No to jak? Boli czy nie boli?

– No dobra. Pogadajmy Rutomino jak skolegowane dwa eMy, już po pierwszych słownych obwąchiwaniach. Czy Twoja Miastenia boli?
– Interesuje Cię jakaś skonkretyzowana lista dolegliwości? Chronologicznie, czy alfabetycznie mam jechać? Tak chcesz to omówić? Na zasadzie książki skarg i zażaleń? Pozwól zatem, że na wstępie rzucę dwa słowa, które obiecuję rozwinąć później – Rocky Balboa.
– No bo wiesz jak jest. Doktory twierdzą, że Miastenia nie boli. Pani doktor Ch. W klinice powiedziała mi to prosto w twarz. Byłem wtedy młody M., tzn. młody stażem, więc łykałem takie tekściory ze strony „białych fartuchów” jak pelikan. Dziś zaś po kilku już latach widzę wiele spraw inaczej.
– ..pitu-pitu..
– Nie. Ja wolę … srutu tu tu, kłębek drutu… Takie tam z piaskownicy.
– Chronologicznie – Ból oczu, koszmarne bóle głowy…
– Zacznę od głowy.
Minister Zdrowia ostrzega: Miasteniku, intensywne myślenie może doprowadzić do nużliwości myśli i związanych z tym bóli głowy. No dobra, może nie jest to ból, ale mam wrażenie, że Miastenia zamula mojego Windowsa. A im bardziej jestem zmęczony, to system łapie większe zawiechy.
– To są dwa osobne objawy. Zmęczenie powoduje kłopoty z koncentracją i pamięcią, jak po kilku nocach bez snu. Głowa boli również osobno przez wykończone oczy i potrzebę ciągłego spinania karku, no i nie zapominajmy o kręgosłupie.
– Opadanie głowy. O to jest naprawdę ciekawe. Teoretycznie rzecz biorąc, to faktycznie gdyby mi nagle opadła, to mógłbym nią pieprznąć o stół. Zdarza się co prawda w pracy na nocnej zmianie, że mam moment pomroczności i nagłe szarpnięcie głowy wyrywa mnie z tego. Nie jest to jednak ból. Boli mnie za to karczycho, zmuszane do podtrzymywania tej biednej samoopadającej głowy.
– A widzisz.. opadanie głowy i żuchwy jest objawem permanentnym, zazwyczaj nieuświadomionym. Dzieje się cały czas. Moja fryzura waży na sucho około kilograma (około 145 warkoczy po 70cm każdy) i służy do równoważenia czegoś co roboczo nazywam syndromem kobyły wyścigowej. Zdrowiej i wygodniej z mojego punktu widzenia kiedy głowa leci mi w tył niż w przód.
– Ha, ale zawsze możesz przywiązać głowę warkoczykami do kijaszka. Zawsze jest szansa, że to tak ma być. Taka moda. A ja co? Sznurkiem? Hm… Mam chyba błyska… Mogę przecież podbić do Teścia, żeby z różnych stalowych odpadów pospawał mi ekstrawagancką konstrukcję… No i modę wyprzedzę o całe lata świetlne.
– Opadanie powiek. Mi akurat bardziej leci lewa powieka. No i lewa gała oczna boli. Tak, tak, boli i już. I neurolog zapewne powie „ idź Pan do okulisty”, a okulista „ idź do neurologa”. A ja wiem jedno, boli i już.
– U mnie też przeważa lewa.. W tej chwili zgodnie z opinią okulisty uszkodzenie zdolności prawidłowego widzenia w lewym oku wynosi 70% przez wielokrotne, ignorowane przeze mnie w związku z brakiem prawidłowego odbierania bodźców wylewy wysiłkowe w oku. Prawda jest taka, że ani ból głowy ani oczu tak naprawdę nie ustał. Po prostu człowiek z czasem uodparnia się na znane bodźce bólowe i koncentruje na nowych, a tych nam nie brakuje. Gdybym piętnaście lat temu obudziła się w takiej kondycji jaką dziś uważam za niezłą oszalałabym z pewnością.
– Problemy z gryzieniem.
– I ślinotok w pakiecie z seplenieniem! Mój ulubieniec w miejscach publicznych! 
-W zasadzie typowy objaw. Nużliwość szczeny i jej opadanie.
– Było..
– Ale ja dodatkowo po takiej akcji czuję ból. Nie jest on jakiś wielki. Ot taki średni luzik. Ale jest. I jak się to ma do tezy medycznej, że Miastenia nie boli?
– I już?! Skończyłeś? Kolega mnie rozczarowuje zwięzłością..
– A co mam się sam męczyć dumaniem. Poza tym patologiczny jestem. Ciężka praca to mój wróg.
– Pominąłeś nieco.. Hm.. Niech no zbiorę myśli.. Bóle mostka przy płytkim oddechu. Małe, wkur…ące, uporczywe kłucie przy każdym łapaniu powietrza, początkowo niezauważalne, po kilku godzinach doprowadzające do szału. Ból przemęczonych stawów połączony z dziwnym, nierealnym odczuwaniem temperatury, czasem bolą kolanka, a czasem palce jakby dzień wcześniej ktoś wygrywał mi na nich „Kurki trzy” dwukilowym młotkiem. Ból zmaltretowanego mestinonem układu pokarmowego, z litości pozwolę sobie ominąć szczegóły..
– Dobrze Ci idzie. Super. Niestety nie mogę Ci w tym momencie pomóc. Napierdziela mnie w mostku.
– No i nie zapominajmy o królu rankingu – bólu kręgosłupa! To jest monstrum!! Ból, który doprowadza do obłędu. Niemożliwy do zignorowania, opanowania ani przytępienia, powalający i nie pozwalający nawet myśleć, spać, odpocząć o poruszaniu nie wspomnę. Ma tyle postaci i miejsc, w które uderza, że trudno się na niego uodpornić. Prawdziwy potwór podarowany mi przez bezbolesną, ale krzywiącą mnie miastenię, jedyny, który potrafi doprowadzić mnie do krzyku, a raczej wycia z bólu..
– Ech… Nieubłaganie niestety zaczyna do mnie wracać. Jeszcze delikatnie, bardzo subtelnie, ale coraz częściej. I coraz bardziej boleśnie.
– Na własne potrzeby wykułam sobie teorię popartą empirią, że najgwałtowniej bolą nerwy, które przymierzają się do obumarcia, dlatego uderzenia bólu pozornie wydają się przypadkowe.
Ale fakt.. Nie mogę powiedzieć, że miastenia boli. Nie mogę też powiedzieć, że ją widziałam albo jej dotykałam. Idąc więc dalej tym, niewątpliwie logicznym, bo wykreowanym przez Wielkie Umysły torem, nie mamy się czym martwić. Ona nie istnieje! Możemy się przestać martwić i leczyć tą francę (i kilka innych schorzeń pewnie również).
– Zapytaj mnie teraz o Rockiego.
– Pytam Cię teraz o Rockiego. Jestem co prawda z pokolenia VHSu, ale są filmy których pomimo ich popularności, nie oglądałem. Należą do nich wszystkie części Rockiego.
– Kiedy byłam młodsza i oglądałam ten film to nie zrobił na mnie szczególnego wrażenia, natomiast kiedy ostatnio, towarzysząc mężowi, obejrzałam maraton wszystkich części i odkryłam, że on jako postać jest dla mnie genialny. I nie dlatego, że daje się tłuc po łbie do upadłego, nie dla tego, że jest takim zajebistym bokserem, ani przez kapelutek, ani psa.  Chodzi o to, że on jest jak personalizacja nas wszystkich.
– ???
– Nie panuje nad unerwieniem twarzy, bełkocze, boli go wszystko, wszystko mu dolega, a jego życie to suma sprzężeń teoretycznie uniemożliwiających mu realizację powziętych celów i pragnień. A on przyjmuje stan rzeczy z dobrodziejstwem inwentarza i z filozoficznym spokojem, decyduje jednak próbować do skutku realizować własne życie po swojemu i w swoim tempie, bez względu na przeszkody i ciesząc się z pierdół tak samo jak z wielkich rzeczy – brnie.
I teraz wiem – Jak dorosnę to chcę być jak Rocky. Tak podchodzić do bólu, przeszkód, niemocy. Przyjmować dramaty z opanowaniem i spokojem jako epizody. Bo w sumie co z tego, że on tak naprawdę nie istnieje, skoro ja mogę nim zostać w realu?
– Upadek – Wnioski- Korekta – Powtórka, żeby ten ból jednak nie był bezsensowny.
– Zrobiłaś mi smaka. Chyba będę musiał obejrzeć.

69 myśli w temacie “No to jak? Boli czy nie boli?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *