Historia Agnieszki.

Z cyklu miastenicznych historii, opowieść Agnieszki.
To i ja opowiem swoją historię w skrócie…
Wszystko zaczęło się wcześnie miałam 16 lat.. Idąc do szkoły zobaczyłam dwa auta. Nie wiedziałam czy mam jakieś zwidy czy coś się dzieje. Stopniowo z upływem czasu dochodziły kolejne objawy. Ból nóg rąk, po dłuższym pisaniu długopis wypadał mi z ręki. Nie mogłam domknać oczu podczas mycia twarzy. W końcu powiedziałam mamie, że coś się dzieje, że szybko się męczę i bolą mnie nogi, mam problemy z pisaniem. Mama popatrzyła na mnie i mówi w tym wieku??! Za młoda jesteś, idź na pewno nic Ci nie jest. Jednak czułam się coraz słabsza. Upadłam z roweru, wychodząc po schodach nogi się ugięły same.
Rodzice zauważyli, że coś się dzieje i poszliśmy do lekarza. Dr od razu po badaniu stwierdziła nerwice. Mimo iż nie mogłam podnieść się z przysiadu, zacisnąć oczu itd. Zrezygnowani zaczęliśmy szukać pomocy dalej. Niestety z miesiąca na miesiąc było tylko coraz gorzej. Zaczynałam bełkotać, nie mogłam się ubrać swobodnie, problemy z jedzeniem zaczęły dokuczać coraz bardziej. Złapałam infekcje grypę żołądkową. To spowodowało nasilenie wszystkich objawów do maksimum. Doszło do tego że nie mogłam wstać z łóżka, nic zjeść ani się napić..
Rodzice zawieźli mnie do dr Zubera. Ten postanowił zabrać mnie do siebie na oddział do Krakowa na Strzelecką. Pod obserwacja lekarzy byłam około 2 tygodnie. Nie mogłam nic zjeść, siedziałam na wprost kanapki i marzyłam aby ją zjeść, głowa opadała, zamiast mowy był jeden wielki bełkot. Ręce, nogi były tak słabe, że nie mogłam chodzić ani się ubrać. Po konsultacji z 5 lekarzami, wszyscy zgodnie orzekli zaburzenia konwersyjno dysocjacyjne histeryczno lękowe i odesłali mnie ze skierowaniem do psychiatryka na Kopernika. Dzięki Bogu nie było miejsca i rodzice zabrali mnie do domu.
Z dnia na dzień było tylko gorzej. Pojawiały się duszności. Schudłam do 49 kg, jadłam tylko grysik z mlekiem. Aż pewnego dnia tak się zachłysnęłam, że zaczęłam się dusić. Tata zaczął mnie reanimować, wezwali karetkę. Pani z pogotowia stwierdził, że mam padaczkę, ponieważ miałam drgawki z braku tlenu i zaaplikowała mi dożylnie RELANIUM.  Ja nic nie pamiętam.. Wiem że podczas drogi do szpitala zaczęłam się dusić i mnie zaintubowali. W Olkuszu na wstępie powiedzieli, że nie mają sprzętu i lekarzy i odsyłaja mnie dalej do Prokocimia. W Prokocimiu lekarz po wywiadzie z rodzicami stwierdził na 99% że to miastenia. Powiedział też że to cud Boski że żyje po podaniu relanium. Rodzice chyba tak jak ja byli zszokowani, ale się też ucieszyli, że wreszcie po półtorej roku ktoś powiedział co mi jest. Spędziłam na intensywnej terapii 2 tygodnie. Miałam sondę, złapałam zapalenie płuc, jednak z czasem podawania leków stan stopniowo ulegał poprawie. W szpitalu byłam od kwietnia do października. Cały czas miałam studentów i Mówiłam im aby nigdy nie ignorowali objawów i pacjenta.. Bo niestety mnie to spotkało i półtorej roku zmieniło się w koszmar. W międzyczasie miałam operacje grasicy potem rozcinanie klatki piersiowej ponieważ nie wszystko wycieli.
Swoje 18 urodziny spędziłam na wózku inwalidzkim… Po operacji miałam plazmaferezy i dopiero wtedy nastąpiła poprawa. Zostałam wypisane do domu. Od tego czasu miałam jeszcze dwa przełomy i 3 razy wykonane plazmaferezy. Mimo wszystko czas pozwolił się pozbierać. Urodziłam dziecko, poszłam do pracy, zrobiłam prawo jazdy, ukończyłam studia. Próbuję żyć. Trzymam się zasady, że jeśli nie możesz pokonać wroga to się z nim zaprzyjaźnij.
I jedna ważna uwaga, mimo iż lekarze wiedzieli, że choruje na miastenię, chcieli mi podać dożylnio magnez po porodzie! Ale całe szczęście zapytałam co to jest i pokazałam lekarce broszurę z lekami których nie wolno podawać w miastenii. Dlatego zawsze trzeba pilnować wszystkich do około…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *