We wtorek miał być poniedziałek, wyszła środa a zeznania spisane w czwartek. A część 2 w piątek.

Z tym piątkiem w tytule, no to takie mataczenie. Chociaż tak nie do końca. Tytuł napisałem w piątek i coś już zacząłem skrobać. Byłem jednak po nocce i w jełopie mi się z lekka gotowało. Taki Średni  Luzik, jak to swego czasu kolega Wróbel lubił mawiać.
W każdym razie jest niedziela. Jestem w pracy na dzień, w Klinice Dermatologii. Dzień spokojny, leniwy. Więc mogę popisać.
Środa. Oj dziwny to był dzień, oj dziwny. Miałem pierwszą dniówkę na dermatologii. Musiałem się wkręcić, załapać jak się tu robi i z czym się to je. A zaczęło się od pierdolnika…
W nocy zamarzł dźwig na budowie. No i budowlańcy nie mogli od razu rozładować transportu bloczków. Przyjechał drugi z ładunkiem i tego ręcznie rozładowywali. Ale w tym czasie droga była zablokowana. No i Gościu z transportu żarła szpitalnego wyskoczył z kłapachą.
Dla spokoju i złapania większej kontroli, opuściłem szlaban. No i zaczęły się konflikty z mądrołkami. Przez bramę mojego obiektu jeżdżą na parking dla pracowników Uniwersytetu Medycznego. Gdy podchodziłem do samochodów to część reagowała bardzo spokojnie, miło, z uśmiechem. No ale część była tak napuszona. Ho ho, ci to dopiero byli wręcz obrażeni, że jak to byle jaki ochroniarzyna śmie pytać o przepustkę. A przecież co ja do chuja miałem robić? Co ja ich znam?
Najlepszy numer wywinął jednak ksiądz. Byłem w tym czasie w gabinecie pielęgniarskim, gdy ten patafian zaparkował samochód w bramie, blokując całkowicie wjazd. 

Że to ksiądz dowiedziałem się od pacjentki która była na fajku. A jak wychodziłem od pielęgniarek, to widziałem draba, jak się kręcił na sali chorych. No to cofka na oddział i walę do typa: Księdza kodeks ruchu drogowego też dotyczy. A ten na mnie z koparą i na huki mnie chce brać. Gdzie ja byłem, bo oni z kolegą mnie pięć minut szukali. Na jęzor cisnęło mi się srałem, no ale ja wychowana patologia jestem. Więc w tył zwrot i na portiernię. Ale miałem błyska, jak pomysłowy Dobromir. Za telefon i zdjęcia robię. A gdy skończyłem, to i księżulo się pojawił. Jeszcze chciał z przytupem, wsiąść na mnie. A ja nic, cisza, nie odzywam się. To ten że wjedzie na teren i pogadamy. No i gość zrobił się miły. Zaczął się usprawiedliwiać, przeprosił. Pacjentka mi później powiedziała, że widział Czarny Kruk jak zdjęcia robiłem.
Czwartek. Miałem szkolenie przeciw pożarowe na okulistyce. Całkiem fajne i jednak ważne. Po szkoleniu śmignełem na UMCS, oddać kwity w dziekanacie. Później windą na trzecie piętro, do Instytutu Historii. Miałem nadzieję, że spotkam profesora S. i po marudzimy o sytuacji politycznej w kraju. Niestety, nie było go. Facet karierę robi, więc teraz zapierdziela jak  Messerschmitt.
Z tego wszystkiego emocje mnie się skropliły, to pognałem do męskiego kibelka. Gdy wychodziłem, lżejszy pewnie ze szklankę, to w umywalni stało dwóch doktorów habilitowanych. Zauważyłem koło kosza kawałek ręcznika papierowego na podłodze. I w jełopie pojawiła się myśl: podniesie któryś, czy nie. Nie podnieśli. A ja? Podniosłem. No przecież już o tym pomyślałem, więc głupio by mi było przed sobą.  Zresztą wyżej już pisałem, że wychowana patologia jestem. Uczyli mnie Rodzice, Pani Kłoczewska, dzieci we wsi Dołha.
W każdym razie, jestem teraz trochę na obserwacyjnym. Tak  sobie obserwuję zachowania różnych ludziów. 
 
   

138 myśli w temacie “We wtorek miał być poniedziałek, wyszła środa a zeznania spisane w czwartek. A część 2 w piątek.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *