We wtorek miał być poniedziałek, wyszła środa a zeznania spisane w czwartek.

Wróciłem rano w poniedziałek z pracy. Zrobiłem Syniowi jak co dzień śniadanie. Tak, tak, Młody najwyżej się spóźni albo nie pójdzie na pierwszą lekcję. Śniadanie jednak musi zjeść. Dawanie pieniędzy by coś sobie kupił, nie sprawdziło się. A tak wiem, że głodny nie wyszedł i do obiadu w szkole wytrzyma.
Zrobiłem śniadanie, ustawiłem alarm żeby Niunio wiedział kiedy ma spadać do szkoły. I brykłem się na kojo. No i nie zdążyłem zasnąć… telefon bzzz…bzzz…bzzz… i z głośnika popłynął Jacek Skubikowski. A na dodatek utwór Uczciwa bieda. A co fajny jest, taki patologiczny. Prrr… koniu, STOP!!! Dzwonił Adaś z pracy, czy mogę za Niego od południa siedzieć. Gość w potrzebie, no to trzeba pomóc. A jak się los odmieni i mnie zmusi? 
No i tak od godziny 13 znalazłem się na Okulistyce biorąc pół dyżuru. No i odezwał się we mnie patologii duch. Siada mi wzrok od pewnego czasu i jest to na pewno w dużej mierze związane z Miastenią na którą choruję. A skoro już w klinice pracuję, to przecież mogę tu zbadać wzrok. Po co mam się bujać po przychodniach. Zagadałem z babką w rejestracji, a ta mi doradziła by walić do doktorki i poprosić o wyznaczenie terminu.
Wpakowałem się do gabinetu w służbowym wdzianku i z identyfikatorem. Zagadałem pierwszą którą spotkałem i nie trafiłem. Ona nie była od tego. Później była jeszcze jedna doktorka, też pudło. W końcu pielęgniarka się nawineła i ta zawołała doktorkę. Przyszła taka małolata i kombinuje, że tak to nie bardzo, muszę mieć skierowanie od okulisty. A tak w ogóle to na pewno od miastenii i tak ma być. Wtedy odezwała się ta z którą pierwszą rozmawiałem. Wpisz Pana, przecież to nasz pracownik. Kurcze, jak od razu dziewczyna zmieniła podejście. Dobrze Pani Docent. No i wszystko stało się jasne. Znalazł się termin, całkiem nie odległy. Mogę już przynieść skierowanie od lekarza rodzinnego. A przy okazji jeszcze lukneła w moje śliczne oczęta i stwierdziła zapalenie powiek.
Wtorek. Wstałem sciapany jak ten słynny koń z westernu. Zrobiłem śniadanie Niuniowi trochę z późno, więc jadł szybko. Może to jednak dobrze, bo nie miał czasu na knucie. A jak tylko Pokemun poszedł, to ja hyc na kojo jeszcze spać.
Wstałem po 10-tej. Siusiu, chwila porannej medytacji, mycie, szczególnie koparki by coś widzieć. Nareszcie kawa, zresztą sami wiecie. Miałem w planach pojechać na UMCS, papierologię w dziekanacie uskutecznić. Może z Profesorem S. o polityce pogadać. Ale nie… zakręciłem się jak baranie rogi, niechciej się włączył i mój garb – Miastenia się odpaliła. No to tylko do rodzinnego po receptę poszedłem. W lekach już mi zaczął przeciąg hulać. 
Jak życiorys figle potrafi płatać i koziołki wywija. Bałem się zawsze leków by przypadkiem się nie uzależnić. A dziś, dzień w dzień łykam całą ich garść, bo nie mam innego wyjścia.
No i to tyle na ten moment. Palce strajkują i nie chcą pisać. Temat ten powróci więc w drugiej części.  

23 myśli w temacie “We wtorek miał być poniedziałek, wyszła środa a zeznania spisane w czwartek.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *