… a po 9 miesiącach wykluła się Miastenia… Cz 3

Szkic tego wpisu zapisałem już jakiś czas temu. Szkic? Ha ha ha. Tak naprawdę to tytuł i zdań cztery albo pięć. To jednak szczegół techniczny. Miałem szczery zamiar rozwinąć to do tekściora takiego, że ho ho… I co? I ciągle nie po drodze. Były ważniejsze sprawy bieżące, które się w słowa zmieniały. Miałem często też ostatnio niechcieja i nie było bata na patologiczny grzbiet.
A dziś nocka w pracy. Korzystam więc ze sprzyjających warunków i smaruję pisemko. Była co prawda pokusa, żeby pomarudzić o czym innym, o wczorajszych wkurwach które złapałem. Ale nie… ale nie… Postaram odciąć się od tych toksyn. No to jadziemy…
… No i wylądowałem na neurologii. Samodzielny Publiczny Szpital Kliniczny nr 4 w Lublinie na ulicy Jaczewskiego. Sala nr 10. Okazało się, że część pacjentów tej sali była mobilna, to znaczy bardziej ruchliwa, więc nie było tak źle. A ja to już w ogóle lajcik.
A teraz czas na przerwę techniczną. Dlatego, że wrrrr… robię już drugi dzień, to dziś do pracy oprócz kanapek, zapakowałem opakowkę lodów. No i plan sprytny. Czas na relaks… Hm, mniamuśne. I żadnego wspólnika, czającego się za rogiem na moment mej nieuwagi. Tylko ja i litra lodów.
No dobra, połowę lodów zjadłem, teraz więc powrót do słów pisania. Na fotce oczywiście SPSK 4.

Przyjęto mnie na oddział w piątek. Nie dość że było dla mnie kojo na sali, to jeszcze wieczorem miał być Doktor K. Pobrali krew do analizy, obiad i kolację dali. I luz totalny, możesz gościu nasz kochany sobie leżeć, możesz siedzieć, możesz spacerować.  Miałem opaskę z szyfrem na ręku, by się w tym pierdolniku całkiem nie zagubić. Nie ukrywam, byłem w lekko – średnim szoku. Ostatni raz w szpitalu byłem 20 lat wcześniej, to znaczy pierwszy i ostatni. Musiałem się więc naumieć wszystkiego od nowa.
Doktor K. zciągnął mnie na prądy (EMG) gdzieś po 20. Jak dla mnie to Magik Prądowy. Spokojnie to robił, nie śpieszył się. Badał nerw po nerwie, mierzył, zapisywał. Informował, tłumaczył.  Widziałem, że jest bardzo zmęczony. A mimo tego nie spieszył się. Gdy skończył, było już naprawdę późno, cały oddział spał.

Czerwoną kropką zaznaczyłem mój apartament. Leżałem pod oknem i miałem widok zdecydowanie ekstrawagancki – na Blok Operacyjny.
Pierwsze dwa dni to trochę badań. Prądy, usg jamy brzusznej, rentgen, siuśki i krew do analizy. Miała być jeszcze tomografia klatki piersiowej, niestety tomograf się spierdzielił. I kolejka zaczęła chyba żyć własnym życiem. A ja w niej się cały czas przesuwałem na coraz dalsze pozycje. Na oddział trafiłem 14 marca a tomografię miałem zrobioną 26 marca. Tego też dnia zostałem puszczony do domu.
Oj potrzymali mnie na oddziale, potrzymali. Leków żadnych nie dawali. Micha regularna, Żona z Teściową dokarmiały. Ameryka. Tylko że ja na koju nie mogłem wytrzymać. I po szpitalu łaziłem. Ludzi trochę poznałem, doświadczeń nowych złapałem.
Wreszcie znachory zebrali dokumentację i …idź se Pan już do domu. Na trzy punkty programu, załapałem się tylko na jeden. Prądy coś tam pokazały, ale wynik nie do końca pewien. Przeciwciał brak i grasiczaka też nie zauważyli. Wynik? Miastenia w obserwacji. Na odchodnym, doktor Ch. (zwróćcie uwagę, że doktor napisałem z małej) poświęciła mi 2 minuty swego, jakże cennego czasu i powiedziała: Pan Miastenii nie masz, jak dla mnie to nerwica. Do końca roku nie ma już do mnie zapisów w przychodni (a to dopiero marzec), ale przyjmuję prywatnie na Chodźki. Pierwsza wizyta za darmo. Widziałem że Zocha jest ważna, siedziała na zebraniach po prawicy pierwszego po Bogu w Klinice, czyli profesora. Nigdy jednak, pomimo patologicznych błysków, do niej nie zaszedłem. Coś mi w niej nie pasowało i tak zostało do dzisiaj.
Miastenia w obserwacji. To takie cóś co może jest, a może nie ma. W zaleceniach wpisali 3x mestinon. Leki więc poszły. Co do obserwacji? To chyba na ten moment mieli rację. Ja naprawdę nie mogłem na miejscu wysiedzieć. Miałem silne mięśnie, zaprawione w robocie. Braków energetycznych też dużych nie było. Powieka nie opadała (jeszcze), podwójnego widzenia nie miałem (i dalej go tak naprawdę nie mam). A co to za Miastenik który podwójnie nie widzi? Normalnie Popierdółka jakaś, która do mądrych książek nie pasuje.
Wychodząc ze szpitala, cieszyłem się. Cieszyłem się, że mam Miastenię. Na oddziale widziałem dużo cierpienia i ta moja Miastenia wydawała się takim średnim luzikiem. Byłem wtedy młody i naiwny, wierzyłem znachorom, że skoro tak mówią, to wiedzą co mówią. Nie wiedziałem jeszcze, że to dopiero 1 lewel i że to gra wielopoziomowa. Że miastenicznie to ja w pampersie tuptam.
Miastenia się wykluła, więc to koniec tego cyklu. No ale coś wydumam, jakiś pokręcony tytuł, by ująć to zgrabnie w kolejny cykl. Bo coś się kończy i coś się zaczyna. Wyklucie Miastenii zmieniło mój życiorys. Emka zamknęła wiele dróg przede mną, ale równocześnie dała mi mnóstwo innych możliwości. O tym jednak kiedy indziej…

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *