenicznie lipiec to mnie mocno sponiewierał. Skoki temperatur, szaleństwa ciśnienia. Oj sponiewierało mnie. Coraz dłużej dochodziłem do jakiej, takiej formy. Cóż, tak ma prawo się dziać.
No dobra, żeby się nie rozczulać, to 1 sierpnia znalazłem się z Młodszym Pokemunem w pociągu jadącym do Gdyni. Wyjazd zupełnie nie planowany, przypadkowy i całkowicie wynikający z mojego baranio-rogowego zakręcenia. Po prostu, gdy Teście spytali czy mogą zabrać Synia nad morze, to zupełnie nie skojarzyłem, że pokrywa się to z datą ślubu mego Brata. No cóż, w ucho nóż. Teście pojechali sami, a ja obiecałem że Niuńka dowiozę.
Oj dawno już nie jechałem pociągiem na dłuższej trasie. Oj dawno, bo chyba od 2000 roku. Tak to w 2000 zakończyłem warszawski etap życiorysu i wróciłem na tą biedną Polskę B. I tak już zostało.
Wyjechaliśmy z Lublina o 7:20 a w Rewie byliśmy o 22. No bo jak jechać, to już jechać z przytupem. Zaliczyliśmy więc zerwaną trakcję przed Tczewem. Było więc czekanie na zorganizowanie przez PKP autokarów. I tak jakoś wyszło, że zamiast około 10 godzin, to podróż zajeła nam około… troszkę więcej. Ale to luzik… No bo dawno już tak się nie sformatowałem, patrząc przez okno na zmieniający się krajobraz.

To co prawda nie z okna, ale zaledwie 100 metrów od dworca.

I refleksja: za oknem pociągu, świat wygląda jednak inaczej, niż za szybą samochodu.

 

Obudziłem się w środę o 5 rano. Było tak cicho, że się wybrałem na spacer poranny. Na cyplu tylko ja i mewy, kruki czy też jakieś tam inne morskie wrony… No i jeszcze nie piłem porannej kawy…

Nie napisałem jeszcze, że w robocie skołowałem sobie tydzień wolnego. No więc piszę… Do pracy miałem się stawić dopiero dziś. Ameryka normalnie… Tym bardziej, że we wrześniu będę miał jeszcze 15 dni urlopu do wykorzystania obowiązkowego.
W Rewie byłem trzy dni. W środę i czwartek zaliczałem z Syniem plażę. No i by sprawić Młodemu radość, kąpiele morskie. Brrr… No dobra, dobra… Jak już byłem mokry, to nawet nie było tak źle. Pewnie też pomagała ta niedawno nabyta tkanka tłuszczowa.

Uskutecznialiśmy również prace ziemne…

W piątek bieg trójmiejski, czyli gnamy metropolitarnymi środkami komunikacji. Szlak: Rewa-Gdynia-Gdańsk-Sopot-Wejherowo-Gdynia-Rewa. Szybko, w biegu. Autobusy, pociągi, tramwaje… Szybko, bo jeszcze chciałem z Domikiem pójść nad morze, a przecież wieczorem miałem pociąg do Katowic. Tak, tak… Do Katowic. No bo miałem błyska, że się wybiorę do Chrzanowa na spotkanie małopolskich Miasteników.

Selfik z Syniem w Gdańsku.

Jak wymyśliłem, tak i zrobiłem. Pożegnałem Synia, Teściów, no i komu w drogę, temu awiomarinposzły konie po betonieszczęśliwej drogi już czas, no i jeszcze kilka podobnych, motywujących tekstów. Noc w pociągu, trochę na stojąco, trochę na siedząco w korytarzu. Nie udało mi się dokupić miejscówki do biletu. Dopiero w połowie drogi znalazło się siedzące miejsce w przedziale. Przed szóstą Katowice, następnie telepakiem do Oświęcimia. A dalej do Chrzanowa. Miłe spotkanko w Chrzanowie i dalej w drogę do Krakowa.

Cholerny upał… A na Wybrzeżu było tak fajnie – 23 stopnie…

Na dworcu w Krakowie knułem i układałem siatkę połączeń w jełopce, knułem i znów układałem. I wyszło mi na to, że pojadę na Hel, albo do Przemyśla. Grzecznie ustawiłem się w kolejce do kasy, by dobrać miejscówkę do biletu wekendowego:
– Poproszę miejscówkę na Hel albo do Przemyśla.
– To na Hel, czy do Przemyśla?
– Wszystko jedno, tam gdzie mi Pani miejscówkę znajdzie.
– Na Hel nie ma.
– No dobra…  będzie Przemyśl?
– Oj chwilkę… Nie wiem jak Pan to zrobił. Jeszcze przed chwilą nie było miejsc. A teraz jest… No to co?
– No to proszę Hel…
I tak godzinę później wsiadłem do pociągu jadącego na Hel. I pomimo narastającego na kolejnych stacjach tłoku w pociągu, do mego przedziału nikt się nie dosiadał. Jechałem sam. Niestety miałem już dość. Ponad 30 stopniowy upał południowej Polski wykończył mnie. W Radomiu wysiadłem i busem dokończyłem wycieczkę. O godzinie 2:30 z soboty na niedzielę, styrany wtoczyłem się do chałupy. I bryk na kojo…

Nocny Radom, a właściwie dworzec. Zdjęć nocnego lubelskiego PKS-u już nie robiłem. Miałem zaprogramowany tylko jeden kierunek – KOJO. Nie było więc już czasu na głupoty…

Podobno podróże kształcą. Skoro więc tak mówią, to pewnie wiedzą co mówią. Mi ta wycieczka była potrzebna by sformatować jełopę. I chociaż płacę cenę tego, bo nasiliły się objawy choroby. To z drugiej strony cieszę się, że choć przez chwilę gnałem przed siebie – na niterku. Z przytupem. Nie wnikając w szczegóły…