Historia Ruty cz.1

Dziś wstawiam historię Rutominy, czyli mojej duetowej kumpeli. Tak to my od Pinky i Mózga. Tu Ruta sama opowiada. Ma Zocha talent do słów, oj ma… No dobra, tyle ode mnie. Podkład już brzęczy i …

 

vol.1
Włączyłam kompa, czyli.. będzie dłuugo..
Zastanawialiście się kiedyś jak długo faktycznie nosicie tą cholerę?
Może była ze mną kiedy jako dziecko nie lubiłam skakać na skakance? Może była w liceum, kiedy omal nie posadzili mnie z w-fu za odmowę biegu na pięć okrążeń popartą argumentem, że gdyby Bóg tego właśnie ode mnie chciał, to nie dałby mi wielkich cycków i grawitacji jednocześnie, wraz z przekonaniem, że mnie to zabije? Może na studiach, kiedy spałam w dowolnym miejscu i pozycji zyskując sobie przydomek kojota..
W każdym razie w październiku 2005 byłam już od około roku szczęśliwą żoną mojego ówczesnego męża i jechałam samochodem przez pewne zadupie mając na pokładzie za pasażerów męża i ojca, którzy w ożywionej dyskusji próbowali ustalić, który z nich prowadziłby lepiej.
W pewnym momencie uznałam za stosowne, że chyba im przerwę.
– Nie chcę wam przeszkadzać, ale ile dróg widzicie?
– Eee.. jedną.. A ile ma być?
– No bo ja widzę trzy.. Krzyżują się z sobą w gwiazdę, z każdej z nich jedzie na nas ciężarówka, a ja nie wiem którą jadę. Deski rozdzielczej też nie widzę.
– Co Ty pier…sz?!! (mąż)
A mój ojciec, znany furiat, na to – Ok. Wyobraź sobie zegar wskazówkowy i rusz kierownicą o pięć minut wytracając prędkość aż poczujesz pobocze. Postaraj się zatrzymać bez gwałtownego hamowania.
Udało się.
Wzrok tego dnia nie wrócił.Panika puściła. Przesiadłam się na miejsce pasażera i pojechaliśmy do okulistki. Odruchowo.
W trakcie badania panika wróciła, kiedy ona zaczęła być nerwowa i plątać się w wypowiedziach
W końcu powiedziała, że coś chyba jest nie tak z nerwem wzrokowym, bo nie działa. Może coś go uciska… Może to być guz mózgu (Jezu, tumorek?!), ale może nie.. Ale na pewno to jakaś ciężka sprawa.
Moi rodzice i mąż przybrali formę żony Lota. Kredki w głowach im się wysypały
Zadzwoniłam do mojej ówczesnej teściowej i powiedziałam jak się sprawy mają.
Oddzwoniła po kilku godzinach i kazała mi załatwić skierowanie do szpitala i natychmiast przyjechać. Ona wszystko poklei.
Myślę, że zawdzięczam jej moją obecną popisową formę i fakt, ze nie poddano mnie głupim eksperymentom medycznym i jestem jej za to bardzo wdzięczna, choć nasze obecne relacje pozwalają mi mieć pewność, że ona co noc robi sobie o to wyrzuty.
W ciągu tygodnia miałam diagnozę.
A był to tylko miły wstęp do piekiełka..
Uff..
Uprzedzałam, będę przynudzać.
W chrzanowskim szpitalu, dzielnie trzymającym od lat poziom rzeźni..w ubojni zrobiono mi komplet badań od stóp do głów. Tam dowiedziałam się, że w XXI nadal kopie się pacjentów prądem i postanowili mnie ambitnie ustawić na lekach podając mi równolegle gówno na „p” domięśniowo i syf na „m” doustnie i cholera wie, co do tego. Byłam zajęta wydalaniem i wykrywaniem na ile sposobów można to robić..
Ciekawostka! W tym czasie chrzanowski oddział neurologiczny wyświadczał gościnność remontowanemu oddziałowi psychiatrycznemu. Kurwa mać!! Wesoły autobus. Po przeciwnej stronie korytarza miałam gościa z zespołem Tourette’a, a za ścianą babcię co oglądała telenowele z hitlerowcami. Lekarze pomiędzy diagnozowaniem na obchodzie zabawiali się zbieraniem wyimaginowanych grzybków na korytarzu na życzenie staruszek i ogólnie.. bahama yellow.
W chwilach przerw pomiędzy badaniami poważnie zastanawiałam sie jak to się skończy – a) obudzę się, b) dostanę własny kaftan i króliczka, c) chcę do domu.
Stanęło na domu, z następnym zleceniem, żeby zrobić w Ochojcu badanie na przeciwciała i jechać do Warszawy na Banacha. Do doktor Strugalskiej.
Ale tak ogólnie.. to „nie możemy pani zapewnić, przy obecnym stanie zdrowia, że będzie pani żyć dłużej niż dwa lata”.
Pierwszy raz mnie wtedy wkurwili na serio. Doktorzy z Hogwartu ze specjalizacją z kryształowej kuli.
c.d.n.