Dziś sobota – imieniny Blekota…

Tytuł zupełnie bezsensu, zdarza się i tak. Jak coś innego przyjdzie mi w trakcie pisania do głowy, to się gumką wytrze. Zresztą znów długa przerwa w pisaniu, więc nie ważny tytuł – ważne że…
Oczywiście pytanie za punktów sto? Gdzie jestem? Tak tak. W pracy. Ciężko tyram i sobie piszę. No nie… Rozegrałem już kilka partyjek 3-5-8 na Kurniku. Czasem lubię w karciochy pograć. Niestety w realu tak jakoś od dawna nie mam z kim. Muszę się ratować substytutem sieciowym. Substytutem, ponieważ nie czuję kart w rękach. I brakuje mi tasowania, rozdawania, układania i klepania kartami o blat stołu. Ech…

Pamiętacie te rury? To nie tylko gonitwy. To również niejedna rozegrana partyjka w PanaGuano czyli po naszemu Gówno, Kuku i takie tam różne gierki. A ile było śmiechu i radochy, gdy komuś karta wypadła i poleciała w dół, na ziemię. I musiał taki AS zapierdzielać na dół po nią.
Wspominałem już o chałupie Władka Rózgi. Oj tam to dopiero rypaliśmy w karty. To już było na ostro. Chociaż nie hazardowo. Leciały Tysiąc, 3-5-8, Poker, Dureń. Rozrywkowo parami w Kenta. A już całkiem dla śmiechu to w Złodzieja. O to dopiero się działo, bo to gra na bicie. Przegrany karę zaliczał. I nie było zmiłuj się. Oj nie było…
No dobra, żeby nie było tak, że tylko karty, w popielniczce kiepy i bałandziocha słodka… W jednym z pokoi rozstawiany był stół. Taki zwykły, rozsuwany. Ale siatka w jego połowie i graliśmy w ping ponga. Nie daleko, a nawet całkiem blisko, bo około 200 metrów, mieliśmy z chałupy na szkolne boisko. Piłka więc w ruch. Czasem w palanta. No i latem kąpiele w bajorkach. A z indywidualnych gierek, to jeszcze Warcaby i Szachy.
Już minęło 6 godzin pracy. Zgłodniałem, więc czas na obiad. Dziś postny – śledzie… Tak jakoś wyszło. Na kolację będzie mięsiwo.
Zaczęły się ciepłe, a nawet gorące dni. Tak to już jest, taka pora roku. Niestety odczuwam to dosyć mocno. Trudniej powietrze mi złapać. Sił mało i bolą mięśnie. I w głowie robi mi się pusto. I tak ciężko czasem myśleć. Oj nie lubię, nie lubię tego. Jak za dużo myślę, to mnie głowa boli.
Ooo… Właśnie mnie łapie. Palce słabną, coraz trudniej mi pisać. Głowa leci w dół. Tak jakby te puste myśli ze 100 kilo ważyły. Ucisk na pierś i płytki oddech. Woda robi się tak twarda, że ją przełknąć nie mogę. I z nosa zaczyna cieknąć, chociaż nie mam kataru. A to już znak, że muszę się położyć. Położyć i odpocząć. I czasem już po prostu nie wiem, śmiać się czy płakać. No bo przecież zmęczyłem się siedzeniem na krześle.
I nic już więcej nie napiszę w tym wpisie. Muszę się położyć. Dobrze, że w tej robocie mam do tego warunki. Ech… Pierdolona Miastenia…