No to żeś Jełopie wpierdolił się na minę…

Tak, tak. Po ostatnich wpisach mam wrażenie, że wjebałem się na pole minowe, normalnie jak Gówniarz albo Małolacik.
Ostatnie dwa wpisy powstały pod wpływem spaceru przez osiedle mojej młodości. Spacer uskuteczniłem z Syniem, co już samo w sobie jest dla mnie bezcenne. Pokemunowi cholernie się podobało na rurach i oczywiście mamy już sprytny plan, że będziemy na nie wracać. Zresztą nie tylko tam.
To naprawdę była szybka akcja. Pach, pach i już, powrót do obecnej mej chałupki. Zostało kilka fotek, sporo odkurzonych drzwiczek wspomnieniowych w główce i pomysły na wpisy. No bo przecież wraz z przesuwającym się życiorysowym licznikiem, poszerzał się też mój świat. To już nie był tylko Serbinów i trochę Wola. Pojawiły się: Plac Wolności, Park Radziwiłłów, Kopernika, Terebelska itd.
Dobra a teraz te miny.

Staram się wstawiać jak najwięcej zdjęć własnych, by obrazem opisać to czego słowami nie potrafię. Na tym zdjęciu Synio pilnuje MINERÓW w Gnojnie nad Bugiem, czy równo rozkładają miny.

Nagle zakręciło się mi w głowie od nadmiaru polubień mej patologicznej strony. Poczułem się jak Gwiazdeczka i to na dodatek już drugi raz.  Pierwszy raz miałem taką akcję, gdy zaczepiłem miasteniczne tematy. A teraz wystarczyło zaczepić łąki, rury i Belweder. I się posypało poklepywanie po plecach, a Ja coraz większy i większy. No i zaczęłem knuć, reżyserować w głowie kolejne holywódzkie scenariusze.
Czasem jestem wdzięczny Bozi za tę Miastenię wpierdoloną mi na grzbiet. Oj potrafi mnie plaga sprowadzić na ziemię, potrafi. Gdy tak zaczynam odlatywać szybowcem w Himalaje, nagle odcina energię. Prrrr… Facecik… Wracaj na ten ziemski padół łez. Tak Patologio, wyżej Ptaka nie podskoczysz.
Wczoraj się pokręciłem, pozaciemniałem i tak niejasny obraz sytuacji. Trochę podziałałem umysłowo – fizycznie. A w nocy już mi się źle spało. Nad ranem skurcze dojebały obie łydki. Nogi będą boleć przez najbliższe kilka dni. W mym akumulatorze została tylko rezerwa energii. W planie mieliśmy dziś z Młodym betony robić. I pewnie zrobimy. Wyjebane mam na to, że mogę paść. I że mogę się na SOR-ze zameldować, oczywiście jak tam dociągnę. A jebać to, co to pierwszy mój taniec na ostrzu noża? Jestem przecież Patologia.
Miastenia brutalnie mnie uczy, że nie jestem REŻYSEREM. To ON jest tancerzem a ja tylko jego tańcem. Ewentualnie liściem na wietrze…
I w ten sposób złapałem SPOKSIK. Miło mi jak kolejne ludziki lubią mego bloga. Że czytacie i jak jeszcze skomentujecie – to już Ameryka. Wiem jednak co i jak mam działać na blogu. I jak go prowadzić. Dokładnie tak jak me życie. Tu i teraz. Nie myśląc za dużo, bez scenariusza, pisać ot tak… ciesząc się z błysków, które mi kolejny dzień przyniesie. Zostawić reżyserię temu Gościowi na górze, a samemu żyć… żyć aż do końca życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *