Kategoria „D” jak…

Przyszedł Ptaszek do pracy.

 

 

 

 

Gdy tak dzisiaj patrzyłem na tego „czarnego gołębia” , przypomniała mi się moja wojskowa kategoria „D”, czyli…
W 1994 roku miałem komisję wojskową. Odbywała się ona w osiedlowym domu kultury „Piast”, oczywiście na ulicy Bolesława Chrobrego, no bo jakże by inaczej.
Miałem jakieś takie luźne podejście do niej. Krótko, miałem wyjebane. Zameldowałem się rano z kwitem rejestracyjnym. Następnie pognałem do Ekonomika po zaświadczenie że się uczę. Tego dnia było kilku znajomych, jeden mieszkał niedaleko i pobiegł po gitarę. Ogólnie piknik i małpiarnia. Piknik no bo my wyliśmy ogniskowe przyśpiewki. Małpiarnia, no bo wojsko to inny świat.

Pokręcił się po placu. Pozaciemniał i tak niejasny obraz sytuacji.

Niektórzy kolesie mieli reklamówki pełne różnych lekarskich kwitów i badań, które miały im pomóc urwać się od powszechnego obowiązku obrony ojczyzny. Po korytarzu poszła plota, że tylko mają dawać odroczki. Ogólnie nastrój chujowy.
No moja kolej, staję przed tą komisją. I mówię że jestem zdrowy, na nic nie choruję i nawet się nie przeziębiam. A te mądre nic i tylko dalej mnie pytają o różne choroby. Jak doszli do gruźlicy, to coś we mnie pękło i walę im że choruję na… . A tu nie powiem na co. Ha.
No i zapadła cisza, mądre patrzyli na mnie zdziwieni, tak jakbym w ptaka z nimi leciał. Jeden to nawet bleknął: W tak młodym wieku? I napisali mi kwit do psychiatry. Pognałem do Kotologa, nie daleko , bo po drugiej stronie Warszawskiej. Wpakowałem się do szefowej jeszcze wtedy Wojewódzkiej Poradni Zdrowia Psychicznego w Białej Podlaskiej. Pogadaliśmy sobie miło jak fachowiec z profesjonalistą. I na kwicie wpisała mi „D”.
Wróciłem na komisję. Te kutasy były tak wściekłe, że trzymali mnie do końca i ostatniemu książeczkę wojskową wydali. A pułkownik to jak się podpisywał, to dziurę w decyzji wydarł.
No i tak mam kategorię wojskową „D”. Mówiąc szczerze, to najlepsza z kategorii. Do wszystkiego mogę ją dopasować. Może być na przykład D – jak dowódca? Może. Albo D – jak dywersant. Jakby tak podejść do tego patologicznie, to będzie D – jak degenerat. Moralnie, D – jak dobry (z lekka mnie poniosło). A naukowo to D – jak doświadczony. No i mogę tak wymieniać i wymieniać. Co prawda nie ma to większego znaczenia, ale jak pięknie brzmi.

Oczywiście kieruje się po chwili w stronę Toi Toia. Wiadomo srajduch trochę porobił i już się zmęczył.

 

Przez ostatnie lata choroba nieźle mi nadokuczała. Wprowadziła bardzo dużo ograniczeń. Boleśnie nauczyła, że wyżej Ptaszka nie podskoczę. Wielu rzeczy które kiedyś robiłem, już teraz zrobić nie jestem w stanie.
Na dzisiejsze moje stanowisko pracy, kiedyś mówiło się Stróż. Dziś nazywa się to potocznie ochrona. Mogę jednak użyć mojej wojskowej kategorii, D – jak dozór. Fajne. A gdy przylecą „czarne gołębie”, to jestem D – jak dyrektor.

Mają już fajrant. A ja do 7 rano robię. Ale już coraz mniej. Zostało już tylko 22 godziny i 15 minut.

* Kotolog – fachowiec od leczenia kota w głowie.

106 myśli w temacie “Kategoria „D” jak…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *