Śladami Patologii. (i na pewno c.d.n., więc robotniczo od razu część 1.)

To był szybki strzał. W piątek rano ztuptałem z roboty do chałupy. Około 3 godzin drzemki sieknełem, bo inaczej bym jełopą posadzkę zaliczył. Śniadanie, kawa, muzyka, zabawa. Dyspozycje robotnicze dla Młodego, tzn. Starszego Pokemuna. Wiadomo prezes to ma klawe życie. Na kręcidupcu się buja i soboty oraz niedziele wolne ma. A ja z racji patologicznej filozofii życia, czyli głęboko zakorzenionego myślowego narzędzia, że dobra patologia musi się umieć fachowo ustawić, to automatycznie prezesem jestem. Oczywiście, dla takiego jak ja Pierdziela, to codziennie niedziela… Tfu, tfu, tfu… I tu się wkradł błąd techniczny, tego pierdziela to się oczywiście gumką ślicznie skorektoruje. W ostatecznej wersji będzie oczywiście: dla takiego Prezesa, to codziennie niedziela. A jak niedziela to wolne, nawet jak to niedzielny piątek. No to my z Młodszym w Brumczusia i pojechaliśmy na północ drogą nr 19.
Już w Białej błysło mi, że przecież mogę ruszyć z Małolacikiem na spacer i przy okazji odwiedzić te miejsca z zakurzonej przeszłości… I tylko ten cholerny wiatr sprawiał, że oczy robiły się z lekka mokre…

 

Pamiętacie Małpy? Tak, tak, to jest to miejsce. Te drzewa. Niestety nie ten czas, to prawie 30-ci lat później. Ha… Ale to szybko wymyśliłem, no bo Ci co nie wiedzą o czym szeleszczę, a będą ciekawi, muszą sobie przejrzeć wpisy wcześniejsze.
Pamiętacie akcję butelkową? I spożywczak który miał z tyłu skup? Byłem wczoraj, widziałem, uwieczniłem. Biznes to biznes. Sorry Patologio.

Tak, tak… Dokleili w tym miejscu kawałek bloku.
A takie cudeńko? Tak wiem, jeszcze platforma nie pojawiła się w patologicznych rozważaniach. Na pewno jednak kiedyś będzie. Przecież to nie jedna karciana partyjka. I szlugów niejedna rakieta. I deszczowe dni pod dachem… I jabłuszka wypite…
Pokemun wszedł ze mną na rury. Bał się jak się patrzy i jak się patrzy bał. Ma 10 lat. Opowiedziałem mu, że gdy miałem tyle lat co On teraz, to mieliśmy wojnę z sąsiednim blokiem. I dorwali nas kilku na tamie. Było ich znacznie więcej, a my mieliśmy szybsze nogi. No i podczas tego strategicznego biegu w celu zajęcia lepszych pozycji (fajnie i naukowo brzmi, a my dygaliśmy, żeby nie zaliczyć wpierdol), to Grzesiek M. namówił mnie do wejścia na rury. To był mój pierwszy raz i bałem się tak, że nie mogłem iść. A dopiero po kilku razach strach się zmniejszył. I że później po tych rurach biegałem.

Kurza Twarz… Do wczoraj nie tuptałem po tych rurach już ze 20 – 25 lat… Pierdzielony wiatr, czy musi tak wiać? Dmucha tak, że choć jestem w budynku, to przez niego wilgotne robią mi się oczy.
Pomimo wielkiego strachu i miękkich nóg, Syniowi się spodobało na rurach. Następnym razem gdy będziemy na gościnnych występach w Białej, to mamy znowu na nie wejść.
I co? I jajeczko… Wielkanocne… Więc Wszystkiego DOBREGO. A że to płodny patent… to …
c.d.n

 

41 myśli w temacie “Śladami Patologii. (i na pewno c.d.n., więc robotniczo od razu część 1.)”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *