… a po 9 miesiącach, wykluła się Miastenia… cz.1

… Wiosna 2013 roku była dziwna. W maju wojewoda wydał zgodę na rozpoczęcie budowy drogi, skazując jednocześnie chałupkę naszą na zburzenie. Jak by tego było mało, w czerwcu wystawił dodatkowo rygor natychmiastowej wykonalności dla tej inwestycji. I nagle film z buldożerem stał się cholernie realny. A elektrowstrząsy w emocjach też dały nieźle popalić.
Zaskoczyłem w lipcu. Tak, tak. Było ciepło a nawet gorąco. A ja akurat nie miałem żadnego zlecenia, więc nic nie robiłem. Takie trochę nie planowane wakacje. Tuptałem do centrum gdy łapneła mnie ta faza. Chodnik zrobił się jakiś wąski a mnie nosiło prawo – lewo. Nogi miękkie, słabe i nawalone. W głowie bajaderka.
To jednak nie był jeszcze koniec. Przez cztery dni wydawało mi się, że jestem przeziębiony. Niesamowicie słaby, ledwo człapałem po chałupie. Jakoś tak ciężko mi się oddychało. Był tylko jeden problem, nie miałem gorączki. Nawet nędznego 37. Co prawda w tym momencie nie stresowałem się tym. No bo zawsze był ze mnie zimny drań. Po prostu nigdy nie miałem wysokiej gorączki a 37,5 to już mnie wywracało.
Wydawało mi się, że mam zdrowe podejście do lekarzy. Czyli bez potrzeby nie wchodźmy sobie w drogę. Tym razem byłem jednak mocno zaniepokojony. Rodzinny nie robił problemów i wystawił skierowanie do neurologa. Telefon do Przychodni Specjaliści i zdziwko, termin za tydzień.
Stawiłem się w przychodni wyznaczonego dnia. Pogadali my jak doktor z pacjentem. Tzn. gadałem ja, no bo doszły już kolejne sygnały. Takie dziwne szarpnięcia pojedynczych mięśni rąk i nóg. Drżenie nie tylko dłoni, ale rąk i nóg, coraz częstsze osłabienie. Doktorka wysłuchała i receptę wypisała. Od razu widać, że fachowiec. Zadowolony pobiegłem od razu do apteki. Na szczęście złotówek przy sobie za mało miałem.  W chałupie wrzuciłem nazwę z recepty w wyszukiwarkę i … ot Plaga, suplement diety mi przypisała.
Nie zrażony tym pierwszym falstartem, zapisałem się w tej samej przychodni do innej neurolog. Czas 2 tygodnie, więc bajki. Ta doktorka nie poleciała ze mną w Ptaka i recepty nie pisała. Za to wystawiła dwa skierowania, jedno do reumatologa a drugie na rezonans magnetyczny głowy.
Reumatolog to już inna przychodnia, czas też chyba około dwóch tygodni. Wizyta zaś to kompletna klapa i porażka, aż mi się o tym nie chce pisać. Rezonans na NFZ najwcześniej grudzień, na płatny nie miałem kasiuty. Robiłem coraz wolniej, to i mniej zarabiałem.
I tak skończyły się wakacje, rozpoczął się wyjątkowo mokry i chłodnawy wrzesień. Trafił mi się remont mieszkania u dwóch pań, matki  i córki. I tu się los do mnie uśmiechnął. W trakcie pracy sporo ze starszą Panią rozmawiałem, między innymi o zdrowiu. I okazało się, że druga córka tej Pani jest kierowniczką izby przyjęć w jednym ze szpitali. Pod naciskiem matki i siostry, załatwiła krótki termin na rezonans. Zapisała mnie też do Doktora S., który odegrał ważną rolę w dalszej historii.
Rezonans nic nie wykazał. To znaczy wykazał, że w głowie nic nie mam. I do dziś nie wiem czy z tego śmiać się czy płakać. O Doktorze S. napiszę w drugiej części. Wrócę jeszcze do dwóch pierwszych doktorek. Obie nie przeprowadziły ze mną podstawowego badania neurologicznego. Wtedy mnie to nie zdziwiło, nie znałem się na tym zupełnie. Pierwsze badanie to zrobił dopiero Doktor S. No a później w klinice często robiłem za pomoc naukową dla studentów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *