Historia Anety. cz 1

 A to moja historia

Wszystko zaczęło się 3 miesiące przed ślubem. Miałam zacząć nowe życie, w nowym miejscu z osobą którą kocham – moim przyszłym mężem. Miałam 27 lat był 2008 rok, rozwoziliśmy zaproszenia na ślub. Na jednej z wizyt zaczęłam się śmiać a moje usta wykrzywiły się w grymas, kąciki ust nie unosiły się do góry… Kilka miesięcy wcześniej męczyłam się zbyt szybko, za szybko na tak młoda osobę. Wróciliśmy do domu, mój przyszły mąż zauważył ten grymas i opadającą powiekę. Poszłam do neurologa, odpowiedziałam o objawach, o tym że wcześniej pojawiały się symptomy mnie niepokojące, duszności w klatce piersiowej, tak jakbym nie mogła w pełni wziąć oddechu i to wieczne zmęczenie, jakby ktoś wyssał że mnie energię do życia. Pani neurolog po przeprowadzeniu badania, zadała mi pytanie- ” Czy pani w ostatnim czasie, czasem nie czytała artykułów o stwardnieniu rozsianym?” Zwaliło mnie z nóg. Mówię do niej że teraz mam zamiar wyjść za mąż, więc czytanie jakichkolwiek artykułów o chorobach nawet nie przeszło mi przez myśl. Przepisała mi tabletki na lepsze ukrwienie mózgu, których nazwy nie pamiętam. Powiedziała że po trzech dniach powinny mi pomóc. Nie pomogły, pojechałam do swojego domu rodzinnego ( wcześniej pomieszkiwałam już u męża), za namową mamy, poszłam do lekarza rodzinnego. Odpowiedziałam o objawach, oprócz nienaturalnego uśmiechu, opadającej powieki, ogólnego wyczerpania, doszły problemy z przegryzaniem pokarmu. Nie miałam siły gryźć pokarmu, moja szczęka po prostu się nie dociskała.

Zaczęłam się bać.

To objawy neurologiczne więc pierwsza myśl – k..wa mam guza w mózgu, gdzieś pewnie uwiera i stąd objawy… No więc odpowiedziałam lekarzowi o wszystkich objawach i pierwszy raz usłyszałam słowa: to może być miastenia. Dostałam skierowanie do neurologa, jako że było już dosyć późno, nie mogłam do żadnego się dostać. Moja mama bardzo przejęła się tymi moimi objawami i mówi do mnie „dziecko jedziemy na SOR, tam na pewno będzie jakiś neurolog” no i pojechaliśmy. Po godzinie zeszła do nas pani neurolog, po oględzinach mojej osoby stwierdziła że ona tutaj nic niepokojącego nie widzi, ale dla mojego spokoju, spokoju mamy i przyszłego męża, zostawia mnie na obserwacji. I zostałam na całe szczęście ? Położono mnie na neurologii, po wypełnieniu wszystkich formalności papierowych, trafiłam do trzyosobowego pokoju, obok siebie miałam cudowna 18 letnia dziewczynę ( przyszłyśmy w tym samym dniu, chorowała na jakąś bardzo rzadka chorobę, w jej ciele rosły guzy na komórkach nerwowych). Około godziny 16 przyszła do mnie inna neurolożka, wysłuchała mnie uważnie, wyjaśniła że wieczorem dostanę zastrzyk po którym ma nadzieję, że wszystko się wyjaśni. Około godziny 18 przyszła pielęgniarka zrobiła zastrzyk i po minucie, dosłownie siły we mnie znowu wstąpiły. Więc w euforii dzwonie do przyszłego męża i o wszystkim opowiadam. Po dwudziestu minutach zadzwoniłam do mamy, aby też jej o wszystkim opowiedzieć, gadam,gadam i czuję że mój głos słabnie ( wcześniej nie miałam problemu z głosem), słyszę wydobywający się z trudem cichy bełkot, w tedy się przeraziłam. Skończyłam rozmowę z mamą i mój świat legł w gruzach. Przez całą noc ryczałam, myślałam jak tu powiedzieć swojemu przyszłemu mężowi, że ślubu nie będzie. Że nie chce go unieszczęśliwiać bo nawet nie wiem czy będę mogła mieć dzieci i nie wiedziałam jak będzie wyglądało moje dalsze życie. No więc przed obchodem na drugi dzień dzwonie do niego i mówię, słuchaj dla Twojego dobra będzie lepiej jak się rozstaniemy, a on do mnie” Aneta co Ty za głupoty opowiadasz, daj mi trzy godziny, przyjadę to porozmawiamy”. W między czasie na obchodzie, lekarka kazała opowiedzieć co się działo po zastrzyku, no i usłyszałam ponownie -„miastenia gravis”. Ja jej na to, pani doktor co teraz? Jak wygląda życie? Co to w ogóle jest? Przecież miałam plany założyć rodzinę, a teraz wszystko legło w gruzach. A ona do mnie „pani Aneto, spokojnie, zrobimy jeszcze dziś tk klatki piersiowej żeby się upewnić. Miastenia jest chorobą z którą da się żyć, trzeba troszkę wolniej i więcej dbać o siebie a przy odpowiednim leczeniu, można doprowadzić do remisji. No i do posiadania dzieci nie ma żadnych przeciwwskazań, bo to jest choroba nabyta, a nie dziedziczna”. Powiedziała że są dwa leki na początek, które będę musiała wypróbować, pierwszy to mestinon, drugi metylaze, oba działają w taki sam sposób. Jednak każdy reaguje inaczej i dlatego będę musiała zadecydować sama. Wytłumaczyła że mestinon ogólnie jest lekiem nowszej generacji niż metylaze, tylko że w tej chwili na stanie mają mytelaze bo mestinon muszą zamówić. No więc łyknełam biała malutką tabletkę i po dwudziestu minutach czuję że siły wracają, skutkiem ubocznym jednak były częstsze wizyty w kibelku. W tym samym dniu zrobiono mi tk śródpiersia… Mój ukochany przyjechał z przejęta miną i na wejściu mi mówi że mam się stuknąc w głowę, ślub się odbędzie, i że wszystko musi się ułożyć nie ma innej opcji. Przytulił pocałował, powiedział że razem damy radę, cokolwiek by się nie działo…, więc mu uwierzyłam?Po około dwóch dniach przyszły wyniki tk śródpiersia, opis przetrwała grasica vel grasiczak. Na wyjściu ze szpitala dostałam rozpiskę leków, metylaze 4 razy dziennie i skierowanie do poradni torakochirurgicznej na dalszą konsultację oraz skierowanie na badanie Emg…
Resztę opiszę później, muszę zająć się dziećmi?
Jest to pierwsza część miastenicznej historii Anety. Niedługo wstawię również drugą. Mam jednak z Anetą problem. 
MIGA SIĘ. Miga się od pisania o życiu z Miastenią. A pisze fajnie – prawda? Tu jednak liczę na Was, czytelników. Dajcie jej dopingu w komentarzach.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *